Poniedziałkowy trzeci mecz półfinałowy przez znakomitą jego większość toczył się pod dyktando Legii, która tylko na początku miała problemy z powstrzymaniem ataków gospodarzy. Jednak od 4. minuty, gdy prowadzenie 11:9 dał gościom Andrzej Pluta, podopieczni estońskiego trenera Haiko Rannuli nie oddali przewagi już do końca.
Do przerwy legioniści prowadzili 50:36. Po zmianie stron gospodarze zdołali zmniejszyć straty do ośmiu punktów (50:42). Taka sama różnica była w 27. minucie (64:47), ale od tego momentu goście odpowiedzieli serią 14:0, w której celnym rzutem z dystansu popisał się rzadko wykonujący takie akcje estoński środkowy Matthias Tass, rozgrywający w poniedziałek jedno z lepszych spotkań w sezonie.
Najwyższa przewaga „Zielonych Kanonierów” to 74:49 po akcji Pluty dwa plus jeden w 29. minucie. W ostatniej kwarcie ambitnie walczący podopieczni włoskiego trenera Marco Legovicha odrobili część strat (75:61), ale nie byli w stanie odwrócić losów spotkania.
Satysfakcji po zwycięskim meczu nie krył rezerwowy Legii Maksymilian Wilczek, który drugi raz z rzędu wywalczył z zespołem awans do finału, a w półfinałach z Dzikami, w której Legia dwa pierwsze mecze wygrała u siebie 98:80 i 78:76, spisywał się lepiej niż przed rokiem.
"Bardzo trudna seria. Dziki postawiły nam trudne warunki, musieliśmy tak naprawdę w każdym meczu dawać z siebie 120 procent. Jestem bardzo dumny z drużyny, ale to nie jest koniec naszej roboty. Został jeszcze finał i na tym się teraz skupiamy" - zaznaczył.
Wilczek oraz także wchodzący z ławki Wojciech Tomaszewski pokazali w batalii z Dzikami, że odzyskują zaufanie trenera i miejsce w rotacji drużyny.
"Nasze zadanie jest bardzo proste. Mamy wejść, dać dobrą obronę, wnieść energię. Jeśli to będziemy robić, jeśli właśnie tak będziemy grać, to te minuty też będziemy dostawać. Wszystko jest konsekwencją ciężkiej pracy" - ocenił.

Skrzydłowy Legii sprawiał w poniedziałek sporo problemów liderowi rywali Leandriusowi Hortonowi. Król strzelców sezonu zasadniczego ekstraklasy zdobył tego dnia zaledwie dziewięć punktów, oddając tylko osiem rzutów z gry, z czego trzy celne. "Cieszę się, że mogłem swoją obroną pomóc drużynie. To jest dla mnie najważniejsze" – skwitował Wilczek.
Trener Legii pochwalił po meczu całą drużynę. "Jestem z niej dumny. Mieliśmy różne mecze, w każdym inni zawodnicy grali dobrze. Zatrzymaliśmy Dziki poniżej 80 punktów praktycznie w każdym meczu, a to przecież najlepszy ofensywny zespół ligi. Pokazaliśmy rewelacyjną dyscyplinę w każdym z trzech spotkań. Dziki walczyły niesamowicie, nigdy się nie poddawały. Musieliśmy grać na sto procent przez całe 40 minut, żeby ich pokonać. Teraz odpoczniemy jeden dzień, ale ważne będzie utrzymanie koncentracji, żeby grać nawet jeszcze lepiej" - powiedział Rannula.
Szkoleniowiec Dzików docenił klasę rywala. "To na pewno rozczarowanie, że przegraliśmy w tej serii 0-3. Musimy być jednak szczerzy - Legia zasłużyła na to. W meczu nr 2 nie wykorzystaliśmy naszej szansy, aby ta seria wyglądała inaczej. Dzisiaj był najbardziej ofensywny mecz tej serii, a my nie trafialiśmy otwartych rzutów. Dzieliliśmy się piłką nawet jeszcze lepiej niż ostatnio. Legia miała jednak z drugiej strony 16 zbiórek ofensywnych. Musimy to zaakceptować, patrzeć do przodu i walczyć o brązowy medal" - zadeklarował Legovich.
Satysfakcji z wywalczenia drugiego finału z rzędu i stworzenia sobie szansy na powtórzenie sukcesu sprzed roku nie krył przewodniczący rady nadzorczej i współwłaściciel koszykarskiej Legii Jarosław Jankowski.
"Nie ma przypadków. Naprawdę dobrze wyglądaliśmy w końcówce sezonu i bardzo się cieszę z tego awansu po trudnych derbach, bo to potwierdzenie naszego potencjału i faktu, że dobrze gramy. Jesteśmy w finale, liczymy na obronę tytułu, ale każdy finał jest świetną historią, kolejny medal także. Bardzo się dzisiaj cieszymy" - podsumował.
Legia w finale zmierzy się z Orlen Zastalem Zielona Góra. Pierwszy mecz odbędzie się w stolicy 8 czerwca, rywalizacja toczyć się będzie do czterech zwycięstw.
