"Obowiązki zawodowe nie pozwoliły mi zasiąść przed telewizorem, ale doszła już do mnie wiadomość, że Amerykanie triumfowali w olimpijskim turnieju hokeistów. Może będę miał mógł na spokojnie obejrzeć ich zwycięstwo, ale przyznam, że serce skłaniało się ku temu, aby to oni wygrali" - powiedział PAP Łukaszka.
Przypomniał, że uczestnicząc w igrzyskach w Lake Placid w 1980 roku jako bramkarz polskiej kadry miał możliwość oglądać poprzedni zwycięski dla Amerykanów finał, w którym pokonali zespół ZSRR 4:3.
"To była wówczas ogromna sensacja. Widziałem później w wiosce olimpijskiej, jak Rosjanie nerwowo palili papierosa za papierosem" - dodał 64-letni ksiądz, a wtedy młodziutki bramkarz biało-czerwonych.
Poinformował, że podczas ubiegłorocznych MŚ Amerykanie, spełniając prośbę arbitra Jacka Chadzińskiego, podarowali mu reprezentacyjną koszulkę i czapeczkę.
"Wiedzieli bowiem od niego, że mile wspominałem hokeistę Johny’ego Gaudreau, wielką gwiazdę Columbus Blue Jackets i reprezentacji USA, który na treningu rowerowym zginął wraz z bratem w sierpniu 2024 roku. Zostali potrąceni przez pijanego kierowcę. Na pewno w niedzielnym finale z nieba pomógł rodakom w odniesieniu sukcesu" - powiedział Łukaszka.
Jego zdaniem współczesny hokej jest niesamowicie szybki, a przewagę mają zawodnicy świetnie jeżdżący na łyżwach. Z kolei bramkarze mniej jeżdżą na łyżwach, a grają bardziej na kolanach, w parterze.
Łukaszka, niezwykle utalentowany bramkarz, zagrał w reprezentacji Polski w 27 meczach. Po igrzyskach 1980 roku wystąpił jeszcze w mistrzostwach świata w Val Gardenie, by następnie pójść za głosem serca i zostać księdzem.
