Były obrońca Juventusu i reprezentacji Urugwaju opowiedział także o swojej niechęci do lizusów w świecie futbolu oraz bogatym doświadczeniu trenerskim zdobytym w Ameryce Południowej, Włoszech i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie pracował z Mario Balotellim.
Jak doszło do Twojego transferu z Urugwaju do Włoch i co zapamiętałeś ze swoich pierwszych wrażeń w Bergamo?
"Do transferu doszło po problemie w Peñarolu, przez który wypadłem z kadry. Skontaktował się ze mną César Luis Menotti, który pracował wtedy w Urugwaju, i zaprosił mnie do Buenos Aires. Był bliskim przyjacielem Antonia Previtaliego, ówczesnego prezydenta Atalanty. Klub zdecydował się mnie kupić, choć nigdy wcześniej nie widział mnie na żywo. Oceniał mnie wyłącznie na podstawie pięciu lub sześciu raportów skautingowych z naszego tournée po Ameryce Południowej i Hiszpanii. Do Bergamo przyjechałem w kwietniu, ale przez pierwsze sześć miesięcy nie mogłem grać. Chodziło o to, żebym nauczył się języka i przyzwyczaił do miasta oraz zespołu. Od początku czułem się świetnie. Montevideo jest małym miastem, a jego rytm bardzo przypomina Turyn lub Bergamo, więc łatwiej było się tam zadomowić niż w wielkich metropoliach, takich jak Rzym czy Mediolan".
Jakie były największe trudności na początku i jaki był Twój pierwszy kontakt z włoskim futbolem?
"Na początku, jako 19-letni chłopak, nie miałem łatwo. Włoski futbol szczycił się wtedy najlepszymi piłkarzami na świecie. Doskonale pamiętam mój drugi mecz, który rozegraliśmy na San Siro przeciwko AC Milan. Sacchi właśnie odszedł z ławki, a jego miejsce zajął Capello. Na boisku byli tacy mistrzowie jak Maldini, Baresi, Ancelotti, Evani, Donadoni, Van Basten, Gullit i Rijkaard. Przegraliśmy 0:2 i praktycznie nie byliśmy w stanie wyjść poza własną połowę. Przy tej okazji ojciec wyjaśnił mi, że muszę natychmiast zmienić mentalność. Musiałem porzucić południowoamerykańskie podejście młodych zawodników, stać się znacznie bardziej praktycznym obrońcą i dostosować się do europejskiego futbolu".
Jak doszło do oferty od Juventusu i co dla ciebie znaczyło noszenie koszulki tego klubu?
"To anegdota, którą często opowiadam. Najpierw odbyłem kilka spotkań z Giacintem Facchettim i Sandro Mazzolą w sprawie transferu do Interu, ale podczas pierwszego spotkania nie doszliśmy do porozumienia. Dwa dni później zadzwonili do mnie ponownie. Nie miałem wtedy agenta, więc pojechałem do Mediolanu sam i zawarliśmy ustne porozumienie. Nieco później byłem z rodziną w Bergamo i zadzwonił telefon. Dzwonił Marcello Lippi. Zapytał, co robię i czy to prawda, że jadę do Mediolanu negocjować z Interem. Odpowiedziałem, że już się dogadaliśmy, ale on polecił mi niczego nie podpisywać i natychmiast przyjechać do Turynu. Jeszcze tego samego wieczoru wyjechałem z bratem, a o północy podpisałem kontrakt z Juventusem i Luciano Moggim".
Rozegrałeś prawie 300 meczów w Juventusie i przeszedłeś przez kilka epok. Która drużyna Juventusu była najsilniejsza?
"Pierwsza drużyna, którą poznałem po przybyciu, była wyjątkowo mocna. Jestem jednak przekonany, że skład z kolejnych lat, do którego dołączyli Edgar Davids oraz tacy piłkarze jak Zidane, Del Piero, Inzaghi, Vieri i Deschamps, był zdecydowanie najsilniejszym zespołem, w jakim kiedykolwiek występowałem".
Agresywność usuwa wątpliwości
Czy w szatni była jakaś osobowość, kolega z drużyny lub działacz, który przekazał Ci słynną zwycięską mentalność Bianconerich?
"Bez wątpienia byli to działacze, tacy jak Moggi i Giraudo, ale na co dzień przekazywał ją przede wszystkim włoski trzon szatni. Mistrzowie tacy jak Peruzzi, Ferrara, Conte, Pessotto, Di Livio, Tacchinardi, Torricelli i Lombardo. Dali nam poczucie rodziny. W takim środowisku naturalne było przejęcie tej mentalności. Pamiętam jedną znamienną sytuację. W meczu treningowym jeden zespół prowadził 5:0, ale w ostatniej minucie stracił bramkę. Później widziałem kilku kolegów, którzy z frustracji kopali w torby. Podkreślali, że do podobnych chwil dekoncentracji nie może dochodzić, bo w niedzielę na boisku miałoby to konsekwencje. Koncentrację buduje się od poniedziałku. Dla prawdziwego mistrza nie może być żadnej różnicy między finałem na Bernabéu a meczem na małym prowincjonalnym boisku w Coppa Italia".
Byłeś znany z wielkiej waleczności. Jak opisałbyś swoje rozumienie roli obrońcy?
"Dziś futbol z VAR-em zmienił się radykalnie. Ja zawsze kierowałem się słowami Julio Velasco (argentyński trener siatkarski - przyp. red.), które doskonale pasują do tego podejścia: 'Agresywność usuwa wątpliwości'. Jako przeciętny pod względem fizycznym obrońca, szczupły i mierzący 179 centymetrów, mogłem stawiać czoło ważącym 90 kilogramów napastnikom, takim jak Van Basten, Weah, Batistuta czy Ronaldo, wyłącznie dzięki maksymalnej agresywności. Każdy wślizg był dla mnie 'talerzem jedzenia', który miałem przynieść do domu swojej rodzinie. W każdą piłkę wchodziłem na sto procent i rzucałem się na nią całym swoim 80-kilogramowym ciałem. Takie podejście do futbolu nieuchronnie prowadzi do tego, że przez cały czas balansuje się na granicy i czasami ucieka do twardych interwencji".
Czy we współczesnym futbolu wciąż można znaleźć taki typ obrońcy?
"Futbol się zmienił i dzisiejsi obrońcy zachowują się inaczej. Niedawno byłem na stadionie na meczu Juventusu z AS Romą i muszę powiedzieć, że Roma ma w defensywie znakomitych włoskich zawodników. Piłkarze tacy jak Mancini czy Ndicka bardzo dobrze radzili sobie w pojedynkach ze strzelcem takim jak Zapata. Wykorzystywali ciało, ręce i ogromne doświadczenie. Zawodnicy z charakterem zawsze potrafią dostosować się do rozwoju gry".
Co pod koniec kariery skłoniło Cię do opuszczenia Włoch i powrotu do Ameryki Południowej?
"Moggi dzwonił do mnie z ofertami transferu do innych zespołów, ale zdawałem sobie sprawę, że pod względem fizycznym i mentalnym nie jestem już na najwyższym poziomie. Czułem, że jeden cykl dobiegł końca. Marzyłem o roku gry w Argentynie, a później chciałem dotrzymać obietnicy i zakończyć karierę w Peñarolu, któremu zawsze kibicowałem i w którym dorastałem. Przez rok grałem w San Lorenzo, a następnie postanowiłem zakończyć karierę w Urugwaju, żeby nie przeciągać jej bez potrzeby".

Jak rozpoczęła się Twoja droga trenerska i późniejszy powrót do Juventusu, do zespołów młodzieżowych?
"Najpierw założyłem z Gustavo Mendezem, który jest dla mnie jak brat, agencję dla agentów piłkarskich. Po kilku latach zdałem sobie jednak sprawę, że ten świat nie jest dla mnie. Zapisałem się więc na kurs trenerski z zamiarem pomagania młodym Urugwajczykom, zwłaszcza pod względem taktycznym i strategicznym, i coraz bardziej wciągałem się w tę pracę. Powrót do Juve nastąpił niespodziewanie. Gianluca Pessotto zadzwonił do mnie, a ja pomyślałem, że chce porozmawiać o moim synu, który występował w sektorze młodzieżowym. Zamiast tego poinformował mnie, że władze chcą, abym pracował z młodzieżą Bianconerich. Od razu się zgodziłem, przede wszystkim ze względu na głęboką miłość, jaką darzę klub i miasto Turyn. Od samego początku zawsze czułem się tam jak w domu".
Jak przekazujesz młodym zawodnikom swoją ambicję, waleczność, a jednocześnie uczysz ich, by nie przekraczali granicy?
"Przede wszystkim wymagam od nich, żeby zawsze trenowali na sto procent. Przyzwyczajenie do intensywności buduje się w ciągu tygodnia. Nawet w meczach treningowych promujemy fizyczny kontakt bark w bark, bo takie podejście później przenosi się na spotkania. Nieustannie powtarzam im słowa Velasco o tym, że agresywność usuwa wątpliwości, i wyjaśniam, że nie oznacza to wykonywania nieuczciwych zagrań, lecz wkładanie całej masy ciała w każdy pojedynek. Kolejna zasada, którą staram się im przekazywać, brzmi: u siebie możecie przegrać, ale rywal nie może być w stanie łatwo odebrać wam zwycięstwa".
Z Balotellim wszystko dobrze się skończyło
Czy uważasz, że dzisiejsi młodzi zawodnicy wchodzący do profesjonalnego futbolu mają problem z nastawieniem mentalnym?
"Najważniejsze, żeby chłopcy grający w Primaverze lub Next Gen zdali sobie sprawę, że dzieli ich już tylko krok od pierwszej drużyny lub Serie B. Ich margines błędu zniknął. W Ameryce Południowej w wieku 19 czy 20 lat nie jest się już uważanym za młodzieżowca. Albo się przebijesz, albo przestajesz grać. We Włoszech zawodnik bywa uznawany za młodego jeszcze w wieku 23 czy 25 lat. Chłopcy muszą rozumieć wagę koszulki, którą noszą. Muszą sobie uświadomić, co tak naprawdę oznacza przegranie meczu na tych poziomach. Wszystko zależy od nastawienia, z jakim rozpoczynają tydzień pracy".
Jakie emocje przeżywałeś na ławce pierwszej drużyny Juventusu, na której tymczasowo zasiadłeś po zwolnieniu Massimiliano Allegriego?
"To były bardzo silne emocje. Nawet przez chwilę nie sądziłem, że mogę osiągnąć taki kamień milowy. Koncentrowałem się na końcówce sezonu z młodymi zawodnikami. Do tego zadania mnie powołano i znalazłem grupę piłkarzy, którzy traktowali mnie wyjątkowo dobrze. Z Bologną rozegraliśmy świetny mecz, a po odrobieniu strat z 0:3 na 3:3 nadeszło znakomite spotkane z Monzą. Kiedy byłem wewnątrz tej szatni, martwiły mnie niektóre zewnętrzne głosy krytyki wymierzone w określonych zawodników. Dla mnie relacja międzyludzka jest ważniejsza niż jakikolwiek problem taktyczny. Szczerość i więź między trenerem a zespołem są fundamentem wszystkiego".
Jak podczas kariery radziłeś sobie z krytyką z zewnątrz?
"Krytyka jest częścią tego świata i trzeba ją zaakceptować. Nigdy nie postrzegałem jej jako tragedii ani osobistego ataku, lecz zamieniałem ją w motywację. Było to wyzwanie, któremu należało sprostać na boisku w następną niedzielę. To rada, którą zawsze daję swoim zawodnikom: jeśli przez cały tydzień trenowaliście najlepiej, jak potrafiliście, wychodzicie na boisko spokojni i bez wątpliwości, bo wiecie, że zrobiliście wszystko, co było konieczne".
Jakie były Twoje doświadczenia z Mario Balotellim?
"Ostatecznie wszystko dobrze się skończyło. Dochodziło również do bezpośrednich konfrontacji, ale bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Podstawą jest jasna i konsekwentna komunikacja. Od razu powiedziałem mu prosto w oczy: 'Sprawy wyglądają tak. Wiem, że nie masz już 20 lat i że pod względem fizycznym jesteś innym zawodnikiem. Wspólnie zarządzajmy twoim obciążeniem w ciągu tygodnia, żebyś dotarł na mecz w najlepszej formie, ale musisz schudnąć i wrócić do dobrej dyspozycji'. Zaakceptował to i zachowywał się bardzo profesjonalnie. Kiedy mi go powierzono, powiedziano mi, że będę miał z nim problemy, ale w całej karierze nigdy nie popadłem w konflikt z zawodnikami o silnych osobowościach. Prawdziwe problemy w futbolu zaczynają się od lizusów i fałszywych ludzi. Pochodzę z kultury sportowej, w której wszystko rozwiązywało się, patrząc sobie w oczy. Nauczyłem się tego w Atalancie, gdzie grałem z zawodnikami wielkiego formatu, oraz w Juventusie, w którego szatni mieliśmy 16 kapitanów reprezentacji narodowych. Wolę człowieka, który mówi wprost, co myśli, od kogoś, kto tylko udaje odważnego".
Pracowałeś w wielu częściach świata, w tym w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Co dały Ci spotkania z odmiennymi kulturami?
"Doświadczenie ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich było jedną z najpiękniejszych niespodzianek w moim życiu. Czułem się tam świetnie. Poznałem niezwykle hojnych ludzi i wielkich pracusiów. Oczywiście obowiązują tam zwyczaje religijne i kulturowe, które różnią się od naszych i które należy szanować. Na przykład w czasie ramadanu wiedzieliśmy, że w ciągu dnia nie jedzą ani nie piją, dlatego przenieśliśmy treningi na 22:00, żeby pomóc zawodnikom. Ostatecznie podczas podróży człowiek uświadamia sobie, że ludzkość wszędzie jest taka sama. Niezależnie od religii, kultury czy języka człowiek o dobrym sercu i właściwym zachowaniu jest taki sam w Chinach, Urugwaju, Włoszech i Emiratach. To najważniejsza lekcja człowieczeństwa, jaką otrzymałem".
Otrzymuj wszystkie wiadomości o ulubionych drużynach i piłkarzach
Transfery, newsy, wywiady: Włącz powiadomienia dla artykułów o Twoich ulubionych zawodnikach i drużynach.

