Euzebiusz Smolarek był kluczową postacią dla reprezentacji Polski w latach 2005-2008, kiedy biało-czerwoni wywalczyli pierwszy w historii awans na mistrzostwa Europy. Znany jako "Ebi" trafiał w meczach m.in. z Portugalią czy Belgią, łącznie w całych eliminacjach strzelił 9 razy, a Polska wygrała swoją grupę i zagrała na Euro. Wcześniej wystąpił też na mistrzostwach świata w Niemczech w 2006 roku. Trzy razy był wybierany piłkarzem roku w Polsce w Plebiscycie "Piłka Nożna" (2005, 2006, 2007).
Kariera Smolarka, który urodził się w Łodzi, ale przez większość dzieciństwa wychowywał się z Holandii, była pełna wzlotów i "upadków". Od samego początku mocno obserwowany, ponieważ był synem legendarnego piłkarza Włodzimierza Smolarka. On z Polską kadrą zdobył trzecie miejsce na mistrzostwach świata w 1982 roku, wtedy Ebi miał dopiero rok. Jego tata był legendą polskiej piłki, w 1988 roku wyjechał do Feyenoordu, a karierę kończył w FC Utrecht i po jej zakończeniu został w Holandii.
W rozmowie z Flashscore Euzebiusz Smolarek wspomina legendarny mecz z Portugalią, którego 20. rocznica przypada 11 października 2026 roku. Opowiada też historie ze swojej kariery i nie tylko.
Mecz z Portugalią zmienił oblicze reprezentacji. Smolarek znowu dał zwycięstwo
Polska reprezentacja zaczęła eliminacje Euro 2008 w bardzo średnim stylu. Nowym selekcjonerem został legendarny Leo Beenhakker, ale na samym starcie biało-czerwoni przegrali 1:3 z Finlandią i zremisowali z Serbią. W tych spotkaniach Smolarek był rezerwowym, ale kiedy wszedł do składu na trzeci mecz z Kazachstanem, strzelił zwycięskiego gola. Później przyszedł czas na domowy mecz z Portugalią, która była wicemistrzem Europy i półfinalistą mistrzostw świata z takimi gwiazdami w składzie, jak Cristiano Ronaldo, Deco czy Nuno Gomes. Ostatni raz biało-czerwoni wygrali z tym rywalem w 1986 roku. Wtedy było 1:0, a jedynego gola strzelił Włodzimierz Smolarek... ojciec "Ebiego".
"Przed spotkaniem wiadomo było, że łatwy mecz nie będzie. Ale też dla mnie nie było tak łatwo, bo Leo Beenhakker na początku eliminacji posadził mnie na ławce i później dostałem szansę, żeby zagrać ten mecz. No i co? I wierzyłem w siebie. Wiedziałem, jaka jest historia do tego meczu, że tata strzelił bramkę z Portugalią. Nie było tak, że musiałem strzelić, tylko chciałem jak najlepiej zagrać. I myślę, że byłem mega skoncentrowany. Wiedziałem, że przecież jest to dobra drużyna, ale wierzyłem w to, że my jako cały zespół możemy coś fajnego stworzyć. A jak już tę pierwszą bramkę strzeliłem, to myślałem: 'U! To nie wygląda tak źle. Tak, to nie wygląda źle'. No i jaka radość była. Pewnie, jak się strzela bramkę przeciwko Portugalii, to i jeszcze w tych czasach jak Portugalia w ogóle grała. I jacy piłkarze w ogóle na boisku byli, to musieliśmy to zrobić jako drużyna, nie jeden zawodnik. Ale pokazaliśmy w tym meczu, że nie trzeba się bać i wszystko jest możliwe w piłce".
Trafienie Smolarka na 2:0, kiedy ten patrzy przed uderzeniem w stronę sędziego liniowego, stało się już legendarne dla polskich fanów.
"Przed tą drugą bramką, którą strzeliłem z Portugalią, jeszcze patrzyłem na prawo, czy miałem czas, bo myślałem, że był spalony. Widzę, że sędzia idzie dalej. Okej, wtedy oczy zamykam i strzelam".
"Po meczu z Portugalią poszedłem do szatni i do kilku kolegów powiedziałem 'to jeszcze nie jest koniec, bo wygraliśmy – jest jeszcze długa droga, żeby pojechać na Euro'. Można być zadowolonym z tego, że wygraliśmy. I to fajnie, bo to fajny moment, ale jeszcze to nie jest koniec".
Ostatecznie Polska wygrała z Portugalią 2:1 po dwóch golach Smolarka, a następnie zaczął się okres, w którym biało-czerwoni wyglądali bardzo dobrze. Pokonali kilka dni później na wyjeździe Belgię 1:0.

"My chcieliśmy pojechać pierwszy raz w historii na Euro. Nie mieliśmy takich łatwych meczów, bo pamiętam takie ze słabszymi rywalami, gdzie było ciężko, ale musieliśmy właśnie te mecze wygrywać. Pamiętam z Kazachstanem, kiedy to światło zgasło. Nie prowadziliśmy wtedy, ale wygraliśmy. I takie właśnie były kluczowe mecze. No i ta radość była w Polsce. I w ładnym stylu graliśmy".
Smolarek w powyższej wypowiedzi nawiązał do spotkania w Warszawie z Kazachstanem, kiedy przy wyniku 0:1 zgasły jupitery. Po półgodzinnej przerwie gra została wznowiona i ponownie rozbłysła gwiazda "Ebiego", który strzelił trzy gole i Polska wygrała 3:1. Wspomniał też o słabszych rywalach, gdzie nie było łatwo, bo biało-czerwoni mieli trudne pojedynki m.in. z Armienią. Ostatecznie biało-czerwoni wygrali całą grupę, zdobywając 28 punktów w 14 meczach, jeden więcej niż Portugalia, z którą na wyjeździe zremisowali.
Kiedy jako syn Smolarka poczuł, że sam zapracował na nazwisko
Przez długą część swojej kariery "Ebi" zmagał się z łatką syna wielkiego piłkarza. Sam zwraca uwagę na moment, w którym uznał, że swoją grą zapracował na to, żeby podkreślać jego rolę w kadrze.
"Jak strzeliłem dwie bramki z Belgią, to już wiedziałem, bo to był mój cel, który chciałem w życiu osiągnąć. Już byłem na mistrzostwach świata. Ale wtedy byłem młody i później chciałem bardzo pojechać na mistrzostwa Europy i po tym meczu to się udało. Wiedziałem, że nie osiągnę tego co tata, bo medal mistrzostw świata to chyba za duża rzecz w tych czasach, ale awans na Euro był takim marzeniem, wtedy byłem taki pewny siebie, że to zrobiłem".
"Po tym meczu zapracowałem na swoje nazwisko, a nie miano syna znakomitego ojca. Później koledzy prosili mnie o jakieś rady albo co można lepiej zrobić, co robią gorzej. I wtedy się czułem właśnie tak, że okej, pokazałem, co miałem, to nazwisko Smolarek idzie dalej".
Czy czuł się liderem reprezentacji w tamtym okresie?
Smolarek w wielu meczach był bohaterem kadry, dwa gole z Portugalią, hat-trick z Kazachstanem czy dublet z Belgią, który przypieczętował awans, były wyjątkowymi momentami, ale nie czuł się liderem na boisku i poza nim.
"Jakoś w tamtym okresie nie czułem się liderem albo że muszę nim być. Ja zawsze mówiłem, że sam bramki nie strzelę. Potrzebuję właśnie tych piłkarzy, co obok stoją i chcą mi tę piłkę dać. I wiadomo, że jakiś autorytet miałem, bo grałem w Dortmundzie i później w Hiszpanii. Pewnie, że to widziałem, ale też i dobrze czułem. Ale nie byłem jakimś kapitanem ani nie decydowałem o niczym w szatni, to robili inni starsi, którzy już więcej lat grali w reprezentacji. Ja patrzyłem na siebie, przyjeżdżałem, czułem tę euforię z gry dla Polski".

Zapytany o reprezentację odpowiedział, że w tamtym okresie miał kontakt z kilkoma zawodnikami, z którymi bardzo dobrze się dogadywał. Sporo uwagi poświęcił Mariuszowi Lewandowskiemu, pomocnikowi, który grał dla Szachtara Donieck.
"Na pewno Mariusz Lewandowski, Jacek Krzynówek, Tomasz Rząsa. Z nimi na pewno miałem dobry kontakt. Nie tylko na boisku, poza boiskiem też. Moim zdaniem Mariusz nie był dostatecznie doceniany w Polsce. Tyle lat tam grał (w Szachtarze – przyp. red) i tam był gwiazdą. Ale jak przyjeżdżał do reprezentacji, to nie czuł się jak gwiazda. Kiedyś graliśmy z Ukrainą na wyjeździe i on tam na lotnisku przechodził bez kontroli, był znany, w Polsce tak go ludzie nie doceniali, dopiero później, jak wygrał Puchar UEFA z Szachtarem, to się trochę zmieniło. Fajnie z nim było. No i Krzynówek, ale on to już był bardziej rozpoznawany, on grał w Niemczech".
Dla Polaków był gwiazdą i idolem, sam o tym nie wiedział
Nazwisko Smolarek w tamtym czasie było na ustach wszystkich. Dzieci na podwórkach chcieli być jak Smolarek, kobiety "podkochiwały" się w Smolarku, a ten dawał radość w wielu polskich domach. Sam natomiast nawet nie wiedział, że w Polsce mówi się o nim tak dużo. Nie mieszkał w Polsce, nie miał zbyt wielu kontaktów w naszym kraju i nie zdawał sobie sprawy, jak dużą popularność zyskał po meczu z Portugalią.
"Nie miałem tak dużo czasu, żeby z kimś o tym porozmawiać w ogóle. No z tatą albo mamą tak, z bratem, ale nie żyłem w Polsce. Nie wiedziałem, jak tu jest, co się stało po meczu, bo od razu po meczu leciałem do klubu. No i to nie były te czasy z internetem, że każdą wiadomość mogłem zobaczyć, może już wtedy troszkę, ale nie było tego jeszcze tak dużo w tym okresie. Nie wiedziałem i tak się też nie czułem, że w Polsce jestem jakąś gwiazdą. Dopiero później, jak lądowałem w Polsce na kolejnych zgrupowaniach, to widziałem, że dziennikarze chodzą za mną i robią zdjęcia, śledzą moje kroki. Pomyślałem, okej, coś chcą ode mnie, ale co? Dwie bramki strzeliłem z Portugalią, ale co chcą, szukają jakiejś sensacji? Wtedy poczułem, że chcą zobaczyć moje prywatne życie, bo nie mieli do mnie dostępu przez to, że ciągle byłem za granicą".

Smolarek nie był nawet świadomy tego, jak jest postrzegany w Polsce, żył w Holandii, nie obserwował polskich serwisów i gazet. Dopiero po przyjeździe do kraju poczuł, że coś się zmieniło.
"Kręciłem jakieś reklamy, ale nie miałem pojęcia o tym, że w Polsce ludzie tak dobrze mnie znają i kojarzą. Później po latach, nawet teraz kiedy im to mówię, to odpowiadają: 'Ale Ebi, ty byłeś przecież w Warszawie, w Łodzi na billboardach, w telewizji'. Ale ja tego nie widziałem, bo nie mieszkałem w Polsce. Nie byłem w żadnym programie w TV, nie miałem o tym pojęcia, nie czułem się jak gwiazda. Później słyszałem, jak rozmawiałem z ludźmi, że w tym okresie była taka radość w Polsce, że fajne czasy to były".
Sława nigdy go nie zgubiła, ale sam też opowiada o tym, że nie był wyjątkowo utalentowany, że musiał ciężko pracować, żeby dojść do tego miejsca, w którym się znalazł.
"Nie uważam, że miałem duży talent, ale starałem się i strzelałem bramki. Tak, to było najważniejsze. Może jestem zbyt skromny, ale nie robiłem jakichś mega akcji albo czegoś takiego. Starałem się być w dobrym momencie i z koncentracją, bo wiedziałem, że czasami to jest tylko jeden moment i ten jeden moment muszę wykorzystać, bo jak nie strzelę bramki, to wtedy po kilku meczach będę siedzieć na ławce. No i tego nie chciałem. Może trochę miałem taką 'czutkę' po tacie. On to zdecydowanie miał, ja też potrafiłem odnaleźć się w dobrym czasie".
Zawalone przygotowania do Euro. Z Beenhakkerem było różnie
Piłkarze reprezentacji Polski po znakomitych eliminacjach mistrzostw Europy byli w kraju postrzegani jako idole. Cały kraj liczył, że biało-czerwoni mogą osiągnąć duży wynik na turnieju rozgrywanym w Austrii i Szwajcarii. Media mocno podkręcały temat i oczekiwały od zawodników dobrej postawy. Jak wspomina Smolarek, ta presja może była zbyt duża, ale on widział problem w innym miejscu.
"Współpraca z Leo Beenhakkerem ogólnie była dobra, ale nie na początku i nie na końcu. W środku w eliminacjach to fajnie wyglądało i szkoda, że tak się stało później na Euro. Miałem opinię na ten temat i to już nie tak, że mogę powiedzieć, bo Leo już nie ma (zmarł w kwietniu 2025 roku w wieku 82 lat). Rozmawiałem z nim kilka lat temu na kawie i potwierdził moją opinię. To była presja w mediach, bo to pierwszy raz na Euro, to trochę nam ciążyło, ale to nie był główny powód. Moim zdaniem były to niestety złe przygotowania. Ja zagrałem 34 mecze w Hiszpanii. Cały sezon grałem praktycznie co mecz i byłem zmęczony, ale musiałem trenować w tym okresie przygotowawczym, jak piłkarze którzy grali dużo mniej. Trenowaliśmy bardzo ostro. I kilka razy powiedziałem, że czuję się zmęczony. I te dwa treningi, które mamy codziennie... Mówiłem, że ci co tego potrzebują, mogą mocniej trenować albo ciągle być pod kontrolą, żeby być w formie, ale na przykład ja? Trener nie do końca to czuł, że ci piłkarze właśnie, którzy grali cały sezon, że przyda im się jakiś odpoczynek albo mogą taktycznie trenować, nie na siłę czy wytrzymałość. No i powołania, nie będę mówił nazwiskami, ale zmienił drużynę personalnie i taktycznie... Nie graliśmy w tym stylu, którym graliśmy wcześniej. Trener zmienił system gry, później powiedział, że to może był błąd. Na pewno to był błąd, ale chciał spróbować. Czasami się wygrywa, czasami się przegrywa...".

Polska na Euro 2008 nie osiągnęła wielkiego sukcesu. Zaczęło się od porażki 0:2 z Niemcami, obie bramki zdobył urodzony w Polsce Lukas Podolski. Następnie w pełnym kontrowersji meczu zremisowała 1:1 z Austrią, a na koniec przegrała 0:1 z Chorwacją.
Sam trener był jednak wielkim autorytetem dla reprezentantów, co podkreśla Smolarek. Niestety w okresie po mistrzostwach Europy biało-czerwoni bardzo źle spisywali się podczas eliminacji mistrzostw świata, na które ostatecznie nie pojechali, a selekcjoner został zwolniony w bardzo średniej atmosferze. Opisując selekcjonera, Smolarek mówi:
"Wielki. Trenował wielkie kluby w Holandii, trenował przecież Real Madryt. Miał taki autorytet, że naprawdę mówił takie proste rzeczy, a my go słuchaliśmy. No może ja nie zawsze (śmiech), ale ogólnie tak. Zwracał uwagę na podanie piłki. Wydaje się proste tak? A on nas uczulał, żeby podać na dobrą nogę do partnera, żeby była ta szybkość, dynamika. Taktycznie staliśmy bardzo dobrze. Bardzo dużo stawiał na taktykę, aby to przełożyło się na mecz. Odprawy robił często takie śmieszne, ale przecież się znał i każdy patrzył na niego i słuchał go. Ja nie zawsze, ale ja z trenerem miałem swoje sprawy. Po meczu z San Marino (w el. MŚ) strzeliłem gola i udawałem kontuzję, bo wcześniej posadził mnie na ławce (ze Słowenią). To był taki pstryczek w nos dla niego, później musiałem przeprosić w szatni, ale nie było problemu".
Przejście z Feyenoordu do BVB
Swoją karierę klubową Euzebiusz Smolarek zaczynał w Holandii, gdzie się wychowywał. Jego pierwszym zespołem był Feyenoord Rotterdam. Jego celem było zagrać dla tego klubu i ten cel spełnił. Następnie wypłynął na "szerokie wody" i zimą 2005 roku trafił do Borussii Dortmund, dzięki temu, że do Niemiec udał się Bert van Marwijk, który trenował go w Holandii.
"W akademii Feyenoordu byłem, od kiedy miałem dwanaście lat, a Feyenoord właśnie to taki klub, który zawsze chce wygrywać. Kiedy przechodziłem obok tego stadionu, to moim calem zawsze było, żeby zagrać tam chociaż jeden mecz. To mi się udało. No i co dalej? Jako młody piłkarz, czasami wchodziłem, czasami nie wchodziłem. Było fajnie, ale nie było też łatwo, choć wtedy nazwisko Smolarek już coś znaczyło – piłkarz z akademii, jeszcze mój tata pracował z młodzieżą. Później pojawiły się jakieś problemy, przyszedł nowy trener, a Bert van Marwijk z Feyenoordu poszedł do Dortmundu. I za jakiś czas ja też się tam przeniosłem".

Okres w Feyenoordzie wspomina dobrze i jest dumny z gry dla tego zespołu, ale wypożyczenie do BVB zimą 2005 roku było dla niego dużym krokiem w karierze. Tam znakomicie się odnalazł, zyskał sympatię kibiców i był w życiowej formie. Zapytany o różnice, które zauważył między Feyenoordem a Borussią odpowiedział:
"Feyenoord, wow! Duży stadion. Ale przeszedłem do Dortmundu. Zobaczyłem ten ich stadion i pomyślałem: 'O kurde, to już troszkę krok do góry poszło'. Ja się nie bałem, zacząłem dobrze, zagrałem przeciwko VfL Wolfsburg, strzeliłem bramkę, a to był dość trudny czas dla Borussii. Przyszedł jakiś chłopak z ławki z Feyenoordu, ale trener mnie chciał i na mnie postawił. Strzeliłem pierwszą, drugą, trzecią, czwartą i wtedy myślę, okej, coraz lepiej to idzie. Ja przyszedłem zimą na wypożyczenie, szło mi dobrze, to już wtedy dla nich (kibiców) to było coś. Dużo pracowałem, strzelałem i zaczęły się wygrane mecze i tam mnie dobrze pamiętają. Do teraz mam z BVB dobry kontakt, zapraszają mnie na mecze. To miłe, bo widać, że tam jest jak w rodzinie. Ludzie z zaplecza też mnie pamiętają, to super kontakt. Niektórzy piłkarze przyjeżdżają do Dortmundu i nie mogą dźwignąć tej presji, a ja sobie z tym radziłem. Ci kibice, ta 'Żółta Ściana' – ja wiedziałem, że mam dać im radość. Czasami nie wychodzi, ale dam z siebie wszystko dla tych fanów, czasami wygramy, czasami przegramy, ale zawsze razem. Myślę, że oni to widzieli we mnie, że będę zawsze walczył i dlatego mnie tak lubili".
"Miałem wpływ na to, że później kolejni Polacy trafili do Borussii"
Udany okres Euzebiusza Smolarka sprawił, że niemiecki klub chętniej zaczął patrzeć w stronę polskich zawodników. Kiedy odchodził Smolarek, to do Dortmundu trafił Jakub Błaszczykowski, następnie także Łukasz Piszczek i Robert Lewandowski. Cała trójka stanowiła o sile BVB pod wodzą Jurgena Kloppa. Byli podstawowymi graczami, kiedy zespół zdobywał mistrzostwa Niemiec i awansował do finału Ligi Mistrzów w 2013 roku. Ebi opowiedział o tym, że miał na to duży wpływ, że Polacy znaleźli się w tym zespole.
"Było kilka nieoficjalnych rozmów. Rozmawiał ze mną Michael Zorc, ówczesny dyrektor sportowy w BVB. Pytał o Polaków, jak w Polsce, jak liga. Mówię: 'Liga, no nie wiem, ale na pewno mamy kilka talentów'. Dortmund w tamtym czasie nie był jak Bayern. Musiał szukać piłkarzy, w tym okresie w którym ja byłem, to nie był łatwy okres dla klubu. Dlatego szukali właśnie takich piłkarzy, którzy może tak dużo nie kosztują, ale mają talent i później mieli trzech takich z Polski. Nawet jak Kuba miał przyjść, to wtedy Michael Zorc się pytał, jaki on jest, co ja uważam o nim, ale to nieoficjalnie zawsze było przy śniadaniu czy kolacji. Powiedziałem, co myślę i później było okej (śmiech)".
Odejście do Racingu w złym czasie, to nie było miejsce dla niego
Ebi świetnie radził sobie w Borussii Dortmund, gdzie grał od stycznia 2005 do sierpnia 2007. Łącznie wystąpił w barwach tego klubu w 87 meczach, strzelił 26 goli i zanotował 16 asyst. Polski napastnik został zauważony przez hiszpański Racing Santander, który 24 sierpnia ogłosił jego pozyskanie z Borussii Dortmund, a on podpisał czteroletni kontrakt. Smolarek wspomina, że była to dla niego duża szansa, ale z perspektywy czasu nie była to najlepsza decyzja. Sam Euzebiusz dodaje, że teraz podjąłby taką samą decyzję, bo chciał spróbować gry w Hiszpanii.
"Patrząc z perspektywy czasu, w tamtym momencie znowu podjąłbym decyzję, żeby odejść do Racingu. Powiem dlaczego. Jak już grałem w Holandii, później poszedłem do Dortmundu, to sobie pomyślałem: 'Kurde, jako małe dziecko patrzyłem na Primera Division, to będzie krok do przodu' – myślałem, że zagram w Racingu Santander i później może trafię do lepszego klubu".
Tak się jednak nie stało. Smolarek mówi, że znając kulisy odejścia ta decyzja mogła wtedy być zupełnie inna, odszedłby w innym czasie i w innych okolicznościach.
"Gdybym mógł to zrobić jeszcze raz, to nie odszedłbym w tym okresie. To był sierpień, koniec okienka transferowego. Dortmund przyszedł do mnie, że mam ogromną szansę zagrać w Hiszpanii. Tylko ja nie wiedziałem, jak to jest z agentami. Ja nie miałem agenta, bo nie potrzebowałem, mój tato to zawsze załatwiał. Jak szedłem do BVB, to chciał mnie trener. Wtedy jak odchodziłem z Dortmundu, to powiedzieli mi, że to super oferta, okazało się, że jakiś menadżer z Holandii mi załatwił, że na pewno rozmawiał z klubem. Gdybym wtedy to wiedział, to bym zrobił to inaczej. Poczekał, porozmawiał, czy trener mnie chce, czy tylko właściciel klubu.
Później dopiero się dowiedziałem, że właściciel mnie bardzo chciał, ale trener niekoniecznie, z trenerem nie rozmawiałem. Jakbym miał czas, to mógłbym z trenerem porozmawiać, a tak to ja na drugi dzień leciałem do Hiszpanii i podpisałem kontrakt. Wtedy dopiero poznałem trenera. Okazało się, że 99% ludzi w klubie nie mówiło po angielsku. Ja lubiłem zażartować w szatni, a bariera językowa w Racingu była trudna. Z drugiej strony nie pasował mi styl grania. W Holandii i Niemczech grałem w klubach, które atakowały, lubiły być przy piłce, Racing grał bardziej z kontry. Dla napastnika to było bardzo trudne, żeby gola strzelić, ale i tak zdobyłem tam kilka trafień".

Stwierdził też, że klimat w klubie był zupełnie inny niż ten, do jakiego był przyzwyczajony we wcześniejszych klubach.
"Ogólnie w Hiszpanii był inny tryb pracy, inne podejście do trenowania. Jakbym to wiedział wcześniej, to na pewno bym tam nie poszedł, ale nie mówię, że przejście do Hiszpanii było błędem. Santander to piękne miasto, dobre życie, nie można narzekać. Tylko jako piłkarz nie czułem się dobrze. Tam mieliśmy trening o 22 albo 7 rano, bo w dzień było za duszno. To mi nie pasowało".
Porównując BVB i Racing to była duża różnica. Zaskoczyło go podejście do pracy w Hiszpanii, wszystko było "mañana".
"Różnica między Niemcami a Hiszpanią była ogromna dla mnie. W Dortmundzie miałem schemat i to już było dwa tygodnie wcześniej, dużo bardziej profesjonalnie. Zmieniając klub potrzebowałem samochód, potrzebowałem mieszkania. Nie chciałem mieszkać dwa miesiące w hotelu, a tam tak było. Nie chciałem jeść codziennie tych samych rzeczy, chciałem mieć swoje mieszkanie, móc sobie coś ugotować. Nie mogłem, bo siedziałem w hotelu. Długo prosiłem, chodziłem do klubu i pytałem o te warunki, które miałem w kontrakcie. W Dortmundzie to miałem wszystko już wcześniej załatwione, wiedziałem kiedy będzie trening itd.
W Hiszpanii wszystko to było 'mañana' (czyli jutro). O której trening? 'Mañana'. Wszystko było robione bez konkretnego planu. Na pewno w klubach takich, jak Real, Barcelona, Atletico to wyglądało inaczej, tak jak w Dortmundzie. Zastanawiałem się, dlaczego nie można tego lepiej załatwić organizacyjnie. Nie mieliśmy np. kierownika, a czasami nawet treningu. No dlaczego? Bo nikt o tym nie wiedział. Ja mieszkałem tam z żoną i byliśmy razem. No i wtedy raz trener zdecydował, że jedziemy na cztery dni na zgrupowanie. Wtedy powiedziałem, że gdybyście nie mówili tego dzień wcześniej, to wtedy moja żona mogła lecieć sobie do Holandii na tydzień. Trochę dziwnie tam było".
Spełnił swoje dziecięce marzenia. Grał na Bernabeu i przeciwko Messiemu
Ebi Smolarek wspomina okres gry w Racingu też z dobrej strony. Dzięki występom w najwyższej lidze w Hiszpanii, miał okazję zagrać przeciwko wielkim zawodnikom oraz z wielkimi klubami. Polski napastnik marzył o tym, kiedy był małym dzieckiem.
"Ja nawet tego nie wiedziałem, dopiero później jeden dziennikarz mi powiedział, że w debiucie w Racingu, w którym dostałem czerwoną kartkę, to grałem przeciwko Messiemu. Wtedy to był taki młody chłopak. Szkoda, że nie wiedziałem, jak potoczy się jego kariera, bo bym wziął od niego koszulkę. Teraz mieć taką koszulkę, to by było super.
Liga była naprawdę mocna technicznie. Normalnie miło było patrzeć na przeciwnika, mieli super zawodników, tak było w Realu albo w Barcelonie. Na Bernabeu grałem. To zawsze marzenie piłkarza, prawda? Jak byłem młody, miałem dwanaście lat i wtedy bym do siebie powiedział, że kiedyś zagram na Bernabeu, przeciwko Realowi albo z Barceloną to nie wiem, czy by ktoś w to uwierzył".

Łącznie w Racingu Santander zagrał 40 meczów, strzelił 6 goli i zanotował 2 asysty. Odejście nie było czymś, czego chciał sam. Odejść musiał i ten krok mocno zahamował jego karierę. Miało to miejsce latem 2008 roku.
Odejście do Boltonu w trudnych okolicznościach. "Krótka piłka"
Przejście do Boltonu zostało niejako na nim wymuszone. Miał długoletni kontrakt w Racingu, ale klub w tym okresie miał trudny okres. Smolarek przychodził tam jako drogi zawodnik, z dobrym kontraktem, a hiszpański klub zapłacił za niego 4.5 miliona euro dla Borussii Dortmund. Po zaledwie roku został "wypychany" z drużyny... i wypożyczony do Boltonu. "Ebi" wspomina ten moment z dużym smutkiem.
"W Racingu Santander podpisałem kontrakt na cztery lata i to bardzo ładnie wyglądało. Miałem dobry kontrakt. Początek był dobry, ale później pierwszy miesiąc, drugi miesiąc, trzeci i czwarty nie widziałem wypłaty. Nie tylko ja. Wtedy pomyślałem, że coś jest nie tak. Prezes przyszedł do mnie i powiedział 'Krótka piłka. Tutaj albo będziesz siedział na trybunach albo pojedziesz do Boltonu i wtedy Bolton ci resztę kontraktu zapłaci'. A wiesz, jako młody piłkarz, przestraszyłem się. Jeszcze byłem w reprezentacji, chciałem grać, a nie siedzieć na trybunach".
W Boltonie spotkał się z innym problemem... Klub za duże pieniądze zakontraktował napastnika, którego Polak "nie mógł" wygryźć ze składu, tym bardziej, że był tylko wypożyczony do tego zespołu.
"Bolton... Tam za duże pieniądze przyszedł Johan Elmander. Też grał ze mną w Feyenoordzie i później poszedł do Francji, a stamtąd poszedł jako najdroższy transfer w historii Boltonu (odszedł za 12.6 mln euro). Kurde, ja siedziałem na ławce i wyobraź sobie, że no on tam kilka meczów zagrał. Cztery, pięć meczów nie strzelił, ale to był najdroższy transfer... i ten trener przecież chciał się utrzymać na stanowisku – mnie wystawiał na dziesięć minut albo nawet na pięć. Na treningu wyglądałem naprawdę dobrze.
I w piątym meczu nie strzelił i w szóstym meczu nie strzelił. To już myślałem, że w Dortmundzie po siódmym meczu, jakby nie strzelił gola, to wtedy na pewno jakąś szansę bym dostał. Ale nie dostałem szansy właśnie na te dwa, trzy albo cztery mecze, by pokazać się jako napastnik. No to już wiedziałem, że to były jakieś układy, bo kiedyś do trenera poszedłem. Mówię 'panie trenerze, ja nie mówię źle, ale ten napastnik nie strzela. Grałem w Dortmundzie, w Hiszpanii. Może tak dużo bramek nie strzeliłem, ale jeszcze grałem w reprezentacji, wiem, co mogę dać. Dlaczego nie zagram?'. A on odpowiada, 'że to nie ode mnie zależy, tylko to jest z góry zdecydowane'. To już wiedziałem. Nie, nie zagram tutaj w ogóle. Wtedy straciłem ochotę na piłkę nożną".
Ostatecznie okres w Boltonie był bardzo nieudany. Smolarek nie grał, wystąpił w 12 meczach w Premier League, spędzając na murawie tylko 221 minut.
Szalony prezes w Grecji
Po okresie w Boltonie jego kariera już znaczenie wyhamowała. Wrócił do Racingu latem 2009, ale odszedł z tego klubu zimą 2010 roku i podpisał kontrakt z greckim klubem AC Kavala. To co tam zobaczył, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Chociaż postać prezesa klubu była bardzo barwna, to jednak z profesjonalnym sportem miało to niewiele wspólnego.
"Tam to w ogóle było inaczej, ale tam urodził się mój syn. Bardzo szczęśliwy byłem, sześć miesięcy tam spędziłem. Super. Dobry okres prywatnie i tylko mam trochę historii z prezesem. Było taki mecz jeden do zera dla nas. W przerwie przychodzi do szatni wkurzony, krzyczy na nas: 'Do przodu musicie. Wszyscy do przodu, do przodu'. Był tam jakiś nowy trener, ostatecznie był remis, a prezes wchodzi i mówi 'Bardzo dobrze panowie, bardzo dobrze'. I każdy piłkarz dostaje pięćset euro na rękę. To już się domyślałem, gdzie ja trafiłem".
"Na treningu prezes brał sobie stolik, siadał na środku boiska. Miał cztery telefony, cygaro sobie palił, śmiał się i mówił, jak ktoś ma zagrać. Tylko to naprawdę było śmieszne. No i już później nie miałem takiej chęci do grania, bo jak takie rzeczy tam widziałem...".

Sam jednak podkreśla, że mimo swoich "interesów" prezes prywatnie był bardzo dobrym człowiekiem, który dbał o niego podczas pobytu w Grecji.
"Nie mogę powiedzieć, że był zły dla mnie, wręcz przeciwnie, bo wszystko płacił na czas, wszystko zapłacił. Moja żona była wtedy w ciąży i dostałem od klubu taki Smart, samochód na jeden dzień. Prezesa jeszcze nie było. I taka fajna historia. On przyjeżdża na trening i widział mnie gdzieś na mieście, że ja tym Smartem z żoną jechałem. Przychodzi do mnie i mówi: 'Czym ty jeździsz?', mówię na to: 'No Smartem od klubu', a on 'Ale twoja żona w ciąży jest', a ja mówię: 'No tak, ale taki samochód dostałem'. On mówi: 'Nie, nie, nie. Tutaj masz mój kluczyk'. Ja mówię: 'Jak mam twój klucz?', "no masz klucz'. I to było Audi A8. Dał mi swój samochód, w środku wszystkie papiery jeszcze leżały. Mówię: 'Ale panie prezesie, tu są dokumenty'. Mówi: 'Nie, nie martw się, jutro lub pojutrze wezmę te papiery. Masz tutaj ten klucz. Jeźdź tym samochodem, bo twoja żona nie będzie jeździła z tobą Smartem'. No ale on był taki rodzinny. Jak mój syn się potem się urodził i on się dowiedział, a on wszystko wiedział. Uwierz mi, on wszystko wiedział co się dzieje w Kavali. Urodził się mój syn, a godzinę później on stoi przy szpitalu. Godzinę później. Dowiedział się, że syn się urodził i od razu przyjechał, dał też jakieś pieniądze dla syna, powiedział, żebym to zatrzymał i będzie miał na później".
Motywowało go nazwisko ojca i... nauczyciel ze szkoły, który dostał jego koszulkę
Kolejne lata upłynęły pod znakiem gry w Polsce, Katarze i Holandii. Smolarek ostatni mecz zagrał w 2013 roku w wieku zaledwie 32 lat, ale jego zapał do gry w piłkę pod koniec kariery był niewielki. Bardziej była to dla niego zabawa, która przestała go cieszyć. Wspomina jednak, że jako dziecko został odpowiednio zmotywowany do tego, żeby zostać profesjonalnym piłkarzem.
"W szkole nie wierzyli we mnie, że mogę grać w piłkę, później mogłem im powiedzieć, że grałem przeciwko Realowi i Barcelonie. Miałem takiego nauczyciela od języka niemieckiego. Powiedział mi, że muszę się uczyć, bo nigdy nie zostanę piłkarzem, nie wierzył we mnie. Później jak zagrałem pierwszy mecz w Feyenoordzie, to pojechałem do szkoły i dałem mu koszulkę, żeby powiesił sobie w klasie. Miałem też dodatkową motywację, bo zawsze mówili mi, że nigdy nie będę jak ojciec, że nie osiągnę sukcesu".
Nie miał pomocy jako piłkarz, teraz sam pomaga innym
Obecnie Euzebiusz Smolarek jest prezesem Polskiego Związku Piłkarzy. Jest to dla niego bardzo ważna inicjatywa, ponieważ wie ze swojego doświadczenia, jak często takiej pomocy, zwłaszcza młodzi piłkarze, nie mają. Jego celem jest poprawa ich życia, nie tylko rozwiązywanie problemów kontraktowych, ale przede wszystkim takich życia codziennego.
"W moich czasach aż takiej pomocy nie miałem. Wiadomo, że Związek Piłkarzy w Polsce był, ale w Grecji czy Hiszpanii to tego nie było i gdzie miałem się zgłosić? Kto mi może pomóc? Dlatego teraz to robię. Nie jestem menedżerem, nie jestem trenerem, ale widzę w tym sens, to daje bardzo dużo radości, bo mam naprawdę dużo piłkarzy, którzy dzwonią do nas. Mamy biuro w Łodzi i codziennie jeżdżą pracownicy po klubach wytłumaczyć właśnie tym piłkarzom, którzy może potrzebują pomocy, że u nas ją znajdą. To nie chodzi tylko o kontrakt. Tylko właśnie życiowo. Kiedy ktoś ma jakąś kontuzję albo nie wie do kogo się zwrócić. Ktoś, kto jest u nas członkiem, ma praktycznie pomoc za darmo w sprawach prawnych czy szukaniu rehabilitacji".
Żałuje tak szybkiej decyzji o odejściu z Dortmundu, jest dumny z gry dla Polski
Na koniec rozmowy Euzebiusz Smolarek został zapytany o to, czego najbardziej żałuje w swojej karierze lub jaką decyzję podjąłby inaczej. Były reprezentant Polski powiedział, że głównie chodzi o zbyt szybkie podpisanie kontraktu z Racingiem. Zawsze chciał grać w Hiszpanii, ale gdyby teraz miał czas, lepiej przeanalizowałby warunki kontraktu.
"Żałuję, że tak szybko zgodziłem się na odejście z Dortmundu. Postawili mnie pod ścianą. Nie wiedziałem w ogóle, o co chodzi. Tak szybko dali mi ten kontrakt, byłem młody, co ja miałem? Gdyby wtedy był taki związek, który by mi przeanalizował ten kontrakt, wytłumaczył, to wtedy tego kontraktu w Hiszpanii bym nigdy bym nie podpisał".

Zapytany o to, co za kilka lat odpowiedziałby na pytanie swoich synów. "Tato, co było najlepsze w życiu piłkarza?". Odpowiedział bez wahania, że spotkania z ludźmi i reprezentowanie Polski, z którego jest niezwykle dumny, podobnie jak ze swoich występów w BVB czy Feyenoordzie.
"To, jak rozmawiałem z ludźmi w Polsce, jaką radość im dałem. Jak jestem gdzieś w Warszawie, w Łodzi, a w Gdańsku albo w Poznaniu, to ludzie do mnie przychodzą. Widziałem radość, którą wtedy mieli w czasach, kiedy grałem w reprezentacji i to mi daje taką radość życiową, że coś pokazałem. Może za wcześnie skończyłem, ale z tych meczów, które zagrałem, to naprawdę byłem dumny. Że zagrałem w reprezentacji i mogłem nosić koszulkę Polski".
"W życiu czasami trzeba podejmować takie decyzje. Grałem w wielu miejscach, tego nikt mi nie zabierze, zawsze mogę powiedzieć dzieciom, że tam występowałem. Czasami kariera się kończy. U mnie to może za wcześnie, ale tak w życiu miałem. No, miałem czasami szczęście i czasami miałem pecha, że nie trafiłem do tego klubu, który by mi pasował albo nie trafiłem trenera, który we mnie wierzy, tak bywa" – powiedział Smolarek.
Euzebiusz Smolarek wystąpił łącznie dla reprezentacji Polski w 47 meczach, strzelił 20 goli i zanotował 6 asyst.
W karierze klubowej zagrał 87 spotkań dla BVB (26 goli, 16 asyst), tyle samo meczów zagrał w barwach Feyenoordu (13 goli, 5 asyst), w barwach którego wygrał Puchar UEFA w sezonie 2001/2002. W finale nie pojawił się na murawie z powodu kontuzji.
Grał też dla Racingu Santander (40 meczów, 6 goli, 2 asysty), Polonii Warszawa (26 meczów, 7 goli, 5 asyst), AC Kavala (18 meczów, 3 gole, 1 asysta), Bolton Wanderers (13 meczów, 1 gol), Al-Khor SC (12 meczów, 4 gole), ADO Den Hag (12 meczów, 2 gole), a karierę zakończył w Jagiellonii Białystok (5 goli, 1 asysta).

