Piątkowy mecz FC Porto z Aroucą okazał się wyjątkowo ciekawy z paru powodów. Po pierwsze, pierwszy raz w historii w składzie „Smoków” znalazło się aż trzech Polaków. Dla najmłodszego z nich, Oskara Pietuszewskiego, był to dopiero drugi mecz ligowy w wyjściowym składzie.
Zaufanie trenera Fariolego młodzieżowiec zaczął spłacać błyskawicznie, bowiem już w pierwszej akcji to on domykał atak po lewej stronie. W 13. sekundzie piłkę od Victora Froholdta umieścił w bramce wślizgiem zakończonym zderzeniem ze słupkiem.
VAR przez dłuższą chwilę analizował trafienie, bowiem pierwotnie liniowy wskazał spalonego. Gdy Polak wreszcie wstał i wrócił na boisko, mógł świętować – arbiter główny potwierdził gola, który okazał się najszybszy na Estadio Dragao. Wcześniej rekord należał do Gabriego Veigi (19 sekund). Na starym stadionie (Das Antas) rekord również wynosił 13 sekund, zatem Pietuszewski ten wyczyn wyrównał.
Pietuszewski mógł zainkasować dublet w 20. minucie, gdy ponownie doszedł do strzału, a golkiper gości uderzenie z dystansu "wypluł" przed siebie. Jak się okazało, oba uderzenia Pietuszewskiego były jedynymi celnymi w pierwszej odsłonie. Porto szanowało swoje prowadzenie i nie forsowało tempa, i tak utrzymując wyraźną przewagę nad gośćmi. Jeszcze przed przerwą Pietuszewski mógł do gola dopisać asystę, jednak obrońca gości nogami zablokował dogranie, do którego ruszał Pepe.

Porto miało sporo szczęścia, że minimalizm przed bramką rywali nie zemścił się w imponujących okolicznościach tuż po przerwie. Taichi Fukui w 46. minucie huknął z dystansu tak, że obił poprzeczkę i umożliwił koledze dobitkę, która okazała się niecelna. Gospodarze nie potraktowali ostrzeżenia poważnie i zapłacili za to cenę na 20 minut przed końcem. Wówczas Nais Djouahra zza zasłony złapał Diogo Costę na klęczkach i uderzenie z 20 metrów weszło do bramki.
Porto musiało wrzucić wyższy bieg, by nie stracić punktów w trzecim z pięciu ostatnich meczów i nie roztrwonić przewagi. Długo wydawało się, że wysiłki spełzną na niczym - podenerwowani gospodarze nie mogli złamać rywali. Dopiero w ostatnich minutach Seko Fofana padł w polu karnym i arbiter (do spółki z VAR) wskazał na rzut karny: William Gomes uderzył mocarnie i od poprzeczki wpakował piłkę do siatki już na początku doliczonego czasu. Jednak wygrana! Przypieczętował ją w 90+8. minucie Moffi, wykorzystując wślizgiem świetną centrę Gomesa z prawej.

