Światło czerwone. Widzewie, czas zająć się walką o utrzymanie
Wynik Widzewa (0:0 z Cracovią) nie byłby moim kandydatem do negatywnego wydarzenia kolejki... gdyby nie występ Roberta Dobrzyckiego w programie Gol. Właściciel Widzewa wprawił wielu – w tym mnie – w osłupienie stwierdzeniem, że "w klubie nikt nie zajmuje się walką o utrzymanie", bo w tym sezonie wszyscy walczą "i o puchary, i utrzymanie". To poziom niezrozumienia sytuacji, z którym rywalizować mogą jedynie niektóre wypowiedzi i decyzje Legii. A Legia to nie klub, do którego ktokolwiek w kampanii 2025/26 chce być porównywany.
Nie, Widzew nie walczy o puchary. Dwie trzecie sezonu za nami, a łódzki klub jest o dwa mecze od szorowania po dnie. Od wznowienia rozgrywek zdobył trzy gole w czterech kolejkach i tylko raz wygrał. Ten raz wyglądał całkiem nieźle, ale obecna skuteczność sprowadza się do dalszego grzania miejsca w strefie spadkowej. Rozumiem, że kibice mogą takie rzeczy wypierać – oni mają wierzyć do końca. Ale od głównego akcjonariusza należy chyba oczekiwać bardziej trzeźwej oceny. Żeby wielkie plany pucharów w przyszłym roku nie skończyły się planem naprawczym.
Dla jasności, ja też jestem przekonany, że Widzew jeszcze się odbije. Że jakość będzie rosła, nawet jeśli nie proporcjonalnie do pompowanych sum. Ale na tym etapie trzeba sobie przyznać: spadek też jest jedną z możliwości, znacznie bardziej realną od sukcesu sportowego.

Światło pomarańczowe. A właściwie miedziowe!
Dziś honorowa wzmianka dla prymusa wiosny, czyli Zagłębia Lubin. "Miedziowi" rozgrywali w tym sezonie mecze trudne do przełknięcia (porażka z GieKSą koronnym przykładem), za to w Gdańsku spisali się lepiej niż ktokolwiek się spodziewał. Leszek Ojrzyński pojechał tam, gdzie wszyscy tracą gole i zneutralizował najlepszą ofensywę Ekstraklasy, wywożąc świetnie rozegrane 2:0.
Mówimy o Zagłębiu, które miało wiosną zsunąć się w dół tabeli po stracie Leonardo Rochy, a z transferu Szabo niektórzy wprost się śmiali. O Zagłębiu z prawie 40-letnim bramkarzem gibkim jak nastolatek i czujnym jak drapieżny kot. Klub, który "nigdy nie walczy o nic", raz po raz wkłada kij w szprychy tym mającym go wyprzedzać. I to jest – póki co – jedna z najciekawszych historii sezonu. Czy jednoznacznie pozytywna? Poczekam z oceną do finału rozgrywek.
Światło zielone. Jak pierwsza wygrana Legii od września
Czy to był wielki mecz? Nigdy w życiu. Ale przy Łazienkowskiej nie odbywał się konkurs piękności, lecz walka o przerwanie najczarniejszej serii w klubowej historii. I cel został osiągnięty. A że zrealizowali go debiutant Adamski i przyblokowany przez cały sezon Chodyna, to tylko obrazuje skalę ciężaru, jaki miała na barkach drużyna. Nawet nie mam na myśli wagi bulwersujących pogróżek ze strony troglodytów, po prostu zakładam sportową ambicję u piłkarzy, którzy tego przełamania desperacko potrzebowali.
Po raz pierwszy od września "Wojskowi" złapali oddech i to jest cenniejsze od not za styl. Wszystko wskazuje na to, że przed Markiem Papszunem wciąż sporo pracy, by ta zardzewiała maszyna ruszyła na dobre. Ale już dziś może się pocieszać, że właśnie wyprzedził Widzewa, który w ocenie właściciela spadkiem nie musi się przejmować...


