Lech Poznań - Raków Częstochowa (4:3)
Starcie mistrza i wicemistrza minionego sezonu mogło dać jednej z tych drużyn pozycję wicelidera z minimalną stratą do Jagiellonii. Podobnie jak w Białymstoku, zaczęło się od sporych nerwów: błąd Gurgula pozwolił Makuchowi wyjść na bramkę, a Mrozek nie ruszył na czas do piłki i faulował rywala. Rzut karny na gola zamienił Jonatan Braut Brunes.
Poznaniacy ambitnie szukali rewanżu i byli o włos od remisu już w 10. minucie, gdy Bengtsson huknął z dystansu w poprzeczkę. Ostatecznie pięć minut później się udało. Ali Gholizadeh przy strzale z dystansu obił Ariela Mosóra, a VAR potwierdził, że ten blokował piłkę najpierw ręką. Mikael Ishak wyrównał więc rachunki.
Przewaga wyraźnie była po stronie Lecha, gdy w 27. minucie Racovitan blokował strzał Kozubala, a chwilę później Ishak ograbił Tudora i tylko wyciągnięta noga Zycha ratowała gości. Mecz stał się wręcz jednostronny i wtedy Raków wyprowadził swój cios. W 37. minucie akcja prawą stroną skończyła się strzałem Brunesa. Mrozek obronił, lecz piłka wyszła na wolne pole, gdzie Jean Carlos miał miejsce i dobił celnie. Prowadzenie do przerwy? Nic z tego, w 45. minucie Gholizadeh też znalazł wolne pole, a jego odegranie dotarło do Luisa Palmy kierującego piłkę pod poprzeczkę.
Po świetnej pierwszej połowie druga zaczęła się od rosnącego naporu gospodarzy, który skumulował się po 10 minutach. Zych bronił kolejno strzały Bengtssona i Palmy, a w kolejnej akcji – po świetnym odbiorze Gholizadeha – zatrzymał jeszcze Ishaka. Piłka spadła jednak tak blisko Milicia, że ten dobił na 3:2.
Presja przeniosła się na rywali oraz Bartosza Mrozka. To on zatrzymywał Iviego Lopeza przed godziną, ale na kwadrnas przed końcem meczu nie miał szans: Ivi Lopez przymierzył cudownie z wolnego pod poprzeczkę. To nie było jeszcze ostatnie słowo "Medalików", bowiem w 81. minucie Bulat wgrał piłkę przed bramkę, gdzie Stratos Svarnas wcisnął piłkę między nogami Mrozka. Mieli wygraną na wyciągnięcie ręki, a wrócą z niczym - piłkarze Rakowa nie mogli uwierzyć, gdy Yannick Agnero na początku doliczonego czasu dopchnął piłkę piętą do bramki.

Jagiellonia Białystok - Legia Warszawa (2:2)
Niedzielny szlagier Ekstraklasy rozpoczął się od wielkich emocji, bowiem po dwóch minutach Kajetan Szmyt wygrał walkę o piłkę z Kacprem Chodyną i dał się sfaulować Hindrichowi w polu karnym. Decyzja o jedenastce została zmieniona dopiero po trzech minutach, gdy VAR pokazał, jak „Kajtek” zgrał piłkę ręką.
Pierwszy kwadrans kończył się zdecydowanie na warunkach Legii, która rozgrywała i naciskała na pole karne. Mogła się pochwalić dwoma – choć niecelnymi – strzałami. Następne słowo należało do wczorajszego solenizanta, bowiem Leon Flach w 17. minucie dostał piłkę do Mazurka i wykorzystał cofniętą nisko, bierną obronę Legii. Przymierzył z dystansu i zmieścił piłkę w okienku.
"Wojskowi" na minusie wrócili do ataków i mogli żałować, gdy Wahan posłał główkę obok bramki w 21. minucie. Jednak już minutę później Jagiellonia wyprowadziła wypad zwinnymi nogami Szmyta, który kąśliwie uderzył na bramkę. Hindrich wybił na bok, ale pechowe odbicie od kolana Pankova oddało futbolówkę Pululu, który od słupka podwoił prowadzenie.
Jaga miała wszystkie konkrety pierwszej połowy i w 34. minucie mogła dobić gości. Szmyt znów świetnie się przedarł, wycofał do Mazurka, a ten strzelił tak, że bramkarz pachą – po rykoszecie – bronił się przed stratą gola. Wynikający z tego róg skończył się główką Pululu w poprzeczkę. Legia na przerwę zeszła bez celnego strzału… ale z golem. Po wrzutce Chodyny z wolnego niefart spotkał Bernardo Vitala, który głową pokonał Abramowicza do szatni.
Druga połowa rozpoczęła się zdecydowanie lepiej dla Legii, gdy Rajović po pięciu minutach z główki posłał piłkę w słupek. Chwilę później padł gol wyrównujący, gdy szybka akcja Legii skończyła się wpadnięciem Flacha wraz z piłką do bramki. Po stronie Jagiellonii dobrze wciąż wyglądał Szmyt, którego strzały z 67 i 76. minuty były jasnymi punktami. Jednak to Legia nadawała ton, zwłaszcza po wprowadzeniu z ławki dwóch Urbańskich. Może gdyby nie "klątwa" Rajovicia (nawet z metra nie zmieścił piłki w 70. minucie), Legia broniłaby przewagi w końcówce. Zamiast tego jej szukała, jak przy strzale Colaka wybitym z bramki głową przez Wojtuszka. Doliczony czas należał do Jagi, tyle że nie udało się zwieńczyć go trafieniem.

Bruk-Bet Termalica Nieciecza - Radomiak Radom (1:1)
W słonecznej Niecieczy gospodarze zaczęli z przytupem, raz po raz niepokojąc piłkarzy z Radomia na ich połowie. Dobry kwadrans nie przyniósł efektów, za to w 20. minucie rzut rożny był bliski uradowania Bruk-Betu. Po chaosie przed bramką padły aż trzy strzały, z których najlepszy – Kasperkiewicza – zatrzymał Majchrowicz. Miejscowi jeszcze raz byli blisko, gdy Boboc wyszedł sam na sam w 33. minucie, ale zamiast kończyć dogrywał do Zapolnika, który skiksował.
Druga część pierwszych 45 minut należała zdecydowanie do Radomiaka. Już w 24. minucie Maurides powinien był strzelić, gdy jego główkę z bliska i dobitkę po ziemi zatrzymywał Adrian Chovan. On też uprzedził wyjściem Luquinhasa w 27. minucie, a w 40, minucie zatrzymał Capitę Capembę po imponującym rajdzie. Sekundy później Grzesik był o włos od domknięcia wrzutki Romario Baro z rogu na dalszym słupku, lecz sam uderzył w słupek, a piłka poszła poza boisko.
Druga połowa rozpoczęła się analogicznie, od mocnego wejścia Niecieczy. Kubica i Kurzawa uderzali jednak niecelnie, zanim Radomiak ponownie zaczął odzyskiwać inicjatywę. Po godzinie doszło jednak do nieoczekiwanego otwarcia wyniku – Majchrowicz pomylił się przy wykopie, oddając piłkę rywalom. Wykorzystał to Kurzawa z dystansu, po ręce golkipera pakując piłkę pod poprzeczką.
Radość Niecieczy nie trwała długo – trzy minuty później rezerwowy Zie Ouattara wstrzelił piłkę przed bramkę spod prawej linii bocznej, a Abdoul Tapsoba przepchnął ją poza zasięgiem Chovana. Moment później w słupek z bliska trafił jeszcze Grzesik. Walka byla zacięta z obu stron, a Maciej Ambrosiewicz z dystansu prawie wsadził piłkę pod poprzeczkę, zatrzymany przez Majchrowicza. W chaosie doliczonego czasu obie ekipy miały swoje okazje, ale żadna nie zdołała zadać skutecznego ciosu.

