Korona Kielce - Lech Poznań (1:2)
Lech Poznań od początku przejął kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi. Piłkarze "Kolejorza" podeszli wysoko do rywala i starali się narzucić swój styl gry. Pierwsza dobra sytuacja miała miejsce już w 10. minucie meczu, ale strzał Roberta Gumnego z ostrego kąta wylądował tylko na bocznej siatce. W kolejnych minutach obraz gry się nie zmienił - Korona czekała na błąd Lecha, a piłkarze trenera Frederiksena kontrolowali wydarzenia boiskowe.
W 30. minucie Lech zdołał udokumentować swoją przewagę. Filip Jagiełło kapitalnie zagrał prostopadłą piłkę do Aliego Gholizadeha, który znalazł się w sytuacji sam na sam z Dziekońskim i bez problemu umieścił piłkę w siatce obok interweniującego bramkarza. W doliczonym czasie gry zawodnicy z Poznania podwoili swoje prowadzenie. Gurgul i Ishak oddawali strzały po rzucie rożnym, ale piłkę do siatki skierował dopiero Milić, który dobił strzał Szweda. Tym samym Lech zdobył klasycznego gola do szatni i po 45 minutach mógł cieszyć się z dwubramkowego prowadzenia.
Druga połowa rozpoczęła się lepiej dla Korony, która w końcu zagrała odważniej. W 54. minucie świetne dośrodkowanie z rzutu rożnego posłał w pole karne rywali Wiktor Długosz, a Mariusz Stępiński precyzyjnym strzałem głową zdobył gola kontaktowego. Korona po tej bramce ruszyła mocniej do przodu i chwilę później, po centrze Długosza tym razem z rzutu wolnego, Stępiński zdobył drugiego gola w tym meczu. Bramka nie została jednak uznana, bowiem snajper Korony w momencie podania znajdował się na pozycji spalonej. Do końca meczu mimo ambitnej walki z obu stron więcej dogodnych sytuacji już nie zobaczyliśmy i finalnie Lech mógł cieszyć się z cennych trzech punktów.
Jagiellonia Białystok - Radomiak Radom (1:1)
Pierwsza połowa spotkania w Białymstoku przypominała starcie z Ligi Konferencji z Fiorentiną. Gospodarze z ogromną łatwością przedostawali się w pole karne rywali, ale tam razili nieskutecznością. Już na samym początku Jesus Imaz otrzymał idealnie podanie od Kamila Jóźwiaka, jednak jego strzał z bliskiej odległości został zatrzymany przez Filipa Majchrowicza. Po chwili Hiszpan uderzył tuż obok słupka.
Podopieczni Adriana Siemieńca wciąż przeważali. W ciągu pierwszego kwadransa 44,4% akcji miało miejsce w trzeciej strefie obronnej Radomiaka, a sama Jagiellonia miała 71% posiadania piłki. Wydawało się, że szansa na przełamanie nadejdzie w końcówce, kiedy sędzia podyktował rzut karny za rzekome zagranie ręką Steve Kingue. Arbiter przyjrzał się jednak sytuacji na monitorze VAR i odwołał jedenastkę, gdyż piłka trafiła Kameruńczyka w klatkę piersiową.
Po zmianie stron kibice podziwiali już wyrównane widowisko. Najpierw wynik spotkania precyzyjnym strzałem obok słupka otworzył Rafał Wolski, korzystając z przytomnego zagrania Mauridesa. Radość przyjezdnych nie trwała jednak długo, gdyż niecałe dziesięć minut później przełamał się Imaz, który efektowną podcinką zdobył 10. bramkę w tym sezonie.

Wymiana ciosów trwała. Wkrótce w sytuacji sam na sam z bramkarzem znalazł się Capita, ale Sławomir Abramowicz popisał się kapitalną interwencją, ratując drużynę. Po chwili osłabił ją jednak Michał Kaput, który za niebezpieczny faul otrzymał drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną kartkę. Mimo tego to podopieczni Adriana Siemieńca zdominowali ostatni fragment starcia, jednak znów szwankowało wykończenie. Ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem, który obu drużynom pozostawi niedosyt. Jagiellonia nie wykorzystała szansy na znaczne zwiększenie przewagi nad Górnikiem, ale ma jeszcze jednak do rozegrania mecz zaległy. Podobnie jak drużyna Goncalo Feio, która zajmuje dziewiąte miejsce.
Arka Gdynia - GKS Katowice (2:1)
Niedzielne spotkanie rozpoczęło się w wymarzony sposób dla GKS-u Katowice. Już w 34. sekundzie piłkarze gości wyszli bowiem na prowadzenie. Wysoki pressing sprawił, że piłkę przechwycił Bartosz Nowak, który zagrał prostopadle do Wdowiaka. Zawodnik gości w sytuacji sam na sam nie pomylił się i błyskawicznie wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Po stracie bramki Arka była totalnie bezradna, a zawodnicy z Katowic dyktowali warunki na boisku.
Na pierwszą groźną akcję Arki czekaliśmy do 32. minuty. I w sumie ciężko nazwać ją groźną - po dograniu piłki w pole karne mieliśmy do czynienia ze sporym zamieszaniem w polu karnym GKS-u. Pierwszy strzał Marcjanika obronił jeszcze Strączek, ale wobec dobitki był bezradny i finalnie gospodarze zdołali doprowadzić do wyrównania. Arka po zdobyciu gola złapała wiatr w żagle i śmielej zaczęła atakować bramkę rywali. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już w 44. minucie gospodarze wyszli na prowadzenie. Po błędzie Jędrycha piłkę przejął Sebastian Kerk, który uruchomił Rusyna, a ten w sytuacji oko w oko z bramkarzem zachował zimną krew i sprawił, że Arka mogła cieszyć się z prowadzenia.
Druga połowa rozpoczęła się od kolejnych ataków Arki, a GKS miał duże problemy, by przejąć inicjatywę nad wydarzeniami boiskowymi. W 72. minucie mogło być już 3:1 dla gospodarzy. Rusyn uderzył mocno z ostrego kąta i piłka po jego uderzeniu nieznacznie minęła bramkę Strączka. GKS cały czas liczył na akcję dającą im wyrównanie, ale ostatecznie Arka wytrzymała "grę na chaos" w wykonaniu gości i zgarnęła cenne trzy punkty po niezwykle emocjonującej pierwszej połowie spotkania.
