Podkreślił, że jego zespół zaprezentował się w piątek o wiele lepiej, niż w poprzednim meczu (0:3 z Lechem Poznań).
"A zostaliśmy z niczym. To wywołuje poczucie smutku, żalu, rozgoryczenia. Wiem, że ten stan utrzyma się bardzo krótko, bo do najbliższego treningu. Nie powinniśmy mieć poczucia tragedii, katastrofy, tylko robić swoje. Wypracowane mechanizmy zaczynają funkcjonować coraz lepiej. Zbliżamy się do naszego celu, czyli dobrej, atrakcyjne i skutecznej gry" – ocenił.
W doliczonym czasie meczu Gliwiczanie zdobyli gola na 2:2, ale sędzia go nie uznał, z racji faulu popełnionego przez strzelca.
"Nie oglądałem powtórki tej sytuacji, by mieć furtkę do tego, by się nie wypowiadać. Wychodzę z założenia, że wszystko jest w naszych rękach. Nie można rozmawiać o meczu z perspektywy jednego wydarzenia. Mieliśmy 90 minut na to, by rozstrzygnąć mecz. Działo się dużo, mieliśmy sytuacje, w których byliśmy nieco spóźnieni, albo zwlekaliśmy z decyzją" – podsumował.
Szkoleniowiec Motoru Mateusz Stolarski nie ukrywał, że spotkanie mogło się potoczyć w dwie strony.
"Odkąd trenerem Piasta jest Daniel Myśliwiec, jego drużyna jest w czołówce ligi pod względem zdobytych punktów. Wiedzieliśmy, że zagramy z bardzo dobrze zorganizowanym rywalem, grającym z pomysłem. Byliśmy po dwóch porażkach z rzędu i wiedzieliśmy, że z bezpośrednim rywalem szczególnie musimy zapunktować" – powiedział.
Podkreślił, że jego zespół starał się od początku narzucić swój styl gry, choć gol zdobyty już trzeciej minucie był szczęśliwy. Padł po zaskakującym dośrodkowaniu, które zaskoczyło bramkarza gospodarzy.
"Z biegiem czasu Piast dochodził do sytuacji, ale to my strzeliliśmy drugiego gola i szkoda, że nie 'zamknęliśmy' mocniej meczu, do czego mieliśmy okazje. Wygraliśmy, bo za wszelką cenę chcieliśmy wybronić sytuacje" – dodał.
Zaznaczył, że trzy punkty są dla niego ważne, ale jeszcze ważniejsze było zachowanie klubu, właściciela i drużyny w trudnym momencie, jakim była skomplikowana operacja zawodnika Lublinian Kacpra Plichty.
"To nie jest normalną rzeczą, że właściciel klubu jedzie prywatnie do lekarza z zawodnikiem, który nawet nie zaliczył minuty w pierwszym zespole. To, co zrobił klub, drużyna, by mu pomoc w tym trudnym momencie jest nieoceniona. Bardzo się cieszymy, że Kacper czuje się bardzo dobrze. W tym tygodniu to nasze największe zwycięstwo" – stwierdził.
Dodał, że sporna sytuacja w doliczonym czasie mogła przynieść różną decyzję sędziego.
"Moim zdaniem, można było interpretować dwojako. Oczywiście, kontakt (zawodników - PAP) był, pchnięcie wystąpiło, natomiast gdyby padł gol musielibyśmy mieć pretensje tylko do siebie. Bo w doliczonym czasie, przy dośrodkowaniu i przewadze w polu karnym, musimy taką okazję wybronić" – stwierdził.
