Biorąc pod uwagę, że pięć z siedmiu goli Wolves w tym sezonie ligowym padło przed przerwą, szybkie rozpoczęcie wydawało się kluczowe, jeśli drużyna Roba Edwardsa miała sprawić tu dużą niespodziankę. Po przetrwaniu wczesnego zagrożenia, gdy rzut wolny Lucasa Digne odbił się od poprzeczki, goście byli chyba groźniejszą stroną w pierwszej połowie, która nie przyniosła jednak wielu klarownych okazji.
Jørgen Strand Larsen myślał, że przełamał impas w 15. minucie, ale po skutecznym wykończeniu podania od Jacksona Tchatchoua, jego radość przerwała chorągiewka sędziego – Jhon Arias przeszkadzał Emiliano Martínezowi.
Bramkarz Villi był powodem, dla którego do przerwy utrzymał się remis. W pierwszej minucie doliczonego czasu gry obronił strzał Stranda Larsena, a chwilę później popisał się fenomenalną interwencją po rzucie rożnym, przenosząc główkę Yersona Mosquery na poprzeczkę.
Stonowana atmosfera na Villa Park odzwierciedlała bezbarwną postawę gospodarzy, a sytuacja mogła być jeszcze gorsza tuż po przerwie, gdyby nie perfekcyjnie wykonany wślizg Pau Torresa, który powstrzymał Stranda Larsena przed łatwym trafieniem.
Wydawało się, że Villa będzie potrzebować czegoś wyjątkowego, by przełamać defensywę rywali – i tak się stało, gdy Boubacar Kamara huknął nie do obrony w okienko z linii pola karnego.
Wolves mogli czuć się rozgoryczeni, bo João Gomes był poza boiskiem z powodu kontuzji, gdy padł gol. Chwilę później gospodarze mogli podwyższyć prowadzenie, ale zarówno John McGinn, jak i Donyell Malen byli blisko zdobycia drugiej bramki dla gospodarzy.
Utrata gola odebrała Wolves resztki wiary, a drużyna poniosła szóstą wyjazdową porażkę w tym sezonie Premier League, wszystkie bez zdobytej bramki.
Spadek wydaje się nieunikniony przy dziewięciopunktowej stracie do bezpiecznej pozycji, choć pewnym pocieszeniem może być fakt, że żadna z czterech drużyn wyżej w tabeli także nie wygrała w ten weekend. Villa natomiast awansuje do pierwszej trójki, przynajmniej tymczasowo, dzięki ósmej z rzędu wygranej na własnym stadionie.
