Bournemouth nie traci głowy przeciwko najsilniejszym i jest prawie gwarantem zaciętych ciekawych widowisk. Jakby na potwierdzenie, w kilkanaście sekund Antoine Semenyo doszedł do sytuacji strzeleckiej, powstrzymany w ostatniej chwili.
Sprawdź szczegóły meczu Bournemouth – Arsenal
Ekspresowy start "Wisienek" udało się okiełznać faworytom po dłuższej chwili, a w 8. minucie Noni Madueke znalazł miejsce, by w polu karnym zejść na lewą nogę i oddać strzał. Do tego momentu wszystko zrobił świetnie, tyle że uderzył w trybuny. Wkrótce przyszło pożałować niewykorzystanej sytuacji.
W 10. minucie Gabriel Magalhaes popełnił katastrofalny błąd, podając piłkę do niekrytego Evanilsona przed bramką. Raya zdążył się jeszcze rzucić w świetle bramki, ale zatrzymać piłki nie miał szans. Prowadzenie zostało gospodarzom sprezentowane, a mogli je podwoić jeszcze przed upływem kwadransa za sprawą uderzenia z dystansu Justina Kluiverta, które prawie liznęło spojenie.
W wymianie ciosów kolejny zadali goście: Madueke przecisnął się przy linii końcowej i zgrał piłkę przed bramkę. Pierwsze uderzenie udało się zablokować, lecz do dobitki dopadł Gabriel i odpracował wcześniejszy błąd, zapewniając wyrównanie. Choć do przerwy oba zespoły szukały kolejnych okazji, to dalsze rajdy z jednego końca boiska na drugi nie przyniosły efektów.
I chociaż jeszcze w pierwszych minutach po zmianie stron bliżej gola wydawało się Bournemouth, to Arsenal wyszedł na prowadzenie w 54. minucie. Po dobrej akcji Martinellego i Gyokeresa piłkę przed polem karnym zgarnął Odegaard i wyłożył do Declana Rice’a, który zza pola karnego wsunął piłkę nisko przy słupku.
Zawodnicy AFCB próbowali przekuć swoją złość w coś wymiernego i zapachniało remisem jeszcze przed godziną. Semenyo, mało widoczny po przerwie, świetnie dograł do Brooksa na dalszym słupku, jednak temu piłkę z nogi zdjął Timber.
Więcej w ofensywie Bournemouth nie pokazywało, a to pozwoliło liderom Premier League ruszyć po kolejne trafienie. Przyszło tuż po wybiciu 70. minuty, gdy Bukayo Saka pognał za wypuszczoną piłką w pole karne, by – zamiast strzału – zgrać ją do środka. Tam ponownie czyhał niekryty Rice i bez problemu skompletował dublet, prawie pieczętując wygraną Kanonierów.
Nieoczekiwanie, przetrwanie ostatniego kwadransa okazało się wyjątkowo trudne. Eli Junior Kroupi wszedł właśnie na ten fragment i w jednej z pierwszych akcji nastolatek cudownie przymierzył, z dustansu ładując piłkę do siatki poza zasięgiem bramkarza. Widownia natychmiast się ożywiła, a i gra "Wisienek" nabrała rumieńców, a sześć doliczonych minut dłużyło się faworytom niemiłosiernie. Ostatecznie udało się dowieźć prowadzenie 3:2.

