Podobnie jak przed rokiem o trofeum i pięć milionów premii ponownie powalczą dwaj przedstawiciele ekstraklasy.
Górnik po raz pierwszy będzie miał okazję zaprezentować się na reprezentacyjnym obiekcie, który gości finalistów od 2014, z pandemiczną przerwą w latach 2020-21. Zabrzanie poprzednio mieli szansę wywalczyć trofeum ćwierć wieku temu, gdy przegrali decydujący dwumecz ze stołeczną Polonią i - co ciekawe - ostatnie finałowe spotkanie też rozegrali w Warszawie.
Drogę na PGE Narodowy rozpoczęli 24 września, kiedy w... podwarszawskich Książenicach pokonali występujące w 3. lidze rezerwy Legii 3:0.
Później podopieczni trenera Michala Gasparika, który trzy razy triumfował w Pucharze Słowacji ze Spartakiem Trnawa, przenieśli się nad Bałtyk. W 2. rundzie pokonali w Gdyni Arkę 2:1, choć gola stracili już w pierwszej minucie, a w następnej fazie zwyciężyli w Gdańsku Lechię 3:1, m.in. po dwóch trafieniach Ousmane Sowa, który w zimie opuścił klub.
"Myślę, że zasłużyliśmy na ten awans. Chłopcy pokazali i jakość, i energię przez pełne 90 minut" - podsumował występ w Gdańsku trener Gasparik.
W ćwierćfinale Górnik zawitał do Poznania i nie był faworytem, ale pokonał Lecha 1:0 po golu Czecha Lukasa Sadilka. W 78. minucie bramkarz Marcel Łubik obronił rzut karny wykonywany przez Portugalczyka Joela Pereirę. Zabrzanie grali już wtedy w dziesiątkę po czerwonej kartce dla Maksyma Chłania.
"Wydaje mi się, że wygraliśmy mecz w naszych głowach. Cały zespół był przekonany, żeby możemy awansować. Udało nam się strzelić bramę, a potem zagraliśmy 'na zero z tyłu'" - powiedział szkoleniowiec Górnika.
Na półfinał drużyna z Zabrza udała się do Bydgoszczy, gdzie pokonała trzecioligowego Zawiszę 1:0, a bramkę uzyskał Francuz Ivan Ikia Dimi.
Zabrzanie, choć wskazywali, że "zwycięzców się nie sądzi", samokrytycznie nie byli zachwyceni swoją postawą.
"Mecz nie był porywający i jakoś specjalnie nie zasłużyliśmy na wygraną. Jedna akcja sprawiła, że jesteśmy o jedną bramkę lepsi i zagramy w finale. Zwycięzców się nie sądzi i z takiego założenia wychodzę. Gdybyśmy mieli jednak to spotkanie rozkładać na czynniki pierwsze, to dużo brakowałoby nam do szkolnej 'trójki'" – ocenił doświadczony obrońca Rafał Janicki

Górnik zagra w finale po raz 14. Z dotychczasowych 13 wygrał sześć, ostatnio w 1972 roku, a zadebiutował ledwie 16 lat wcześniej.
Raków do decydującej rozgrywki o Puchar Polski awansował po raz piąty. Po raz trzeci zagra na PGE Narodowym, gdzie w 2022 roku pokonał Lecha Poznań (3:1), a rok później w karnych uległ Legii Warszawa.
Drogę po trzeci pucharowy sukces rozpoczął - ze względu na występy w Lidze Konferencji - od 2. rundy, czyli 1/16 finału.
29 października 2025, jeszcze pod wodzą trenera Marka Papszuna, Częstochowianie wygrali na własnym stadionie z Cracovią 3:0.
Autorem dwóch goli był Norweg Jonatan Braut Brunes, który później jeszcze trzykrotnie wpisał się na listę strzelców i jeśli trafi też w sobotę na PGE Narodowym, a robił to w każdej rundzie, to zostanie najskuteczniejszym piłkarzem edycji 2025/26. Na razie dzieli to miano z Bartoszem Nowakiem z GKS Katowice oraz Łotyszem Valerijsem Sabalą z drugoligowej Chojniczanki Chojnice.
Kolejnym rywalem był Śląsk Wrocław. Pierwszoligowiec na własnym stadionie wysoko zawiesił poprzeczkę, ale pod koniec rundy jesiennej - mimo zamieszania związanego z planowanym odejściem Papszuna - Raków był w dobrej dyspozycji i zwyciężył 2:1.
"Liczy się wygrana, bo mecz był 'na styku'. Oba zespoły oddały po dwa celne strzały i obu trudno było stworzyć sytuacje bramkowe. Finalnie zadecydowała nasza wyższa jakość" - skomentował Papszun, który jeszcze w grudniu przeniósł się do Legii.
Zastąpił go Łukasz Tomczyk i pod jego kierunkiem Raków pokonał wiosną dwie kolejne pucharowe przeszkody.
Najpierw w Świdniku uporał się, choć potrzebował do tego dogrywki, w ćwierćfinale z Avią 2:1. Mecz miał szczególne znaczenie dla Tomczyka, gdyż w poprzedniej rundzie poległ na boisku trzecioligowca z Polonią Bytom, którą prowadził zanim przeniósł się pod Jasną Górę. Wtedy został ukarany czerwoną kartką, co skutkowało, że nie mógł dyrygować zespołem z ławki w dwóch kolejnych spotkaniach.
Zastępujący go oficjalnie Łukasz Ocimek zwrócił uwagę, że w przygotowaniach Częstochowianie koncentrowali się na stałych fragmentach gry.
"Wiedzieliśmy, że w tym właśnie elemencie zespół ekstraklasy ma przewagę nad trzecioligowcem i w taki sposób zdobyliśmy gola w dogrywce" - zauważył asystent Tomczyka.
Częstochowski półfinał Rakowa z GKS Katowice okazał się natomiast najlepszą reklamą pucharowych zmagań, jaką PZPN mógł sobie wymarzyć. Był to istny piłkarski rollercoaster. Do przerwy gospodarze przegrywali 0:2, później prowadzili 3:2, ale w doliczonym czasie drugiej połowy stracili gola na 3:3. W dogrywce znów byli bliżej zwycięstwa, ale Katowiczanie wyrównali na 4:4 i doprowadzili do konkursu rzutów karnych.
W nim bramkarz Rakowa Oliwier Zych obronił strzały Słowaka Erika Jirki i Sebastiana Milewskiego, zapewniając swojej drużynie awans do finału.
"Trochę czuję się bohaterem. Cieszę się, że pomogłem drużynie, która cała dała z siebie wszystko. Spadł mi kamień z serca, bo do tej pory nie miałem najlepszego bilansu w karnych" - przyznał Zych.
