Jastrzębianie trafili na włoską ekipę w fazie play off. Przegrali we wtorkowy wieczór 1:3 (25:23, 21:25, 23:25, 14:25). Na wyniku w dużym stopniu zaważyła bardzo mocna, trudna zagrywka gości.
"W drugim secie rywale zaryzykowali, trafili nas serwisem. My siedliśmy trochę mentalnie. Bo nawet, kiedy dostaje się jednego, drugiego, trzeciego asa, trzeba szukać mimo wszystko innych punktów zaczepienia. Trochę nam zabrakło dziś spokoju i takiej wiary w to, że nawet przy tak mocno serwującym przeciwniku, jesteśmy w stanie zachować jakość grania" – dodał szkoleniowiec.
Podkreślił, że ekipa z Piacenzy także we włoskiej lidze prezentuje się świetnie w zagrywce i ataku. "Ale jest to zespół do pokonania. To nie jest tak, że mają wszystkie elementy na bardzo wysokim poziomie. Dziś, gdybyśmy podjęli kilka mądrzejszych decyzji przy własnych rozwiązaniach, na pewno gra mogła być bardziej wyrównana" – zaznaczył.
Jego zdaniem kwestia awansu do ćwierćfinału nie jest rozstrzygnięta przed rewanżem 18 lutego w Piacenzy.
"Nie ma rzeczy niemożliwych. Natomiast, by spełnić warunki dające nam szansę wygranej, musimy uwierzyć w to, co prezentujemy i jaką mamy jakość" – podsumował.
We wcześniejszych rundach tej edycji Pucharu CEV Jastrzębianie po dwa razy pokonali węgierski MAV Elore Foxconn Szekesfehervar (na wyjeździe 3:1 i u siebie 3:0) oraz fiński Akaa Volley (3:1 i 3:0).
Zespół z Jastrzębia-Zdroju rywalizował z Piacenzą dwa lata temu w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Lepsi okazali się Jastrzębianie. Na wyjeździe przegrali co prawda 2:3, ale u siebie wygrali 3:0 i awansowali do półfinału. Wtedy polski zespół dotarł do finału LM i przegrał go z Itasem Trentino 0:3 w tureckiej Antalyi.
Śląski klub - medalista ostatnich trzech edycji Ligi Mistrzów (dwa srebra i brąz) - starał się o „dziką kartę” do tych rozgrywek, ale jego wniosek nie został zaakceptowany przez władze Europejskiej Konfederacji Siatkówki. W tej sytuacji JSW gra – po 13 latach przerwy – w Pucharze CEV.
