Skrzyszowska: Życiówka uciekła przez błędy techniczne

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Skrzyszowska: Życiówka uciekła przez błędy techniczne
Skrzyszowska: Życiówka uciekła przez błędy techniczne
Skrzyszowska: Życiówka uciekła przez błędy techniczne
PAP
"Byłam w życiowej formie, ale nie pokazałam tego w zawodach. Błędy techniczne spowodowały, że w tym roku nie uzyskałam rekordu życiowego" - przyznała w wywiadzie dla PAP lekkoatletka Pia Skrzyszowska, mistrzyni Polski w biegu na 100 m przez płotki.

4 lutego w Łodzi uzyskując czas 7,78 otarła się pani o 43-letni rekord Polski Zofii Bielczyk w biegu na 60 m ppł. Czy czasy uzyskiwane na treningach wskazywały, że jest pani aż tak szybka?

Spodziewałam się takich wyników, nie były one dla mnie zaskoczeniem. Wiedziałam, na co jestem gotowa. Celowałam w rekord Polski, ale jego pobicie uniemożliwiła mi kontuzja. To był realny cel, ale - jak widać - w sporcie są sytuacje, których nie przewidzimy.

Cztery dni później podczas Copernicus Cup w Toruniu doznała pani urazu mięśnia dwugłowego i musiała odpuścić start w halowych mistrzostwach Europy. Trudno było się pogodzić z tym, że nie wystartuje pani w Stambule?

Myślałam, że będę się czuła gorzej, ale nie było tak źle. Potrzebny był jednak zabieg. Od razu się z tym pogodziłam, bo wiedziałam, że mam czas do kolejnych igrzysk, do których muszę się dobrze przygotować. Na szczęście udało się wystartować też latem. Płotki były najważniejsze, ale cieszę się, że wystartowałam też w sztafecie 4x100 m. Czasami trzeba coś odpuścić, żeby dojść do pełnego zdrowia.

Rozpoczęła pani sezon letni od startów w Turku i Poznaniu, a później czasem 12,77 wygrała pani bieg w Chorzowie podczas drużynowych ME. Wyprzedziła tam pani m.in. utytułowaną Holenderkę Nadine Visser. Jak wspomina pani tamte zawody?

Najważniejsza była wygrana. Miałam tam lepszy czas niż w Turku i Poznaniu. To był dobry prognostyk. Poza tym bardzo chciałam zdobyć punkty dla reprezentacji Polski. Już trzeci raz w tej imprezie dołożyłam od siebie maksimum punktów.

Później startowała pani w mityngach Diamentowej Ligi w Lozannie i Sztokholmie, gdzie uderzyła pani w jeden z płotków. Ma pani poczucie, że w tym sezonie prześladował panią pech czy wynikało to z błędów technicznych?

To nie był pech, lecz moje błędy i braki w treningu, którego przez kontuzje miałam mniej. Pokazywałam w tych występach bardzo dobrą dyspozycję, ale nie były to perfekcyjne biegi przez moje błędy i niedoszlifowanie formy. Czułam niedosyt, ale taka jest specyfika biegów płotkarskich.

Przed rokiem podczas Memoriału Kamili Skolimowskiej w Chorzowie pobiła pani rekord życiowy i rekord Europy do lat 23 osiągając 12,51. Czy zakładała pani, że w tym sezonie uda się jeszcze poprawić ten wynik?

Taki był plan. Parę razy było bardzo blisko. Błędy techniczne spowodowały, że w tym roku nie poprawiłam go, choć byłam w życiowej formie. Mogłam tego dokonać, ale nie pokazałam tego na zawodach. Jestem świadoma, że gdy taką formę, a nawet lepszą utrzymam do przyszłego roku, to rekord życiowy nie powinien być problemem.

W tym roku Diamentowa Liga ponownie zagościła na Stadionie Śląskim. Cieszy się pani z tego, że te prestiżowe zawody regularnie odbywają się w Polsce?

One są bardzo dobrze zorganizowane. Już nie raz je chwaliłam. Często jeżdżę na mityngi Diamentowej Ligi, więc mam porównanie. Uważam, że w Polsce się najbardziej staramy, żeby wszystko było dopracowane. Najlepiej startuje się przy swojej publiczności, gdy ma się wsparcie od własnych kibiców. Gdyby było ich więcej, to byłoby naprawdę super. W Chorzowie panuje świetna atmosfera.

W Gorzowie Wielkopolskim trzeci raz z rzędu została pani mistrzynią Polski na 100 m ppł. Czy dostrzega pani jakieś polskie płotkarki, które mogłyby nawiązać z panią równą walkę?

Na ten moment jestem najlepsza, ale mamy kilka dobrych dziewczyn, które biegają w okolicach 13 sekund. To są dobre wyniki na europejskim poziomie, co dobrze rokuje na przyszłość. Nie lekceważę żadnej z rywalek. Widzę w nich potencjał. Możemy pojechać pełnym składem na mistrzowskie zawody. Mam nadzieję, że na igrzyska pojadą trzy Polki, a na mistrzostwa Europy nawet cztery ze względu na to, że ja będę bronić tytułu.

W mistrzostwach świata odpadła pani jednak w półfinale i potknęła się na przedostatnim płotku. To na pewno musiało być frustrujące, gdyż dobrze rozpoczęła pani tamten bieg.

Awans do finału zdecydowanie był możliwy. Cały ten sezon był obarczony wielkim ryzykiem. Zdobyłam jednak cenne doświadczenie. Miałam formę, ale zabrakło mi obiegania i automatyzmu na płotkach. Wynikło to z braku treningu. Przez dwa lub trzy miesiące nie biegałam płotków. Może chciałam trochę za mocno. Odważyłam się pobiec tak, jak powinnam. Zrobiłam swoje, a jednak błąd się ponownie pojawił. Wielka szkoda, ale nie mam sobie nic do zarzucenia, bo próbowałam.

Po MŚ startowała pani jeszcze w Zurychu i Bellinzonie. Czy po zawodach znalazła pani czas na zwiedzanie Szwajcarii?

Już drugi rok z rzędu zdarzyło się tak, że najpierw startowałam w Zurychu, a później w Bellinzonie. To piękne miasta, które bardzo lubię. Są jeszcze dwie piękne miejscowości z jeziorami dookoła: Lugano i Locarno. Spędziłam tam czas pływając łodzią po jeziorze z Damianem Czykierem i Norbertem Kobielskim. Byliśmy tam kilka dni. Lubię te starty pod koniec sezonu. Mobilizuję się, żeby pobiec dobrze, ale jednocześnie mogę pozwolić sobie już na odpoczynek i zwiedzanie pomiędzy zawodami.

Sezon letni zakończyła pani startem w finałowym mityngu Diamentowej Ligi w Eugene. Zapewne przypomniała sobie pani wtedy ubiegłoroczne MŚ w Eugene, które odbywały się na stadionie Hayward Field.

Gdy rok temu wchodziłam na stadion, aby pobiec w półfinale, to serię przede mną Tobi Amusan pobiła rekord świata, a w tym roku tuż przed moim startem rekord globu w skoku o tyczce ustanowił Armand Duplantis. Zatem w Eugene padły dwa rekordy świata praktycznie tuż przed moimi biegami. To są ciekawe wspomnienia związane z tym stadionem. Ale faktycznie fajnie było pojechać tam jeszcze raz i wystartować po roku. Diamentowa Liga w Eugene była gorzej zorganizowana niż w Chorzowie, ale sama atmosfera finału była bardzo fajna.

Jakie cele stawia sobie pani przed nadchodzącym sezonem halowym, którego zwieńczeniem będą marcowe MŚ w Glasgow?

Planuję regularnie startować w hali. Gdyby stało się coś nieoczekiwanego, to zawsze mogę odpuścić sezon halowy, ale traktuję go poważnie. Cele z zeszłego sezonu nie są spełnione, więc myślę, że mam dużo do pokazania. Sezon halowy jest krótki i nie ma tam zbyt wielu startów. Myślę, że wystąpię w sześciu zawodach. Mam nadzieję, że w tym krótkim czasie będę w stanie udowodnić moja formę sprzed roku.

Czyli liczy pani na pobicie rekordu Polski w biegu na 60 m ppł?

Na to liczę i tego bym chciała.

Jak będą przebiegały pani przygotowania do sezonu halowego?

Trenuję od czterech tygodni. Zaczęłam w październiku. Na razie jestem w Warszawie. W końcu mam czas, żeby posiedzieć w domu, czego brakowało mi w trakcie sezonu. Już 18 listopada ruszamy jednak do RPA na czterotygodniowe zgrupowanie. Wrócę stamtąd dopiero na święta, a potem wybieram się na kolejny obóz, więc zimę spędzę w cieple, tak jak sprinter powinien, bo wtedy się lepiej biega i mięśnie są lepiej przygotowane. Dlatego w tym roku omijam zimę.

Trenuje pani w międzynarodowym gronie, bo razem z reprezentantkami Holandii...

Zrobiła się z tego międzynarodowa grupa, w której rzeczywiście przeważają Holendrzy. W RPA będą m.in. Nadine Visser, Karolina Kołeczek, Sarah Lavin z Irlandii i Mette Graversgaard z Danii. Myślę, że razem będziemy robić wspólne treningi płotkarskie i nie tylko. To dobrze na nas wszystkich działa. Pomimo konkurencji, która jest między płotkarkami, to raczej się nakręcamy i wspieramy w tym wszystkim, panuje świetna, przyjacielska atmosfera. Nie ma negatywnej energii. Chcemy wspólnie poprawiać swój poziom sportowy. Wiadomo, że jak stajemy na linii startu, to każda z nas chce być pierwsza na mecie, ale wspólne treningi dobrze nam robią. Sport jest tylko elementem naszego życia, więc po co robić sobie wrogów.