Minęło osiem lat, odkąd Kevin Durant zdobył swoje drugie mistrzostwo i drugą nagrodę MVP finałów z Golden State Warriors. Od ośmiu lat oczekujemy, że będzie nadal powiększał swoją kolekcję trofeów. KD wciąż jednak nie wrócił do finałów, a z każdym kolejnym sezonem zbliża się do końca kariery bez trzeciego pierścienia. Przede wszystkim nadal nie zdobył go jako niekwestionowany lider swojej drużyny.

Oczekiwano, że wyniesie niezwykle obiecujący na papierze projekt Houston Rockets na wyższy poziom, a on robi to, co zawsze: z taką samą swobodą i precyzją zdobywa punkty oraz każdej nocy trafia rzuty z półdystansu. Problem w tym, że we współczesnej NBA to już nie wystarcza. Drużyny potrzebują lidera, zawodnika zmieniającego oblicze spotkania i potrafiącego odwrócić jego losy. Z upływem czasu Durant coraz mniej przypomina takiego gracza.
Co gorsza, doznał kontuzji, gdy jego zespół najbardziej go potrzebował: w pierwszej rundzie play-offów, która zakończyła się odpadnięciem już na tym etapie. Mimo to na papierze wciąż pozostaje bronią siejącą spustoszenie. Ta sama swoboda, te same rzuty, które po tylu latach nadal wpadają do kosza – trudno nie zaliczać go do elity.
Przed nim 20. sezon w NBA. Po zakończeniu rozgrywek będzie miał również opcję zawodnika. Doświadczył już porażek w Brooklynie, a następnie w Phoenix. Trudno przewidzieć, ile sezonów jeszcze przed nim. Kolejna porażka w tym miejscu rzuciłaby jednak jeszcze ciemniejszy cień na trudną końcówkę jego kariery. Houston także wydaje się ustępować Oklahoma City Thunder i San Antonio Spurs.
Statystyki 2025/26: 26 punktów przy 52% skuteczności rzutów, w tym 41,3% za trzy (78 meczów)
Realistyczny cel na sezon 2026/27: 30 punktów na mecz, kandydatura do pierwszej piątki All-NBA
