Igrzyska olimpijskie z jednej stroną są najbardziej prestiżową i elitarną imprezą sportową, a z drugiej właśnie w nich egzotyczni narciarze dostają szansę zaprezentowania swojej pasji szerszej widowni.
W narciarstwie alpejskim okazję ku temu mają w mniej wymagających konkurencjach, jak slalom i slalom gigant, które rozpoczną się w sobotę. W Pucharze Świata zazwyczaj dominują alpejskie potęgi, jak Austria czy Szwajcaria oraz kraje skandynawskie i północnoamerykańskie.
Jednak nakładające ograniczenia kwoty startowe, jak i stosunkowo łagodne kryteria kwalifikacji otwierają olimpijskie drzwi narciarzom z takich krajów, jak Kenia, Jamajka i Singapur, aby przez kilka minut mogli dzielić tę samą trasę z narciarskimi mistrzami.
W sobotnim slalomie gigancie mężczyzn wystąpi około 90 narciarzy z 60 krajów, czyli dwa razy więcej niż w konkurencjach szybkościowych - zjeździe i supergigancie.
Oddzielnym przypadkiem wśród krajów narciarsko egzotycznych jest świetny specjalista od slalomu, czyli Lucas Pinheiro Brathen, który urodził się w Oslo, ale zamienił Norwegię na ojczyznę matki - Brazylię i będzie się liczył w walce o medale.
On dzięki sukcesom może liczyć na sponsorów, w przeciwieństwie do wielu innych narciarzy z mniejszych krajów, dla których samo dotarcie na igrzyska bywa kosztowne, dosłownie i w przenośni.
"To ogromne wyzwanie finansowe" - przyznał Marco Bardelli, menedżer reprezentacji olimpijskiej Singapuru, w której skład wchodzi Faiz Basha, pierwszy alpejczyk z tego kraju, który wystąpi w igrzyskach.
Jak dodał, potencjalnych reprezentantów starają się szukać w pobliżu stacji i ośrodków narciarskich, bo daje to nadzieję, że trenują i jeżdżą już dla jakiegoś lokalnego klubu narciarskiego.
Pietro Tranchina, 22-latek urodzony we Włoszech, będzie reprezentował kraj swojej matki - Maroko. Jak przekazał, właśnie rodzice pokryli znaczną część olimpijskich kosztów, w tym opłacili trenera i serwismena.
"Na szczęście mam rodziców. Naprawdę chcę im podziękować, bo dzięki nim dane mi będzie przeżyć do wyjątkowe doświadczenie" – powiedział Tranchina, cytowany przez agencję Reuters.
Finanse są też główną bolączką dużo lepszych zawodników, który startują w Pucharze Świata, jak Belg Armand Marchant, zajmujący 11. miejsce w klasyfikacji slalomowej sezonu.
"Wciąż szukam sponsorów. Robię to samodzielnie, bo nie mam menedżera" - przyznał.
Zgodnie z przepisami każdy kraj może zgłosić jednego zawodnika obu płci w konkurencjach technicznych. Warunkiem jego występu w igrzyskach jest odpowiednia liczba punktów FIS, które można zdobywać nie tylko w Pucharze Świata, ale też w zawodach niższej rangi, ale spełniających standardy Międzynarodowej Federacji Narciarskiej i Snowboardu (FIS). Najsilniejsze kraje mogą zgłosić do czterech zawodników w danej konkurencji.
To sprawia, że przekrój alpejskich olimpijczyków jest szeroki. Pochodząca z Glenwood Springs w stanie Kolorado 46-letnia Sarah Schleper startuje w igrzyskach po raz siódmy. W przeszłości reprezentowała USA, ale od 2015 roku startuje w barwach Meksyku.
We Włoszech jest z 18-letnim synem Lasse Gaixiolą, który również wystartuje w igrzyskach.
"Podczas treningów z amerykańskimi nastolatkami jest najwolniejszy. A gdy okazało się, że może pojechać na igrzyska, stwierdził, że „z Odermattem (Marco, lider Pucharu Świata - PAP) to pewnie przegram o jakieś 10 sekund”. Zatem to nie jest łatwe doświadczenie, choć duma, że tu jesteśmy i niesamowite doświadczenie, jakim jest bez wątpienia olimpijski start sprawiają, że warto" - zaznaczyła Schleper.
"To też sposób na pokazanie jedności i równości wszystkich krajów. Ważne, że każdym z każdym może rywalizować w pokojowej atmosferze" - podsumowała.
Polskę w konkurencjach technicznych w narciarstwie alpejskim będą reprezentować Maryna Gąsienica-Daniel, która jest czołową gigancistką świata, oraz Aniela Sawicka i Michał Jasiczek.
