30-letnia Shiffrin, najbardziej utytułowana narciarka w historii alpejskiego Pucharu Świata, przyjechała do Włoch jako potencjalna medalistka. Amerykanka ma w środę ostatnią szansę na uniknięcie powtórki sprzed czterech lat.
W nieudanych dla niej pekińskich igrzyskach była dziewiąta w supergigancie i osiemnasta w zjeździe, pozostałych trzech - giganta, slalomu i superkombinacji nie ukończyła.
W tegorocznych igrzyskach ośmiokrotna mistrzyni świata (również cztery srebrne i trzy brązowe medale), pięciokrotna zwyciężczyni klasyfikacji generalnej Pucharu Świata i rekordzistka cyklu – 108 wygranych, jest jak na razie bez medalu. Czy w końcu los się do niej uśmiechnie?
Shiffrin, zdobywając w Soczi 2014 złoty medal w slalomie, miała 18 lat i 345 dni, była więc najmłodszą triumfatorką w tej konkurencji w historii igrzysk olimpijskich.
Cztery lata później w Pjongczangu wywalczyła dwa krążki, złoty w slalomie gigancie i srebrny w superkombinacji.
W igrzyskach 2026 Shiffrin mogła zapewnić Amerykankom złoty krążek w rywalizacji drużynowej, jednak spisała się przeciętnie na trasie slalomu, przez co ona i Breezy Johnson zakończyły rywalizację na czwartym miejscu. Złoto przypadło Austriaczkom (Ariane Raedler, Katharina Huber).
"Byłam szybka na kilku zakrętach, a na kilku popełniłam błędy. Złożyło się na to kilka rzeczy: układ trasy, sprzęt i warunki, a także moje nastawienie psychiczne, które nie było odpowiednie na ten dzień" – wyjaśniła Shiffrin.
W środę chce osiągnąć lepszy wynik i uniknąć drugich igrzysk olimpijskich bez medalu.
"Postaram się podejść do tego inaczej" – powiedziała Shiffrin, która w tym sezonie zdominowała slalom w PŚ. Wygrała siedem z ośmiu zawodów i musiała zadowolić się drugim miejscem za Szwajcarką Camille Rast w Kranjskiej Gorze.
