Przed pierwszym gwizdkiem dzielił ich tylko punkt w dolnej części tabeli, a każda z drużyn wygrała tylko jeden z pięciu ostatnich meczów. Dlatego 1. FC Koln musiało wykorzystać atut własnego boiska, by przełamać się kosztem pogrążonych w chaosie "Wilków".
Sprawdź szczegóły meczu 1. FC Koln – VfL Wolfsburg

Kolońskie „Koziołki” z Jakubem Kamińskim w składzie rozpoczęły energicznie, przeważając i szybko meldując się pod bramką strzeżoną przez Kamila Grabarę. Na pierwsze groźne uderzenie przyszło jednak czekać ponad kwadrans. Gdy nadeszło, Ragnar Ache nie mógł uwierzyć, że Grabara zatrzymał jego główkę z paru metrów.
Polski golkiper odetchnął i zagrzewał kolegów do boju, tyle że ofensywa Wolfsburga kompletnie nie istniała. W całej pierwszej połowie skończyło się na dwóch uderzeniach w światło bramki. To drugie padło przed upływem półgodziny, gdy w dystansu „szczura” posłał Linton Maina. Piłka przeszła między nogami obrońców, a odbicie od ostatniego zmieniło tor lotu i pomogło pokonać bramkarza.
Od 28. minuty Kolonia prowadziła i do przerwy wyraźnie kontrolowała grę. Po powrocie z szatni zrobiło się bardzo nerwowo, ponieważ inicjatywę przejęli goście, a piłkarze FCK nie mogli odpowiedzieć. Dopiero w 68. minucie pod bramką Grabary ponownie zrobiło się groźnie, a Mainę od dubletu dzieliły centymetry przy słupku.
Wolfsburg też miał czego żałować, gdy piłka znalazła niekrytego Adama Daghima. Powinien był trafić z tej pozycji, lecz ofiarna interwencja obrońcy wybiła piłkę poza światło bramki. Tuż po tej akcji, w 76. minucie, zszedł z boiska Kamiński. Choć był jednym z najaktywniejszych w tercji rywali, to okazał się dziś bezproduktywny. Nie on jeden - Dzenan Pejcinović w 87. minucie miał wymarzoną sytuację, a jego strzał był bardziej podaniem do Schwabe.
Do samego końca Kolonia musiała o wynik drżeć, gdy w 90+5. minucie Schwebe wyciągniętą nogą zatrzymał kolejny strzał Daghima. "Koziołki" obroniły przewagę z pierwszej połowy, co daje im komfortową lokatę w środku tabeli. Zanim wybrzmiał ostatni gwizdek, piękną paradę zaliczył jeszcze Kamil Grabara, zatrzymując idącego sam na sam Saida El Malę.

