Dzień dobry, Janku. A właściwie buenos dias, bo jesteśmy w Hiszpanii. Pampeluna, piękne miejsce. Pamiętasz w ogóle swój pierwszy dzień w Hiszpanii? Co cię najbardziej zaskoczyło zaraz po przyjeździe?
Dzień dobry. Pierwszy dzień? Nie pamiętam dokładnie, ale pamiętam swój pierwszy mecz, akurat na stadionie Barcelony. Porażka 0:4. Ale z tego, co później mi tłumaczyli, to chyba całkiem nieźle się zaprezentowałem, mimo tak wysokiej porażki.
A co było na początku najtrudniejsze? Język, mentalność, odnalezienie się w nowym kraju? Bo rozmawiałem z twoimi kolegami i rzeczywiście każdy mówi, że wszedłeś jak do siebie, jakbyś w ogóle nie odczuł żadnej zmiany.
Wydaje mi się, że przede wszystkim język. Język jest ważną częścią adaptacji w nowym środowisku. Miałem tutaj na początku wsparcie tłumacza. Później było dosyć dużo księży, którzy robili doktoraty na Uniwersytecie Nawarry, mogłem więc porozmawiać po polsku. Na początku nawet zapisałem się do akademii, żeby chodzić i uczyć się. Zresztą z Irlandczykiem Ashleyem Grimesem, który też w tym czasie przyszedł do klubu.
Ale skończyło się na trzech miesiącach. Później uważaliśmy, że rozmawiamy już dobrze, a potwierdziła nam to sytuacja w barze. Siedzimy sobie, rozmawiamy, a z boku ktoś pyta "w jakim języku my mówimy". Odpowiadamy: "jak to w jakim? Po hiszpańsku" (śmiech). Dawaliśmy sobie radę od samego początku. Język był – wydaje mi się – najtrudniejszy, chociaż szybko go opanowaliśmy. Bo jeśli chodzi o samą szatnię i klub, to przyszedłem mając 27 lat. Można powiedzieć, że jadłem chleb z niejednego pieca i dla mnie to nie była jakaś wielka niespodzianka czy zaskoczenie.
Włącz całą rozmowę z Janem Urbanem w formie video:
Piłkarsko na pewno, ale język, nauka kultury – to bardzo ważne. A z perspektywy czasu, czy ten wyjazd zmienił w tobie coś? Jak na to patrzysz?
Każde nowe środowisko zostawia w człowieku ślad. Na pewno ludzie tutaj – bardzo otwarci i uśmiechnięci, podchodzący do życia może nie tyle na luzie, ale na dużym spokoju. Nie wyolbrzymiają problemów. W pewnym sensie nieświadomie stajesz się podobny do nich, skoro cały czas przebywasz w takim środowisku. Duży wpływ potwierdził wyjazd do Polski, kiedy w 2007 roku zatrudniła mnie Legia Warszawa. I tam bardzo często słyszałem, że jestem inny, że inaczej podchodzę do wielu różnych spraw, chociaż mnie się wydawało, że nie. Dla mnie to było coś normalnego, a odbierano mnie zupełnie inaczej. To znaczy, że lata spędzone w Hiszpanii zostawiły swój ślad.
W kuchni szybko się zaadoptowałeś z polskiej na hiszpańską?
W moim przypadku nie było trudne, bo to znakomita kuchnia, bardzo różnorodna. Ale oczywiście nie zapominamy też o kuchni polskiej i nie brakuje produktów, aby zrobić różnego rodzaju dania polskie wtedy, kiedy masz ochotę i zachciało ci się czegoś polskiego.
Hat-trick na Bernabeu i pokonanie Stuttgartu
Polskich pierogów... Ale skoro jesteśmy przy kuchni, to dokładnie dzisiaj (wywiad prowadzony 30 grudnia – red.) mija 35 lat, odkąd ugotowałeś na Estadio Santiago Bernabeu hat-tricka – 4:0 i wygrana Osasuny. Jak ty zapamiętałeś ten mecz i gole? Bo wszystkie trzy to były wielkie "golazos". Czy któraś z tych bramek dała ci większą satysfakcję niż inne?
Przede wszystkim był to bardzo dobry sezon Osasuny. Skończyli go na czwartym miejscu. Bodajże zdarzyło się to dwa razy w historii Osasuny i faktycznie potwierdziliśmy wysoką formę na boisku takiego rywala, jakim jest Real Madryt, który wcześniej chyba nie przegrał żadnego meczu na własnym boisku. Patrząc z perspektywy czasu wydaje mi się, że te bramki w jakiś sposób określiły mnie jako piłkarza.
Bo strzeliłem pierwszą bramkę głową, a naprawdę uważam – zresztą nie tylko ja, bo tak o mnie mówili – że grałem bardzo dobrze głową. To była pierwsza bramka. Operowałem zarówno lewą, jak i prawą nogą. Miałem dobre uderzenie z dystansu i taka była druga bramka, strzelona z bardzo dużej odległości. Dalej, mówili, że byłem technicznym zawodnikiem. A trzecia bramka to zagranie techniczne, przyjęcie piłki po tzw. dalszym rogu bramkarza. No i do tego doszła asysta, gdzie również wydaje mi się, że przegląd pola na boisku miałem dosyć dobrze opanowany.
Ja w taki sposób na to patrzę. Natomiast, że to było coś niezwykłego? Owszem, zdałem sobie z tego sprawę, ale po zakończeniu kariery. Bo kiedy grasz, jesteś po prostu w pracy. Tym bardziej, że byłem napastnikiem. Chociaż w polskiej lidze zawsze grałem jako lewy pomocnik, w reprezentacji również, to tutaj jednak trener Pedro María Zabalza zdecydował, że będę grał z Cuco Zigandą jako drugi napastnik. Zaadoptowałem się widocznie dość dobrze, bo grałem tu cały czas jako napastnik. Wyglądało to dobrze, ale dopiero po latach mówisz "kurczę, mało kto strzelił tutaj hat-tricka, miał takie spotkanie". I rzeczywiście można powiedzieć, że w mojej karierze było to coś wyjątkowego. Również dla klubu, bo to jest wyjątkowe wydarzenie i pozostanie w jego historii, w pamięci wszystkich kibiców Osasuny, jak również i mojej.
Jak i w pamięci Polaków, bo żaden inny polski piłkarz nie strzelił hat-tricka w lidze Realowi Madryt...
Ktoś mi mówił, że gdyby to się stało w dzisiejszych czasach, to przekaz medialny byłby taki, że to zupełne szaleństwo. Chociaż mi już wtedy wydawało się, że to jest szaleństwo. Bo też udzieliłem mnóstwo wywiadów dla różnych telewizji, gazet i tak dalej. To było coś niesamowitego, ale tak funkcjonuje prasa, media, gdzie daną informację trzeba sprzedać jak najszybciej.
Czy to był ten moment, kiedy zwróciłeś uwagę całej piłkarskiej Hiszpanii i czy wtedy zaczęło się zainteresowanie FC Barcelony? Bo wiemy, że było. Johan Cruyff był fanem twojego talentu i co się stało, że to nie doszło do skutku?
Nie mogę potwierdzić, że konkretnie Barcelona rozmawiała z Osasuną, bo tego mi nie powiedziano. Natomiast w prasie po prostu pisano o tym. Wszyscy wiemy, że często tak jest: ktoś jest w kręgu zainteresowań, ale takich piłkarzy jest zdecydowanie więcej. Ale nawet gdyby tak było i byłem na liście Barcelony, to świadczy o tym, że doceniali moją wartość.
I Johan Cruyff też. To też musimy podkreślić.
Tak, Johan Cruyff oczywiście. Ale przede wszystkim dlatego, że Johan Cruyff był moim idolem od dzieciaka. A tu nagle zainteresowanie Barcelony, gdzie trenerem jest Johan Cruyff. To by było coś niesamowitego. Na pewno fajna sprawa, że taki klub jak Barcelona interesuje się tobą. Natomiast to były inne czasy. Ja nie miałem menedżera, mnie sprowadzał tutaj gość, który zajmował się piłką ręczną. Sprowadził tutaj Bogdana Wentę. Nie wiem, może przypadkowo się dowiedział albo miał kontakt z Osasuną, że szukają kogoś w Polsce. Trafiło na mnie i tak się to stało.
Być może, gdybym miał menedżera, ta sytuacja potoczyłaby się zupełnie inaczej, bo miałem naprawdę dobry okres po tym hat-tricku. Po tamtym sezonie graliśmy w europejskich pucharach. Tam również były dobre występy Osasuny, gdzie przegraliśmy dopiero z Ajaxem Amsterdam, który zdobył wtedy Puchar UEFA. Natomiast graliśmy wcześniej z bardzo mocnym wtedy Stuttgartem, u siebie zremisowaliśmy 0:0. Im się wydawało, że to tylko kwestia formalna – pokonać Osasunę u siebie – i grają dalej. Myśmy wygraliśmy tam 3:2 po moich dwóch bramkach i asyście. I pamiętam wtedy, że sześć czy siedem klubów z ligi niemieckiej było mną zainteresowanych.
W tym chyba Stuttgart, prawda?
Tak, bo widzieli, jak grałem. I wiedzieli, że kończy mi się kontrakt.
Przedwczesny koniec kariery reprezentacyjnej
Ale kontaktu z Barcy nie było. Zagrałeś 57 meczów w reprezentacji. Siedem bramek, mistrzostwa świata. Czy czujesz jakiś niedosyt związany z grą w kadrze? Bo wtedy, kiedy byłeś w "prajmie" w Osasunie, kiedy strzelałeś mnóstwo bramek, kiedy byłeś na ustach całej Hiszpanii... tych powołań było mniej, prawda?
Wtedy przestałem grać w kadrze (śmiech), o to dziennikarze często pytają. Jak to się stało, że skończyłem swoją karierę reprezentacyjną mając 29 lat, bodajże?
No właśnie.
Rzeczywiście tak się stało. Ale wiesz co? To były takie czasy. Często było tak, że jak nie było wyników, to była tzw. zmiana warty. Pamiętasz sytuację po Barcelonie? Reprezentacja olimpijska. Srebro w Barcelonie w 1992 roku i od razu hasła "zmieniamy szyld, jedziemy dalej". To było coś w tym rodzaju. Bo po Meksyku w 1986 roku rzeczywiście tych sukcesów zaczęło brakować. Więc szukano różnych rozwiązań, żeby polska reprezentacja znowu zaczęła odnosić jakieś sukcesy. I na pewno jednym z tych pomysłów było też wtedy to, że ci zawodnicy już tyle nie wnoszą, nie są w stanie osiągnąć sukcesu. Zmieniamy. No ale to tylko pokazało, że to powinno się odbyć troszeczkę w inny sposób, bo ci kolejni też sukcesów nie zapewnili.
Ja sobie dziś nie wyobrażam, że w tych czasach napastnik Osasuny strzelający 16-17 bramek w sezonie nie gra w reprezentacji Polski. To byłby zupełny klops. Ale domyślam się, że to były inne czasy.
Tak, inne czasy były. Wiesz, wtedy już zawodnik 30-letni był postrzegany jako bliski końca kariery. Dzisiaj to wygląda zupełnie inaczej. Ale jak już zapytałeś, czego mi żal? Na pewno wydaje mi się, że powinniśmy osiągnąć trochę więcej. Oczywiście nie można porównywać jeden do jednego dzisiejszej sytuacji reprezentacji z tamtą. Przede wszystkim format kwalifikacji, sposób awansu to była zupełnie inna historia. Na przykład nie tylko my nie zakwalifikowaliśmy się na mistrzostwa Europy, ale także medaliści z Niemiec 1974 czy z Hiszpanii 1982. Oni też nie grali w mistrzostwach Europy. Dlaczego? Bo było to bardzo trudne, żeby się zakwalifikować.
Kwalifikowało się tylko siedem zespołów plus gospodarz. Osiem drużyn. No to wiesz, jakie to były silne drużyny. I my w jednej z tych eliminacji byliśmy blisko, kiedy graliśmy z Turcją, Irlandią i Anglią. Gdybyśmy wygrali dwa ostatnie mecze, które mieliśmy na własnym boisku, to byśmy byli w mistrzostwach. Myśmy je zremisowali, choć był nawet taki moment – w ostatniej kolejce chyba przez 20 minut – że byliśmy w tych mistrzostwach, bo Turcja wygrywała u siebie z Irlandią. My wygrywaliśmy z Anglią, ale skończyło się remisem i też żeśmy się nie zakwalifikowali.
Tak samo można mówić o rozgrywkach klubowych. Dzisiaj dostać się do jednych czy drugich rozgrywek jest zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy w Lidze Mistrzów grali tylko mistrzowie danego kraju. I mimo tego, że z Górnikiem rok po roku zdobywaliśmy mistrzostwo, to w tych europejskich pucharach, gdzie możesz zdobyć duże doświadczenie, nie zawsze graliśmy. Bo jak trafisz w pierwszej rundzie na kogoś słabszego, to grasz dalej. Ale jeśli nie, to trafialiśmy na Real Madryt, Bayern Monachium, wtedy Anderlecht. Oni nas eliminowali i mieliśmy doświadczenie tylko dwóch spotkań. Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej.
Epizod w roli defensora
Miałeś pecha, że trafiłeś na takie czasy, bo faktycznie wiele reprezentacji po prostu nie mogło pograć. Janku, jeszcze jedna sprawa - niewiele pewnie osób o tym wie. W 1995 roku podpisałeś kontrakt z Realem Valladolid na pół roku i tam grałeś na pozycji środkowego obrońcy. Jak do tego doszło i jak się czułeś na tej pozycji? Bo teraz ktoś ci może zarzucić, że byłeś tam napastnikiem, to strzelałeś bramki. Ale byłeś też obrońcą.
Jak powiedziałeś, byłem "też" obrońcą. Tak naprawdę grałem na swojej pozycji z przodu. Ale przyszedł taki moment, kiedy pojawiły się kontuzje w linii obronnej i trener rzeczywiście stanął przed trudnym zadaniem, jak wypełnić lukę. I postawił po prostu na doświadczenie. Porozmawialiśmy. Dlaczego nie? Oczywiście, że mogę spróbować.
Pierwsze spotkanie było z Deportivo La Coruna. Z wielkim Deportivo: Bebeto, Donato. Nie wiem, czy jeszcze Rivaldo tam był, czy już przeszedł, ale drużyna niesamowita. 0:0. No wiesz, dla stopera i dla bramkarza bardzo dobry wynik. I tak się złożyło, że zagrałem dalej. W sumie były to cztery spotkania. Zakończyło się znowu na Barcelonie. Jak się zaczęło, tak się skończyło, bo pojechaliśmy do Barcelony i przegraliśmy 0:4. Ale ogólnie mogę powiedzieć, że na tej pozycji grało mi się naprawdę dobrze. Korzystałem z doświadczenia. Byłem napastnikiem i wiedziałem, w jaki sposób napastnicy się poruszają, często mogłem antycypować. Ale później ci kontuzjowani byli do dyspozycji trenera i na tym skończyła się moja przygoda na pozycji środkowego obrońcy.
Od szkolenia dzieci do profesjonalnego trenera
A czy przejście z profesjonalnego zawodowego piłkarza do trenera było dla ciebie naturalne? Czy to, że dopiero skończyłeś grać i rozumiałeś piłkarzy, pomogło ci w jakiś sposób?
Czy łatwe? Trudno powiedzieć. Nie wiedziałem, czy chcę być trenerem, ale próbowałem. Próbowałem od samego początku, nawet wtedy, kiedy jeszcze nie skończyłem kariery piłkarskiej. Popołudniami trenowałem chłopaków. Takich ośmio-, dziesięcioletnich, którzy grają pięciu na pięciu, bramki do piłki ręcznej. Natomiast po zakończeniu kariery dostałem ofertę pracy w grupach młodzieżowych Osasuny. I nie byłem pewny, ale skorzystałem z oferty, żeby sprawdzić, czy to może być to coś, co chcę dalej robić w piłce nożnej.
Moje ambicje nie były wygórowane. Zacząłem jako drugi trener drugiej drużyny juniorów. Tak, żeby od razu nie decydować o wszystkim, jak to ma miejsce, kiedy jesteś pierwszym trenerem. Później jako pierwszy trener drużyny juniorów. I tam przyszedł sukces - można powiedzieć jedyny, jeśli chodzi o krajową piłkę Osasuny. Zdobyliśmy mistrzostwo Hiszpanii z drużyną najstarszych juniorów. I wydaje mi się, że wtedy już się zaszczepiłem piłką. Bo wiesz: jesteś pierwszym, decydujesz i sukces cię pociąga. Z tamtej drużyny było kilku zawodników, jak Miguel Flano, Javier Flano, David López, który został później sprzedany z pierwszej drużyny za 6 milionów euro do Athleticu Bilbao.
To wszystko spowodowało kolejny krok do drugiej drużyny Osasuny. No i już wiedziałem, że tak: chcę być trenerem. Bo są zawodnicy, którzy przy końcu swojej kariery rzeczywiście już zwracają dużą uwagę, jak funkcjonuje drużyna, co robi trener, itd. Wiedzą, że chcą być trenerami. W moim przypadku tak nie było, ale wydaje mi się, że przygotowałem się bardzo dobrze do zawodu właśnie przez to, że nie miałem wielkich ambicji od razu, tylko przeszedłem wszystkie szczeble, jeśli chodzi o piłkę młodzieżową.

Bo czym innym jest powiedzieć profesjonalnemu piłkarzowi, że nie stawia się na niego i musi szukać klubu, a czym innym powiedzieć to młodemu chłopakowi. Jak on i jego rodzina, wszyscy mają taką nadzieję, że w tej Osasunie będzie się piął krok po kroku, a ty nagle mu mówisz: "No nie, niestety musisz odejść". To jest o wiele, wiele trudniejsze niż w piłce zawodowej. Dlatego ona jest zawodowa. Decyzje musisz podejmować w każdym momencie dla dobra drużyny, dla dobra klubu. Z młodzieżą jest zupełnie inaczej, bo w jakiś sposób gasisz im nadzieję – te marzenia, które mają.
Prowadziłeś szatnię w Hiszpanii, prowadziłeś szatnię w Polsce. Jest duża różnica dla ciebie jako trenera?
Nie widziałem wielkiej różnicy pod tym względem. Wydaje mi się, że to był 2007 rok, kiedy przyjechałem do Polski, ale to też była Legia Warszawa – bardzo dobrzy zawodnicy i tak dalej. Na pewno ta świadomość w Polsce bardzo szybko się zmieniała. Zawodnicy zaczęli bardzo dużą wagę przywiązywać do tego, żeby maksymalnie wykorzystać swoją karierę. Tak że wyglądało to i do dzisiaj wygląda dobrze, jeśli chodzi o szatnie polskich zespołów.
Jeśli rozmawiamy stricte o piłce, to faktycznie różnice były, bo jednak w polskiej lidze kładziono bardzo duży nacisk na przygotowanie fizyczne, to było niesamowicie ważne. Ja też tym troszeczkę się różniłem, że chciałem stawiać na technikę, żeby piłkarze grali piłką, żeby to było przyjemne do oglądania. Nie jest to oczywiście łatwa rzecz, ale moim zdaniem zawodnik, który operuje piłką dobrze, ma duży, częsty kontakt z piłką w trakcie meczu, on po prostu robi większy progres niż "walka, kontakt, wślizgi" i tak dalej. Tu była na pewno duża różnica, ale to też się zmienia. Dzisiaj w Polsce też jest wiele zespołów, które grają fajną, techniczną i widowiskową piłkę.
Skoro jesteśmy przy szatni. Czy był taki piłkarz, który miał duży talent, ale ciężko było ci do niego dotrzeć?
Na pewno byli tacy piłkarze, o których po czasie mówisz: mógł osiągnąć więcej. Było wielu takich zawodników, których w jakiś sposób wypromowaliśmy w Legii Warszawa. Borysiuk, Furman, Rybus, było ich dosyć dużo. I wydaje mi się, że mogli osiągnąć troszeczkę więcej, choć mimo wszystko zrobili dobre kariery. Ale zdarza się często, że stawiasz na kogoś innego, ale nie z jego powodu. On bardzo chce, ale na przykład nie jest w stanie przeskoczyć kolejnego szczebla, żeby stać się piłkarzem na najwyższym poziomie. To nie do końca jego wina, nie? Ale ty jako trener widzisz: ma określone predyspozycje, ale dochodzi do pewnego momentu, no i nie jest w stanie dać z siebie więcej.
Natomiast takiego, który rzeczywiście – jak się to mówi po piłkarsku – "miał papiery na granie" i w ogóle zginął z mapy? Nie przypominam sobie takich sytuacji. Z drugiej strony miałem opinię w Polsce, że umiem wprowadzać młodych zawodników i dawać szansę. I rzeczywiście w wielu klubach to się potwierdzało. Skąd się bierze? Wydaje mi się, że właśnie z tego, w jaki sposób przygotowałem się do roli trenera. Przechodząc przez te wszystkie grupy młodzieżowe w Osasunie przeżyłem na własnej skórze, jak młody zawodnik może się rozwijać. Że jeden robi to powoli, drugi nagle ma wielki skok i zaczyna grać na wysokim poziomie, a trzeci właśnie nie jest w stanie przeskoczyć pewnego poziomu i kończy. Bo przecież nie wszyscy muszą grać w wielkich ligach, bo wtedy nie byłoby drugiej, trzeciej ligi. Na pewno bardzo mi pomagało, że byłem odpowiednio przygotowany jako trener.
Marcelo, były piłkarz Realu Madryt, ostatnio powiedział, że on nie mógłby być trenerem, bo kompletnie nie rozumie taktyki. Spotkałeś się z sytuacją, że piłkarze nie rozumieją, co trener do nich mówi i ciężko im się zaadoptować do pewnej roli?
Wydaje mi się, że rozumieją. Kiedy rozmawiasz z nimi, tłumaczysz, poprzesuwasz pioneczki na tablicy, narysujesz, pokażesz przykłady na wideo, kiedy na treningu starasz się panować nad różnymi zachowaniami zawodnika, poruszaniem się i tak dalej… to moim zdaniem wszystko rozumieją. Bo to jest czas spokojny, gdzie luźno możemy rozmawiać czy na treningu możemy poprawić różnego rodzaju sytuacje.
Natomiast to, co powoduje, że z boku wydaje się, że ten chłopak tego nie rozumie, to moim zdaniem emocje, jakie towarzyszą każdemu spotkaniu o punkty. W jednym meczu 10, w drugim 30 czy 50 tysięcy kibiców. Odpowiedzialność za wynik, za dane spotkanie. To wszystko powoduje, że każdy z nas w zupełnie inny sposób zachowuje się pod wpływem stresu. Podejmujesz złe decyzje, zachowujesz się w różnych sytuacjach inaczej. Zresztą, jeden zaczyna i wykorzystuje swoją szansę momentalnie. Inny potrzebuje kilku spotkań, żeby z tym całym środowiskiem, które otacza spotkanie – ligowe czy reprezentacyjne – się oswoić.
I ten, który potrafi to wykorzystać od samego początku, ma większe szanse, że zrobi karierę. Natomiast ten, który potrzebuje więcej spotkań, musi mieć też trochę szczęścia. Że dany trener może sobie pozwolić na to, żeby przytrzymać cię na boisku kilka spotkań, a ty z meczu na mecz będziesz grał lepiej. A dzisiaj jest o to trudno, bo jeden czy drugi twój błąd ma duży wpływ na całą drużynę.
To nie tylko to, że jako trener masz zaufanie do zawodnika. Dasz mu szansę, ale musisz też brać pod uwagę opinię reszty drużyny, która widzi, że przez tego zawodnika tracimy punkty. To zawsze są kwestie, które się poddaje decyzji: jeszcze jeden mecz czy na razie wystarczy? Kolejna szansa później albo możesz zrobić wypożyczenie zawodnika. Niech pogra w innej drużynie, gdzie jest mniejsza odpowiedzialność, albo w innej klasie rozgrywkowej.
Zamykając etap Osasuny: prowadziłeś wielu piłkarzy, zwłaszcza gdy objąłeś pierwszą drużynę. Nacho Monreal, Raul Garcia, Alex Berenguer, Mikel Merino. Debiutował u ciebie w pierwszej drużynie Osasuny jako 19-latek. Czy wtedy już wiedziałeś, że to będzie piłkarz, który będzie dzisiaj grał w Premier League? W reprezentacji Hiszpanii? Czy miał to coś, co mają wielcy tylko piłkarze?
Dzisiaj łatwo byłoby powiedzieć "oczywiście, wiedziałem to bardzo dobrze". Nie, po prostu to był zawodnik bardzo dobrze wyszkolony technicznie, który bardzo dobrze czytał grę. Grał znakomicie głową. Jego największym problemem była szybkość. I to był ten moment: poradzi sobie z tym czy to nie pozwoli mu wskoczyć na najwyższy poziom? Ale jest wiele przykładów, choćby Busquets. Przecież on nie był demonem szybkości, za to był bardzo szybki mentalnie i Mikel Merino również. To, co widział na boisku, jak szybko decydował, to wszystko pozwoliło mu właśnie na zrobienie takiej kariery, jaką zrobił. I on w grupach młodzieżowych wyróżniał się tymi właśnie cechami.
Jedynym problemem było to, jak będzie wyglądało to jego zachowanie na boisku pod względem szybkości, ale poradził sobie z tym bardzo dobrze. Z drugiej strony... ta lewa noga. Zawsze lewa noga jest mniej spotykana. Wydaje się, że przyjemniej się ogląda zawodników lewonożnych. I rzeczywiście w jego przypadku również tak było. Jestem zaskoczony, że aż tak daleko doszedł. Żeby grał na poziomie profesjonalnym w lidze hiszpańskiej? Okej, nie ma problemu. Wielu zawodników, wychowanków Osasuny to zrobiło. Natomiast Mikel wskoczył na najwyższy poziom nie tylko europejskiej, ale światowej piłki.
