Espanyol – Barcelona (sobota, 20:45)
Powiedzieć, że Espanyol nie ma lekko w rywalizacji z wielkimi sąsiadami, to jak nic nie powiedzieć. Mało który zespół w Hiszpanii przegrywał z kimkolwiek równie często, a podczas dwóch ostatnich meczów w Cornelli FC Barcelona świętowała zdobycie kolejnych tytułów mistrzowskich. Tym razem zainstalowano dodatkowe siatki oddzielające trybuny, by uniknąć wybuchów frustracji na widowni, zwłaszcza pod adresem Joana Garcii w bramce gości. Espanyol jeszcze nigdy nie wygrał z Barcą na swoim nowym stadionie – ostatnie zwycięstwo „u siebie” fetowali na Montjuic w 2007 roku.
Nie można się więc dziwić, że bukmacherzy płacą grosze za wygraną Barcelony – wszyscy dokładnie tego się spodziewają. Ale tym razem Periquitos mają podstawy, by wypiąć piersi z dumą: tylko oni dotrzymali kroku Barcelonie w ostatnich pięciu kolejkach, wygrywając 100% spotkań. Rozgrywają też jeden z najlepszych sezonów od lat i zrobią wszystko, by postawić się liderom tabeli. Blaugrana nie jest w tym sezonie monolitem, choć nawet z Roberto Fernandezem i Pere Millą w optymalnej dyspozycji, gospodarze będą musieli wspiąć się na wyżyny.

Manchester City - Chelsea (niedziela, 18:30)
Ciężko nazwać to spotkanie wielkim hitem, bo gdybyśmy tak zrobili, to musielibyśmy nazywać wielkim hitem jakiś mecz każdej kolejki Premier League, ale przyznajcie, że ciężko przejść koło takiego spotkania obojętnie. Zwłaszcza, że w obu zespołach w ostatnich dniach trochę się podziało.
Zacznijmy od gości, bo w ich przypadku mamy zdecydowanie większe trzęsienie ziemi - w Nowy Rok pracę na Stamford Bridge stracił bowiem Enzo Maresca. The Blues notowali w ostatnich tygodniach wyniki poniżej oczekiwań, ale powodem odejścia Włocha - oficjalnie za porozumieniem stron - miał być konflikt z zarządem, który trwał już od jakiegoś czasu. W efekcie ciężko oczekiwać, by londyńczycy byli w stanie powalczyć jak równy z równym z Manchesterem City, ale być może zadziała efekt nowej miotły?

Gospodarze w takich okolicznościach są zdecydowanymi faworytami tego starcia, ale u nich także nie ma idealnego porządku. Wszystko przez remis z Sunderlandem w pierwszym meczu w 2026 roku. Po serii ośmiu wygranych we wszystkich rozgrywkach bezbramkowy remis z beniaminkiem może podziałać na Obywateli jak zimny prysznic. Okazja do odkupienia win przed własnymi kibicami jest jednak idealna - wygrana z mocnym rywalem na swoim stadionie, a właśnie taki scenariusz mielibyśmy po wygranej ekipy Pepa Guardioli w niedzielne popołudnie.
Paris Saint-Germain – Paris FC (niedziela, 20:45)
Stolica Francji jest jedną z kluczowych metropolii Europy, a mimo to pod względem piłkarskich rywalizacji to najwyżej ubogi krewny Londynu, Stambułu, Berlina czy nawet Pragi. Historyczne paryskie kluby zgasły, a z tych młodych przebił się tylko jeden. Zwłaszcza w ostatnich latach Ligue 1 była zdominowana przez jedyny znany globalnie zespół z Paryża. Paradoksalnie dopiero teraz, gdy PSG sięgnęło również po Puchar Europy, wyrasta im rywal, który może stanowić jakąkolwiek przeciwwagę.
Pomińmy na moment fakt, że to obecnie najbliższe derby świata (z racji wynajmowania Stade Jean Bouin przez beniaminka). Historia rywalizacji PSG i PFC jest wyjątkowo uboga. Pomijając sparingi, oba zespoły od powstania mijały się w rozgrywkach. Paris FC awansowało do Division 1 dopiero w 1972, gdy PSG zostało karnie zdegradowane. A gdy PSG wróciło, rywale spadli. Jedyny sezon z udziałem obu zespołów to rozgrywki 1978/79, gdy żadna z drużyn nie wygrała meczu – były dwa remisy.
Ktokolwiek wygra więc w niedzielę, będzie pierwszym zwycięzcą derbów w oficjalnych meczach na najwyższym szczeblu. Nie oszukujmy się jednak, "ktokolwiek" znaczy niemal na pewno PSG, które jest pewniakiem do zwycięstwa na Parc des Princes. Rywalizację warto jednak obserwować: pompowany przez Katarczyków klub ma rywala w postaci zespołu pompowanego przez Red Bulla i spółkę Agache.
