Real Sociedad – Levante 2:0
W starciu drużyny walczącej o europejskie puchary z zespołem ze strefy spadkowej, któremu kończy się czas na ratunek, było jasne, że Sociedad od początku ruszy do ataku. W pierwszych minutach najaktywniejszy wśród gospodarzy był Mikel Oyarzabal, który w ciągu pierwszych dwudziestu minut dwukrotnie wdarł się w pole karne – najpierw trafił w słupek, a za drugim razem jego strzał zablokowała obrona.
Tuż przed upływem pół godziny gry bliski szczęścia był Luka Sucic, ale jego groźny rajd zatrzymał wychodzący z bramki Mathew Ryan. Chorwacki pomocnik i tak odegrał ważną rolę przy pierwszym golu – po rzucie rożnym Carlos Soler posłał piłkę w pole karne, a Martin głową z bliska trafił w lewy górny róg.
Protesty Levante dotyczące rzekomego faulu sędzia odrzucił, a goście długo nie mogli pogodzić się z tą decyzją. Goncalo Guedes po łatwej stracie Victora Garcii z dobrej pozycji uderzył nad poprzeczką. Po zmianie stron gra toczyła się głównie pod jedną bramką i już po pięciu minutach drugiej połowy Sociedad miał kolejną świetną okazję na podwyższenie prowadzenia.
Guedes po dokładnym podaniu Oyarzabala z prawej strony oddał strzał, ale Ryan skutecznie interweniował. Chwilę później doszło do nerwowej sytuacji, gdy wydawało się, że Sergio Gomez sfaulował Carlosa Espiego w polu karnym. Sędzia jednak uznał, że była to czysta walka o piłkę i gospodarze mogli odetchnąć z ulgą.

Mimo że Sociedad nie miał szczęścia w wykończeniu akcji, spokojnie kontrolował przebieg spotkania. Guedes mógł jeszcze raz rozpaczać kwadrans przed końcem, gdy jego potężny strzał zza pola karnego trafił w poprzeczkę, odbił się od linii bramkowej i wrócił na boisko. Frustracja nie trwała jednak długo, bo w 83. minucie gospodarze przypieczętowali zwycięstwo. Pablo Marin świetnie podał w pole karne, a Mendez z bliska skierował piłkę do siatki.
W końcówce Orri Oskarsson mógł jeszcze zdobyć trzeciego gola, ale w dobrej sytuacji nie trafił w bramkę. Wynik nie uległ już zmianie i Levante nadal musi walczyć o utrzymanie. Sociedad może jeszcze w weekend wypaść z czołowej szóstki, ale i tak pozostaje poważnym kandydatem do gry w europejskich pucharach.
Betis – Espanyol 0:0
Gospodarze już na początku stworzyli sobie okazję, gdy Diego Llorente po rzucie rożnym Pabla Fornalsa główkował prosto w ręce Marka Dmitrovicia. Los Verdiblancos stopniowo przejmowali inicjatywę, a Dmitrović musiał ponownie interweniować po strzale Aitora Ruibala z bliskiej odległości. Serbski bramkarz miał sporo pracy, broniąc także główkę Sergiego Altimiry po dośrodkowaniu Fornalsa.
Cucho Hernández po obrocie w polu karnym uderzył tuż obok słupka. Po przerwie obraz gry nie uległ większej zmianie. Betis wciąż bezskutecznie próbował sforsować szczelną defensywę Espanyolu. Goście zaskoczyli, gdy Edu Exposito oddał pierwszy strzał w drugiej połowie, ale jego próbę lewą nogą obronił Alvaro Valles.

Brak jakości w ofensywie po obu stronach sprawił, że w drugiej połowie tylko jeden strzał był celny. Zespół Pellegriniego miał przewagę, ale Dmitrović w bramce Espanyolu nie musiał się zbytnio wysilać. Chimy Avila próbował rozstrzygnąć losy meczu strzałem z dystansu, ale piłka minęła bramkę, a następnie Pablo Garcia trafił w poprzeczkę.
W Sewilli nie padł żaden gol, a gospodarze przedłużyli ligową serię bez zwycięstwa do sześciu spotkań. Espanyol czeka na wygraną w najwyższej klasie rozgrywkowej od grudnia i może być zadowolony z punktów zdobytych w pierwszej części sezonu. W przeciwnym razie drużyna Manola Gonzaleza byłaby zagrożona walką o utrzymanie, bo jej forma wciąż jest niepokojąca.
