Powiedzieć, że Liverpool nie lubi jeździć do Stambułu, to jak nic nie powiedzieć. W pamięci kibiców jest wprawdzie wielki finał Ligi Mistrzów 2005, za to miejscowymi klubami prawie zawsze są ciężary. Na wygraną z Galatasaray w Stambule The Reds wciąż czekają, po dwóch porażkach i remisie od 2002 roku.
Sprawdź szczegóły meczu Galatasaray – Liverpool
Zamiast piorunującego startu gospodarzy niesionych tumultem widowni, to Liverpool już po minucie zaliczył pierwsze uderzenie. Wirtz posłał piłkę obok bramki, ale zasygnalizował aspiracje klubu, który wyszedł wysoko i chciał szybko otworzyć wynik. Gdy jednak gospodarze doszli do głosu w 7. minucie, trybuny oszalały. Po rzucie rożnym Victor Osimhen zgrał piłkę w kierunku bramki, a Mario Lemina dobił swoją głową do siatki.
The Reds wydawali się zbici z pantałyku, podczas gdy zastrzyk endorfin dał wyższe obroty miejscowym. Po 11 minutach Jakobs świetnie obsłużył wrzutką Osimhena, który główkował obok słupka. Po kwadransie w końcu przyszła okazja na wyrównanie, gdy niekryty Wirtz po lewej stronie pola karnego dostał piłkę. Uderzył z fałszem i piłka po koźle poszła w ręce Ugurcana Cakira.
Niezmiennie lepiej prezentowała się Galata, a Noa Lang był o włos od podwyższenia w 21. minucie, kiedy jego centrostrzał okazał się nadspodziewanie groźny. Mamardaszwili instynktownie wytrącił piłkę poza światło bramki, by chwilę później ratować Liverpool przed główką Gabriela Sary.
Końcówka pierwszej połowy odbywała się pod dyktando Liverpoolu, tyle że pomysły wydawały się kończyć przed polem karnym, gdzie defensywa Cimbom uwijała się jak w ukropie, doskakując do każdego rywala. Wirtz w 41. minucie oddał niegroźny strzał głową, a moment później próbował urwać się Hugo Ekitike, jednak padł bez gwizdka sędziego. Za to po gwizdku wznawiającym szybka próba Szoboszlaia zmusiła Cakira do świetnej interwencji.
Golkiper trzymał Galatasaray w grze i fani wyczekiwali na kolejny cios miejscowych. Gdy zszedł bezbarwny Salah, Victor Osimhen fetował drugiego gola dla mistrzów Turcji, lecz przedwcześnie: Baris spalił, co uratowało Ibrahimę Konate przed kompromitacją. To on dwukrotnie nie zatrzymał piłki, która dotarła do strzelca.
Wejście w ostatnie 30 minut wskazywało już wyraźnie na LFC, gdy Ekitike zdołał urwać się po przejęciu piłki. Strzelał sam na sam i znów Cakir był górą – trącił piłkę poza światło bramki. Na 20 minut przed końcem stadion jednak ucichł: piłka po rogu ugrzęzła w siatce i Jesus Gil Manzano pokazał na środek boiska. W chaosie długo trwało ustalanie, kto strzelił. Okazało się, że Konate, tyle że po ręce i VAR gola cofnął.

W końcowych minutach wydawało się, jakby Liverpool szanował stan 0:1, a to mogło się zemścić. W boczną siatkę trafiali Bardakci i Sara, choć i goście wciąż próbowali testować Cakira. Ostatnim akcentem było uderzenie Jakobsa po rozegranym rzucie rożnym, które przeszło nad poprzeczką. Na Anfield faworytem do awansu pozostanie Liverpool, jednak nie tak wyobrażał sobie setny mecz pod wodzą Liverpoolu Arne Slot.

