Do incydentu doszło w połowie lutego na stadionie Benfiki, gdzie Real Madryt wygrał 1:0. Sędzia przerwał wtedy grę na dziesięć minut po tym, jak Vinicius zgłosił rasistowskie obelgi. Prestianni w tym czasie zasłaniał usta koszulką i ręką. UEFA zawiesiła go na rewanż, w którym hiszpański zespół zwyciężył 2:1 i awansował do kolejnej fazy. Jeśli trwające śledztwo potwierdzi winę, młodemu skrzydłowemu grozi co najmniej dziesięciomeczowa dyskwalifikacja.
W rozmowach dla argentyńskiej stacji Telefe i programu Intuiciones en primera persona Prestianni stanowczo zaprzeczył zarzutom. Jak sam przyznał, przymusowa absencja bardzo go zabolała, a cała fałszywa afera negatywnie odbiła się na jego bliskich.
"Zostałem ukarany bez dowodów. Myślałem o ojcu, matce i dziadkach. Mówi się wiele rzeczy, które nie odzwierciedlają tego, kim jestem, a które w dodatku w ogóle się nie wydarzyły. To okropne i bardzo boli" - przyznał.
Podczas nerwowego meczu doszło także do spięcia z Mbappe, który miał nazwać go rasistą i obrzucić wyzwiskami bezpośrednio na murawie. Piłkarz z Ameryki Południowej broni się jednak, że jego wypowiedzi nie miały żadnego rasistowskiego podtekstu.
Jednocześnie odciął się także od zarzutów o homofobię. Według niego słowa, które padły na boisku, w Argentynie są traktowane jako zwykłe przekleństwa. "Chcieli zrobić ze mnie homofoba i próbowali z całej sprawy zrobić coś, czym nie jest. To, co powiedziałem, dla nas Argentyńczyków to normalne obelgi" - dodał.
Prestianni podziękował za wsparcie kolegom z Benfiki, także tym o ciemniejszym kolorze skóry, z którymi – jak podkreślił – nigdy nie miał żadnych problemów. Docenił również postawę trenera Jose Mourinho, nazywając go fenomenem. Ten stwierdził wtedy, że według niego Vinicius sprowokował całą sytuację. Dodał jednak, że jeśli śledztwo potwierdzi rasizm Prestianniego, Argentyńczyk już nigdy nie zagra w jego drużynie.
