Światło czerwone. Rajović symbolem Legii
Mileta Rajović ewidentnie nie radzi sobie z presją, która dodatkowo wciąż rośnie. Nie chodzi o to, by pastwić się nad napastnikiem, ale problem jest aż nadto wyraźny. Z pewnością same treningi strzeleckie czy inne nowoczesne techniki już tu nie pomogą, gdyż w jego przypadku nastąpiła blokada mentalna. Najłatwiej byłoby oczywiście pozbyć się Duńczyka, wysyłając go na wypożyczenie czy po prostu sprzedając. Zakładam, że obie transakcje nie są takie proste do zrealizowania, gdyż wiązałyby się ze sporą stratą finansową dla klubu, a dodatkowo dla samego zawodnika mogłoby to oznaczać wielką porażkę.
Tu czas na pracę mentalną, nad wirtualnym wypuszczeniem powietrza z przepompowanego balona, który od jego nadmiaru staje się zbyt ciężki i zasłania świat. Oczywiście, że dotyczy to wszystkich zawodników, ale jak to zwykle bywa, gdy drużynie nie idzie, to oczy kibiców i ekspertów skupiają się na napastnikach, a oni doskonale o tym wiedzą.
Światło pomarańczowe. Budowa trwa, ale oczekiwania już są
A skoro mowa o wielkich oczekiwaniach, to czas przyjrzeć się Widzewowi. Drużyna z Łodzi ma za sobą imponujące okno transferowe, a ja należę do grupy entuzjastów działalności Roberta Dobrzyckiego. Nie przemawiają do mnie wszelkie opowieści o "psuciu" rynku, bo przez lata przecież narzekaliśmy, że kwoty transferów w Ekstraklasie rosną, ale tylko w przypadku tych wychodzących. Ktoś w końcu musiał dać sygnał, że koniec z zadowalaniem się jedynie korzystną sprzedażą, czas zbudować coś na miejscu. A nie da się w nieskończoność rywalizować bez zaryzykowania i zainwestowania większego kapitału, tylko wtedy można dołączyć do elitarnego stolika w tej grze.
Wydaje się, że sam właściciel i umiejętnie przez niego dobrane otoczenie wiedzą co robią. Jednak dyrektor sportowy Dariusz Adamczuk rozbudził oczekiwania kibiców, więc ci będą chcieli oglądać sukcesy drużyny tu i teraz, najpóźniej za tydzień. Na razie falstart i porażka z Jagiellonią przed własnymi fanami. Przeciwnik trafił się mocny, więc to da się wybaczyć, ale w najbliższej kolejce zapewne liczyć się będą już tylko trzy punkty.
Światło zielone. Stępiński wzorem
Miałem ten przywilej, że mogłem oglądać początki kariery Mariusza Stępińskiego w czasie, gdy jeszcze nikt o nim nie słyszał. No może oprócz trenerów kadr młodzieżowych, którzy szybko dostrzegli jego talent. Nastoletni wtedy "Stępel" miał jedną cechę, którą można było dostrzec z daleka - brak tremy. Mocna konstrukcja psychiczna sprawiła, że wchodząc na boiska grającej w niższych ligach Pogoni Zduńska Wola po prostu robił swoje, podkręcając licznik strzelonych goli (spotykając się w klubie z... Rafałem Augustyniakiem z Legii). Nie przeszkadzały mu średniej jakości murawy czy legendarna w tej klasie rozgrywkowej surowość obrońców.
Takie cechy najlepiej prezentują się w przypadku kontrastu, że przywołamy mecz z Legią. Stępiński ani nie przestraszył się utytułowanego (w kryzysie, ok) rywala, ani nie zraził zmarnowanymi szansami. To jedynie zmotywowało go, by walczyć do końca i zainkasować dla drużyny komplet punktów, bo jak sam przyznał: napastnik zawsze będzie rozliczany z goli i on o tym dobrze wie.
Warto docenić zatem ofensywnych piłkarzy, którzy potrafili udźwignąć presję w Serie A czy Ligue 1, bo jeśli zastanowimy się dłużej, to wcale w ostatnich latach tak wielu ich nie było. Tym bardziej cieszy, że zdecydował się wrócić do Polski i życzę nam wszystkim, by oznaczało to naprawdę początek szybkiego awansu Ekstraklasy we wszelkich rankingach.

