Papszun podkreślił, że było to dla jego zespołu wyjątkowo ważne spotkanie. "Mecz ułożył się dla nas źle. W 2. minucie straciliśmy bramkę, ale szybko odpowiedzieliśmy i kreowaliśmy sytuacje. Filip Majchrowicz stawał na drodze w pierwszej połowie. Powinniśmy strzelić na 2:1 i na pewno grałoby się łatwiej, ale tak się nie stało. Druga połowa okazała się jałowa z obu stron. My mieliśmy jedną szansę Nsame. To był kolejny moment, który mógł być decydujący i doprowadzić do tego, aby osiągnąć cel. Zabrakło skuteczności. Zabieramy oczko i wracamy do Warszawy" - stwierdził.
Dla Legii remis 1:1 z Radomiakiem oznacza wydłużenie serii wyjazdowych meczów bez wygranej do 12. To najdłuższa seria w jednym sezonie w historii klubu, a tylko jednego pojedynku brakuje, by wyrównać historyczną serię z przełomu sezonów w latach 1983-1984.
Papszun pytany o to, dlaczego jego zespół znowu stracił bramkę jako pierwszy i ze stałego fragmentu gry, nie potrafił wskazać konkretnej przyczyny.
"Tracimy trochę bramek, ale też sporo zdobywamy po stałych fragmentach. To nie ma znaczenia, z jakiej fazy czy subfazy pada bramka – najważniejsze, żeby się wybronić. Martwi to, że nieodpowiedzialnie zachowaliśmy się w pierwszych minutach, ale cieszę się, że nie wybiło to nas z rytmu. To istotne, by zespół potrafił reagować. Wiemy, że wcześniej Legia miała z tym problemy, a dziś tego nie widać" - podkreślił.
Warszawski szkoleniowiec przyznał, że cieszy go powrót po kontuzjach takich zawodników, jak Jean-Pierre Nsame i Paweł Wszołek. Na powrót Nsame stołeczny klub czekał aż 194 dni, z kolei Wszołek dotąd wiosną rozegrał tylko 17 minut, wczoraj dołożył kolejnych 11.
"W końcówce sezonu, która się zbliża, każdy zawodnik będzie ważny, szczególnie tak doświadczeni zawodnicy. To pozytyw piątkowego meczu" - nie miał wątpliwości.
