Legia Warszawa - Wisła Kraków (2:0)
Gospodarze liczyli na zbudowanie serii 10 meczów bez porażki, a gościom zależało na zatrzymaniu faworyta w klasyku powracającym do Ekstraklasy po prawie pięciu latach. Choć to Łubik musiał pierwszy interweniować po wrzutce Chodyny, już minutę później Wisła mogła objąć prowadzenie. Krzyżanowski świetnie znalazł Ertlthalera, jednak ten przed otwartą bramką uderzył niecelnie.
Ośmieleni goście mieli swój moment – w 14. minucie Frederico Duarte uderzył zbyt lekko i czytelnie, ale trzy minuty później petarda Bozicia z lewej strony musiała rozgrzać rękawice Hindricha. Lewe skrzydło Białej Gwiazdy wyglądało naprawdę dobrze, ale zanim faktycznie błysnęło, Wisła straciła gola. W 18. minucie Rafał Augustyniak wrzucał piłkę z błędnie przyznanego autu, Uryga i Duda nie mogli jej wybić, wystawiając idealnie pod potężny wolej Zjawińskiego, który otworzył wynik.
Beniaminek chciał odpowiedzieć i w 23. minucie doszło do poważnej kontrowersji, gdy Ertlthaler podcięty przez Kapustkę padł w polu karnym Gwizdek Damiana Sylwestrzaka milczał, słuchawka VAR najwyraźniej też. Jeszcze Duda zdołał uderzyć w tej sytuacji z dystansu i Hindrich gasił na raty, ale później kontrolę przejęła Legia.
Przed upływem półgodziny Chodyna zmarnował dobrą okazję, a od 35. minuty Łubik mógł dostać zawrotów głowy. Najpierw bronił strzał Adamskiego, dwie minuty później Szymańskiego i znów Adamskiego, tym razem przy próbie kiwki. Gola do szatni mógł dać Chodyna w 44. minucie, gdyby nie zwlekał z uderzeniem. Obrona zdążyła zablokować i jego strzał, i dobitkę Zjawińskiego, i kolejną Wszołka.
Odkąd przyszedł Marek Papszun, Legia potrafi imponować organizacją gry i goście musieli wspiąć się na wyżyny po przerwie, by urwać choć punkt. Długo wydawało się, że miejscowi trzymają Wisłę na odległość, bo do 60. minuty jedyny celny strzał oddał Rafał Adamski, zatrzymany przez Łubika. Po drugiej stronie Rodado uderzył głową nad bramką, a Krzyżanowski w 65. minucie przestrzelił nawet Żyletę.
Niewiele brakowało, a golkiper Wisły podarowałby bramkę Legii. Łubik poślizgnął się na skraju pola karnego i zostawił pustą bramkę. Sytuacja zaskoczyła jednak obie ekipy i już sekundy później Bozić sprawdzał Hindricha precyzyjnym strzałem pod słupek. A że okazje trzeba wykorzystywać, przypomniał zmiennik Jakub Żewłakow. To on odebrał piłkę Igbekeme, wyłożył Adamskiemu, a ten nie dał cienia szansy Łubikowi.
Zmuszona do gry pozycyjnej Wisła nie mogła znaleźć recepty na gola kontaktowego, tymczasem szybkie ataki Legii mogły skończyć się fatalnie. Na szczęście dla gości, Chodyna nie miał swojego dnia, a na nieszczęście – Ertlthaler miał równie duże problemy z decyzyjnością w ofensywie i nie pomógł. Dopiero Meseguer w 86. minucie głową wymusił kolejną interwencję Hindricha, a największą stratą Legii w tym meczu okazała się kontuzja Żewłakowa na finiszu.

Pogoń Szczecin - Korona Kielce (2:0)
Starcie dwóch aspirujących do czołówki zespołów zaczęło się od strzału Ondreja Lingra już w 1. minucie, zmuszając Valentina Cojocaru do brudzenia się od pierwszych sekund. Tyle że kolejne tak dobre okazje dla Korony nie przychodziły, gdy Pogoń skutecznie przejęła kontrolę.
Jej pierwszym efektem był strzał Riccio z trudnej pozycji po 10 minutach, tuż nad poprzeczką. Kilka minut później Patryk Dziczek strzelał głową, testując Xaviera Dziekońskiego. Mecz stracił jednak rytm w okolicy 20. minuty, gdy Pogoń była pewna faulu rywali i rozpoczęły się kłótnie z arbitrem.
Po nich doszło nawet do przepychanek między drużynami, a Piotr Lasyk wydawał się tracić kontrolę. Kielczanie skorzystali z wytrącenia z równowagi rywali, jednak wrzutki Lingra i Camilo Meny nie dały efektu.
Nieco wygaszona Korona pozwoliła Pogoni kontrolować grę do przerwy i zapłaciła bardzo wysoką cenę za taki stan. W pierwszych sekundach doliczonych do 45. minuty Paul Mukairu doskonale wyczuł moment i ruszył z akcją, dogrywając prostopadle do Macieja Wojciechowskiego. Ten zachował zimną krew i wybrał bliższy słupek, pokonując Dziekońskiego.
Po powrocie do gry Portowcy stopniowo tracili impet na rzecz gości i nie zmieniło tego wprowadzenie Nsame z Grosickim dla wzmocnienia ofensywy. Mimo kilku zrywów, nie udawało się oddać żadnego strzału i to Korona wydawała się coraz bliżej gola kontaktowego.
Próby gości w większości były blokowane, a gdy nie udało się uderzyć z okolic pola karnego, Michael Ameyaw w 78. minucie zaimponował próbą z ponad 30 metrów. Jego mierzona w okienko petarda została z trudem wybita przez Cojocaru.
Przetrwawszy napór, Szczecinianie wyprowadzili kontrę w 86. minucie. Paul Mukairu poszedł z Nsame, ten wygrał kluczową przebitkę i oddał koledze piłkę na wagę drugiego trafienia w meczu. Płaskie uderzenie po ziemi weszło przy dalszym słupku. Nawet siedem doliczonych minut nie pozwoliło Koronie wrócić do gry, niecelna główka Mosóra zamknęła spotkanie.

Piast Gliwice - Widzew Łódź (2:1)
Po trzech tygodniach przerwy zwłaszcza forma Widzewa budziła zainteresowanie i pierwsze minuty nie dały odpowiedzi, na jaką liczyli jego fani. Piast wyraźnie przeważał, chcąc szybko otworzyć wynik. W 7. minucie Leandro Sanca wkręcił piłkę z prawej w pole karne, a jego dośrodkowanie na świetny strzał głową zamienił Ntamack. Niestety, tylko słupek bramki gości.
Dopiero po 10 minutach Fornalczyk przedarł się pod bramkę Gliwiczan, ale był asekurowany skutecznie i wywalczył jedynie rzut rożny. Choć bez powodzenia, to młody ofensor dał sygnał i Widzew stopniowo zyskiwał kontrolę nad meczem. Dla gospodarzy nie była to najgorsza wiadomość, bo grę z kontry znają bardzo dobrze.
W 22. minucie Drągowski musiał się bardzo wyciągnąć, by wybić piłkę od Boisgarda. Moment później Ntamack uderzał w trybuny i to były ostatnie konkrety pierwszej połowy. Długa kontrola piłki nie przynosiła efektu piłkarzom Widzewa, a ostatni kwadrans przed przerwą stawał się coraz bardziej rozlazły z minuty na minutę.
Stolarski po przerwie wymienił atak, lecz początkowo nie dawało to efektu. Gdy wydawało się, że nieskuteczność Piasta może być dla Łodzian ratunkiem, pierwszego gola zapewnił miejscowym obrońca Widzewa. Giannis Papanikolaou próbował wybić piłkę lecącą na dalszy słupek, ale pechowo od wspomnianego słupka zmieścił piłkę w bramce.
Radość Piasta szybko została przerwana, gdy świetna wrzutka Gazibegovicia znalazła głowę Karola Świderskiego, a jego dopiero drugi gol w barwach Widzewa dał wyrównanie. Mateusz Stolarski nie miał czasu na radość – Gazibegović przy dośrodkowaniu doznał kontuzji.
Obie drużyny w ostatni kwadrans weszły z apetytem na decydujący cios. Widzew mnożył stałe fragmenty, Drągowskiego sprawdzał z kolei Leśniak w 84. minucie, a na minutę przed końcem regulaminowego czasu Łodzianie bez efektu domagali się karnego. Przełom przyszedł w doliczonym czasie, gdy długa wrzutka z lewej od Lewickiego znalazła nogę Boisgarda i ten trąceniem pokonał Drągowskiego.

