Lech Poznań - GKS Katowice (3:3)
Początek spotkania nie należał do porywających - obie ekipy miały problemy z odpowiednim wejściem w mecz i obserwowaliśmy więcej strat i walki w środku pola, aniżeli dogodnych sytuacji do zdobycia gola. Z minuty na minutę dłużej przy piłce utrzymywali się goście, którzy w 28. minucie mogli wyjść na prowadzenie. Groźnie z rzutu rożnego dośrodkował bowiem Bartosz Nowak, a blisko zdobycia gola samobójczego był Mikael Ishak, jednak Mrozek był na posterunku. W 38. minucie goście udokumentowali swoją przewagę. Z prawej strony dośrodkował Czerwiński, a nieatakowany przez rywali Marković precyzyjnym uderzeniem wyprowadził swoją ekipą na prowadzenie. Do przerwy wynik już się nie zmienił, mimo że w szóstej minucie doliczonego czasu Ishak znalazł się w niezłej okazji, ale jego próbę obronił Strączek.
Druga połowa rozpoczęła się w sposób wymarzony do Lecha. Już w 48. minucie zawodnikom "Kolejorza" udało się doprowadzić do wyrównania. Gholizadeh wstrzelił piłkę w pole karne, a tam po ogromnym zamieszaniu trafienie samobójcze zanotował Jędrych. W kolejnych minutach GKS ponownie przejął inicjatywę i dążył do odzyskania prowadzenia. Ta sztuka udała się w 60. minucie meczu. Nowak podał do Szkurina, a ten po prawdziwym pinballu w polu karnym i odbiciu futbolówki od pleców Mońki, finalnie zdołał skierować ją do siatki! Trzeba przyznać, że do tej pory wszystkie tak naprawdę trafienia w tym meczu były mocno przypadkowe, ale to gwarantowało nam emocje w kolejnych minutach rywalizacji.
Lech rzucił się do ataku, zepchnął rywali do obrony i raz za razem zagrażał bramce Strączka. W 74. minucie podopieczni Nielsa Frederiksena dopięli swego. Palma kapitalnie zagrał do Hakansa na wolne pole, a ten pokazał swoją szybkość i celnym, mocnym uderzeniem sprawił, że po raz drugi w tym meczu na tablicy świetlnej widniał wynik remisowy. Gospodarze długo się nim nie nacieszyli. Już cztery minuty później goście bowiem po raz trzeci wyszli na prowadzenie.
Wasielewski świetnie dośrodkował w pole karne do Jirki, ale jego strzał został wybity przez Mońkę z linii bramkowej. Do odbitej piłki dopadł jednak Marković, który uszczęśliwił gości. Nie zaskoczy was chyba fakt, że taki wynik długo się nie utrzymał? No właśnie, gdyż już w 80. minucie było 3:3. Gholizadeh kapitalnie zagrał do Palmy, ten świetnie opanował piłkę i płaskim strzałem pokonał Strączka. W końcówce jeszcze dobre okazje mieli Agnero i Hakans, ale Strączek utrzymał swój zespół przy życiu i finalnie ten niesamowicie emocjonujący mecz zakończył się wynikiem 3:3.

Motor Lublin - Raków Częstochowa (1:1)
Motor od początku spotkania starał się narzucić rywalom swój styl gry i dłużej utrzymywał się przy piłce. Raków z kolei cierpliwie czekał na swoje okazje i oddał posiadanie futbolówki ekipie gospodarzy. Na pierwszą groźną sytuację czekaliśmy aż do 35. minuty spotkania. Wówczas Lamine Diaby Fadiga nieźle zgrał piłkę do Racovitana, jednak strzał obrońcy Rakowa był zbyt lekki, aby mógł w jakikolwiek sposób zagrozić bramce Brkicia. W 43. minucie groźne uderzenie w kierunku bramki Rakowa posłał natomiast Bartosz Wolski, ale jego strzał minimalnie poszybkował obok bramki, przez co obie ekipy zeszły do szatni z wynikiem remisowym.
W 53. minucie powinno być 1:0 dla Rakowa. Błąd po zagraniu w pole karne Motoru popełnił bowiem Ede, ale Fadiga z siedmiu metrów fatalnie spudłował. W 67. minucie w końcu padła pierwsza bramka w tym spotkaniu. Po dośrodkowaniu piłki z lewej strony bramkarza Rakowa sytuacyjnym strzałem próbował zaskoczyć N'Diaye. Piłka leciała w kierunku słupka, ale po drodze strącił ją jeszcze Braut Brunes, który totalnie zaskoczył swojego golkipera i trafieniem samobójczym otworzył wynik tej rywalizacji.
W kolejnych minutach Raków próbował doprowadzić do wyrównania, jednak próby gości były zbyt anemiczne, aby mogły na poważnie zagrozić bramce Motoru. Dobrą okazję miał dopiero w 83. minucie Brunes, jednak jego uderzenie głową świetnie obronił Brkić.
Co się odwlecze, to nie uciecze. Ten sam zawodnik w doliczonym czasie gry stanął przed kolejną okazją, której już nie zmarnował. Łabojko sfaulował w powietrzu Brunesa i sędzia Bartosz Frankowski po analizie VAR podyktował rzut karny, a ten pewnym uderzeniem wykorzystał sam poszkodowany, ustalając tym samym wynik meczu na 1:1.

Cracovia - Arka Gdynia (2:2)
Osuwająca się w kierunku strefy spadkowej Cracovia podejmowała Arkę, która nigdy jeszcze nie wygrała w Ekstraklasie przy Kałuży. Bolączką gospodarzy był brak strzelca bramek i Luka Elsner szukał odpowiedzi, stawiając pierwszy raz na Gabriela Charpentiera. Przez kwadrans nie oglądaliśmy jednak żadnej szansy i dopiero błąd w rozegraniu Arki uruchomił Pau Sansa, który został zablokowany.
Gdy już się zaczęło, obie ekipy momentalnie weszły na wyższe obroty. Charpentier uderzał głową w 22. minucie, a już dwie minuty później był kluczowy w kontrze, przy której minął nieporadnego Marcjanika i uderzył precyzyjnie pod dalszy słupek, otwierając wynik. Kameri próbował podwoić prowadzenie z 17 metrów kilka minut później, ale to Arka znalazła drugiego gola meczu. Tuż przed półgodziną Kerk wrzucił piłkę na głowę szarżującego Kubiaka, który łatwo zgubił Perkovicia i pokonał Madejskiego.
Teraz mecz wyglądał już świetnie, a Charpentier miałby dublet w 32. minucie, gdyby nie fantastyczna interwencja Grobelnego po rzucie rożnym. Arkowcy szukali drugiego gola, z kolei w doliczonym czasie Sans mógł dać przewagę.
Pierwszy mecz w jedenastce od dwóch lat skończył się dla Charpentiera kontuzją przywodziciela i nie wrócił po przerwie. To nie jedyny kłopot Pasów, bo w 48. minucie Dawid Gojny znalazł Gutkovskisa, ten wypracował pozycję przy bierności Kameriego i wsunął piłkę Madejskiemu pod słupkiem.
Raz jeszcze na wyrównanie czekaliśmy raptem kilka minut i znów przyszło po uderzeniu głową. Tym razem Ajdin Hasić z krańca boiska wrzucił piłkę na dalszy słupek, a tam Perković zrehabilitował się celną główką na 2:2. Sam Hasić szukał gola w 65. minucie, ale to Arka wyglądała lepiej po zejściu Charpentiera. Na kilka minut przed końcem potencjalną "piłkę meczową" miał na nodze Mateusz Klich, gdy po wycofaniu Dominika Piły szukał okna bramki gości, a posłał piłkę obok spojenia. A więc remis w meczu przyjaźni!

