Cracovia - Wisła Płock (1:2)
Obie ekipy miały coś do udowodnienia, nie znając smaku wygranej od pięciu ligowych kolejek. Zgodnie z oczekiwaniami to Cracovia od pierwszych sekund przejęła inicjatywę, oddając dwa strzały w minutę. Pierwszy był zablokowany, a próba poprawki Sutalo przeszła obok bramki Leszczyńskiego.
Dysproporcja na korzyść „Pasów” była miażdżąca, tyle że niewiele z niej wynikało. Za to w 20. minucie rzut wolny gości mógł otworzyć wynik. Instynktowne uderzenie Kamińskiego nie tylko udało się obronić, ale Sebastian Madejski jeszcze zdusił bardzo trudną piłkę, ratując się przed ewentualną dobitką. Podopieczni mnożyli wrzutki i oddali aż 11 strzałów do przerwy, jednak do szatni obie ekipy zeszły bez goli.
Do przerwy skrzydłowi Cracovii byli jej największym atutem. Po zmianie stron ponownie zagrożenie przyszło ze skrzydła, tyle że od gości. Quentin Lecoeuche próbował wbijać piłkę przed bramkę w 51. minucie, gdy rykoszet od Bosko Sutalo otworzył wynik. Pechowe trafienie samobójcze nie podłamało miejscowych i sam poszkodowany miał udział przy wyrównaniu w 59. minucie. To on dograł do Ajdina Hasicia, który szczęśliwie doszedł do strzału i od słupka wpakował piłkę do siatki.
W elektryzującej atmosferze Hasić mógł mieć na koncie dublet już w 62. minucie, tym razem zatrzymany przez Leszczyńskiego. Pasy napierały jak rój wściekłych pszczół, tymczasem kolejny cios zadali goście. Gdy Oskar Wójcik był bliski drugiego samobója po przypadkowym zagraniu, Madejski wybił piłkę przed siebie, a tam czekał Deni Jurić, który dobił do bramki. "Pasy" za wszelką cenę nie chciały dopuścić do wygaszenia meczu przez Wisłę, ale Płocczanie zdołali wyrównać proporcje w grze i dotrwali do 90. minuty, by w doliczonym czasie wybijać nawet wrzutki i udało się! Seria pięciu porażek została przerwana kompletnie wbrew przebiegowi meczu.

GKS Katowice - Lechia Gdańsk (2:0)
Katowiczanie wiosną czarują i chcieli świetną serię przedłużyć na Nowej Bukowej przeciwko czołowej ofensywie Ekstraklasy. Zaczęło się nieźle, od sytuacyjnego uderzenia Milewskiego, które wyłapał Alex Paulsen. Po 10 minutach Bartosz Nowak próbował wprost z rożnego, moment później został zablokowany i Lechia wydawała się przejąć inicjatywę.
Aleksandar Ćirković postraszył Strączka niecelnym uderzeniem w 15. minucie, a chwilę później Wójtowicz zamienił dośrodkowanie na chytry strzał. Gdyby golkiper był gorzej ustawiony, piłka wpadłaby mu za kołnierz. Wreszcie, w 19. minucie Iwan Żelizko huknął potężnie z 30 metrów pod poprzeczkę i Strączek wykazał się refleksem.
Niewykorzystane okazje zdominowały mecz po obu stronach, gdy Nowak posłał kolejną próbę nad bramką w 31. minucie, a potem nie wykorzystał fatalnego błędu Paulsena, który dosłownie oddał mu piłkę przed pole karne. Jednak GieKSa objęła prowadzenie w 39. minucie, gdy Milewski i Nowak spisali się jako prowadzący kontrę, a Mateusz Wdowiak wykończył ją strzałem po rękach Paulsena.
Po zmianie stron Lechia rozpoczęła od serii ataków, tyle że żaden ze strzałów nie szedł w światło bramki. Zupełnie co innego działo się na drugim końcu boiska, gdzie Bartosz Nowak doskonale wypuścił Illę Szkuryna na bramkę, a Białorusin lekko podciął przy wychodzącym Paulsenie i podwoił przewagę miejscowych w 60. minucie. Bardzo wysoka intensywność gospodarzy wybijała z głowy Lechii odrabianie strat. Mało tego, miejscowi chcieli podwyższyć wymiary zwycięstwa i byli o włos w 82. minucie. Wówczas Nowak ponownie uruchomił Szkuryna, ten znów pokonał Paulsena, tyle że spalił. Bez Bobcka i Meny Lechia nie miała sposobu na powrót, a to oznacza, że GieKSa jest blisko strefy pucharowej.

Jagiellonia Białystok - Piast Gliwice (1:2)
Piast przyjechał bez Piasta, ale to rotacje w składzie Jagiellonii były ciekawsze. Wydawały się też całkiem słuszne, gdy postawiony na prawym skrzydle Bartłomiej Wdowik w 9. minucie wpakował piłkę do siatki. Jednak ruszył do wrzutki ze spalonego. Wielkim atutem Piasta była gra bez piłki i pressing na połowie Jagiellonii, który dał efekt po 20 minutach gry. Lokilo z prawego kraju pola karnego posłał piłkę na dalszy słupek, a tam Hugo Vallejo wpakował ją do siatki razem z Abramowiczem.
Gospodarze musieli naciskać na Gliwiczan w kolejnych fragmentach, lecz efekty nie przychodziły. Bazdar został zablokowany w 26. minucie, parę minut później Drachal strzelał nad bramką, a gdy udało się ukrócić niezłą kontrę Lokilo w 35. minucie, Jaga pokazała jakość: Bazdar wycofał do Drachala na granicy pola karnego, a ten od poprzeczki umieścił piłkę w siatce. Radość ukrócił dopiero VAR – był spalony. Jeszcze Jesus Imaz próbował z 16 metrów w 40. minucie wprost w ręce Karola Szymańskiego, zanim golkiper zatrzymał jeszcze Wdowika z dystansu.
Adrian Siemieniec już w szatni wprowadził dwie zmiany, by chwilę po wznowieniu sięgnąć po Mazurka i Pululu. Na papierze moc Jagi wzrosła drastycznie, ale to rezerwowy gości Sanca już w pierwszych sekundach gry uderzał, zatrzymany odbiciem od rywala. Piast zwyczajnie grał swoje, do tego z zadziwiającą łatwością. W 67. minucie Vallejo minął Vitala i z ostrego kąta pokonał Abramowicza po raz drugi. Obrońca Jagi szukał moment później rehabilitacji, gdy jego petardę z dystansu wybijał Szymański.
Abramowicz był w większych opałach: w 74. minucie przy pierwszym strzale Lewickiego ratował go słupek, za to dobitkę Oskara Leśniaka wybronił jak profesor. Gospodarze musieli jednak odrabiać straty, a Piast wydawał się nie do ruszenia w swoim polu karnym. Z akcentem na "wydawał się", bo w 82. minucie Imaz w trudnej sytuacji huknął z 16 metrów i od słupka dał kontakt Jadze po dograniu Mazurka. Zamiast szaleńczej końcówki Białostoczan, to Piast szukał trzeciego gola. Dopiero w 90. minucie zaczął się ostrzał z dystansu, tyle że nad bramką Piasta.

