Gdy obrońca tytułu przyjeżdża na niezdobyty wciąż stadion nowego lidera, apetyty kibiców są ogromne. Tym bardziej, gdy dotyczy to najpopularniejszej ligi świata. I nie zmienia nic fakt, że hit Premier League wypadł w deszczowy, czwartkowy wieczór.
Sprawdź szczegóły meczu Arsenal – Liverpool

Ta poprzeczka mogła ożywić mecz
Choć prowadzą w tabeli, to piłkarze Arsenalu wciąż muszą udowadniać, że zasługują na walkę o tytuł. Wszyscy naokoło oczekują, że Kanonierzy w końcu się potkną. Czy to miało wpływ na obraz gry? Arsenal co prawda wyraźnie przeważał w rozgrywaniu piłki i znacznie częściej niepokoił Liverpool w jego tercji, ale co z tego?
Dopiero w 18. minucie Bukayo Saka oddał celny strzał, choć wcale niegroźny – Alisson obronił bez problemu. Liverpool nie był wiele lepszy, ponieważ przez całą pierwszą połowę żaden z jego piłkarzy nie zdołał uderzyć w światło bramki.
Za to jedno niecelne uderzenie obudziło kibiców na trybunach. W 27. minucie pressing gości opłacił się i po bardzo ryzykownej wymianie w defensywie Arsenalu Conor Bradley posłał strzał z dystansu na pustą bramkę. David Raya nie miał szans wrócić i wszyscy tylko oglądali, jak futbolówka odbija się od poprzeczki, by nie wpaść do siatki.
Arsenal najbardziej może żałować końcówki
Arsenal nie był w stanie udokumentować przewagi po przerwie, zmarnował też pierwszy kwadrans drugiej odsłony. Pierwszą zmianę wymusiła kontuzja Hincapie, za to następne Mikel Arteta wyraźnie planował dla ożywienia gry. Blady Gyokeres zszedł bez choćby niecelnej próby, a Trossard z dwóch uderzeń wycisnął całe 0,09 xG.
Gabriel Martinelli i Gabriel Jesus mieli ożywić Kanonierów w obliczu coraz solidniejszej gry Liverpoolu. Szybko stało się jednak jasne, że to może być mecz jednej akcji, jeśli ta w końcu nadejdzie. Defensywa Liverpoolu była prawie bezbłędna, a powolne budowanie ataku pozycyjnego The Reds wydawało się stworzone do frustrowania Arsenalu. Gdy gospodarzy w końcu do ataku posłał Zubimendi świetnym podaniem w 79. minucie, nikt nie domknął akcji na dalszym słupku.
W ekipie gości najbliższy przełamania impasu wydawał się Dominik Szoboszlai. W ostatnim kwadransie najpierw posłał piłkę z 14 metrów wysoko w trybuny, później został zablokowany, a z rzutu wolnego brakowało już tylko centymetrów do zmieszczenia po poprzeczką. Ale brakowało. Liverpool nie doczekał się celnego uderzenia w tym meczu, natomiast Arsenal po przerwie dopiero w doliczonym czasie uraczył widzów główką Jesusa i zbyt lekkim uderzeniem Martinellego z ostrego kąta.
Co gorsza, Liverpool na ostatniej prostej stracił Conora Bradleya z poważną kontuzją, co nie pozwoliło Arne Slotowi nawet nacieszyć się obronieniem remisu na Emirates. Spotkanie zakończyło się zmarnowaną okazją Gabriela Magalhaesa po rzucie rożnym - gdy piłka po główce minęła słupek - a później nastała cisza pustoszejącego w rozczarowaniu stadionu.

