Arsene Wenger sprowadził Cię do Europy w 1999 roku. Kiedy trafiłeś do Arsenalu, przeczuwałeś, jak zakończy się ten transfer?
"Wcale nie. Kiedy po czasie spogląda się wstecz, widać, jak rozwijała się kariera piłkarska, ale w danym momencie wszystko jest niepewne. Byłem pierwszym Brazylijczykiem, który podpisał kontrakt z Arsenalem. Arsene zawsze opowiada mi: 'Sylvinho, pojechałem do Brazylii obserwować innego zawodnika, lewego obrońcę, a ty grałeś przeciwko jego drużynie. Podobało mi się, jak grałeś'. Dwa miesiące później podpisałem kontrakt z Arsenalem. To było coś wielkiego. Klub i jego właściciele się zmienili, ale Arsenal wciąż jest częścią mojego życia. Ma piękną historię, uwielbiałem to miejsce. Było to moje pierwsze doświadczenie w Europie i zakończyło się bardzo dobrze".
Co znaczyło dla Ciebie bycie pierwszym Brazylijczykiem w Arsenalu?
"Kiedy ma się 24 lata, nie myśli się o tym, że otwiera się drzwi kolejnym zawodnikom. Myśli się tylko o tym, żeby dobrze wykonywać swoją pracę na boisku i czerpać radość z futbolu. Po mnie przyszli Edu Gaspar, Gilberto Silva i wielu innych. Z Edu staliśmy się bliskimi przyjaciółmi. Wtedy nie znał angielskiego, więc ja zawsze pomagałem mu w jednej sprawie, a on mnie w innej. Dziś jesteśmy starsi, ale bardzo cieszą mnie wspomnienia, które po sobie zostawiliśmy".
O Wengerze mówisz bardzo ciepło. Był dla Ciebie symbolicznym piłkarskim ojcem, który ukształtował Cię jako człowieka i zawodnika?
"Arsene jest bardzo inteligentnym, wykształconym, a przede wszystkim bardzo dobrym człowiekiem. Naprawdę bardzo mi pomógł. Mówił mi: 'Będę korygował twoją grę w defensywie. Jesteś Brazylijczykiem, grasz bardzo dobrze, ale musisz się dostosować'. A ja się uczyłem. Nie było łatwo. W Brazylii grałem przez trzy lata, zdobyłem tam tytuł i wystąpiłem w dwóch meczach reprezentacji Brazylii. Potem trafiłem do Arsenalu i musiałem zacząć się adaptować. Dla młodego zawodnika to trudne. Premier League ma zupełnie inne tempo, a w defensywie po jednym momencie nieuwagi można stracić bramkę. Chciałem grać, ale kiedy gdzieś przychodzisz, musisz poczekać na swoją szansę. To było bardzo mądre podejście Wengera i całego klubu. Rozumiał futbol i miał wyczucie szczegółów. Wiedział, kiedy mnie wprowadzić, co mam robić i czego ode mnie w danym momencie oczekuje".
Grałeś z Thierrym Henrym, Patrickiem Vieirą czy Dennisem Bergkampem. W czym tkwiła siła ówczesnego Arsenalu?
"W tamtym czasie najlepszymi drużynami w Anglii były Arsenal i Manchester United. Przez dwa lata, które tam spędziłem, oba zespoły były bardzo mocne pod względem technicznym, fizycznym i taktycznym. Struktura obu klubów była niesamowita. Z jednej strony stał sir Alex Ferguson, a z drugiej Arsene Wenger. Arsenal był bardzo solidny w defensywie, silny fizycznie i odważny. W środku pola miał bardzo dobrze zorganizowaną strukturę oraz kilku najlepszych piłkarzy na świecie. To niesamowite, że grałem w nim z Henrym, który przeżywał wspaniały okres kariery. A Dennis Bergkamp? Co to był za piłkarz! Gra z nim była świetna, ale jeszcze lepiej trenowało się u jego boku. Było tam zresztą wielu innych: Vieira, Marc Overmars, Emmanuel Petit i wielu kolejnych".
Henry sprawdził się jako ekspert telewizyjny i komentator. Czy już wtedy było widać, że odniesie sukces w tej dziedzinie?
"Henry poza tym, że był świetnym piłkarzem, zawsze był też bardzo inteligentnym człowiekiem. Zna się na swoim fachu, potrafi nawiązywać kontakt z ludźmi i rozmawiać z nimi. Nie dziwi mnie, że dobrze radzi sobie w telewizji. To czarujący człowiek".
Po Arsenalu przeniosłeś się do Celty, z którą zająłeś w lidze czwarte miejsce i zagrałeś w Lidze Mistrzów. Jak wspominasz pobyt w Vigo?
"To było dla mnie właściwe miejsce we właściwym czasie. Celta przeżywała wtedy dobry okres. Mieliśmy czterech lub pięciu Brazylijczyków i czterech lub pięciu Argentyńczyków. To był świetny zespół. W Lidze Mistrzów graliśmy z Ajaksem i AC Milan, a w 1/8 finału zmierzyliśmy się z Arsenalem. To było wspaniałe doświadczenie i niesamowite przeżycie. W Hiszpanii spędziłem łącznie osiem lat: trzy w Celcie i pięć w Barcelonie. To ciekawa i piękna liga. Jest mniej fizyczna, choć w ostatnich latach się to zmienia, za to bardzo techniczna. Czerpałem radość z takiego futbolu".

W 2004 roku trafiłeś do Barcelony, w której grali Ronaldinho, Xavi, Eto'o, Deco i Puyol. Jak wyglądała szatnia z ich udziałem?
"Były to dwie strony tego samego medalu. Z jednej strony istniała struktura klubu: prezes, zarząd, trener Rijkaard i jego sztab. Przekaz ze strony władz był bardzo jasny: jesteście tutaj, ponieważ chcemy osiągnąć coś wielkiego i zdobywać trofea. Ciężka praca i profesjonalizm — taka była nasza mentalność. Z drugiej strony w szatni panowała rodzinna atmosfera. Wszyscy się szanowali i mieli ze sobą bardzo dobre relacje, ale jednocześnie byliśmy profesjonalistami. Przychodziłeś, pracowałeś i wychodziłeś. Myślę, że tego właśnie nauczyłem się po ponad 15 latach w futbolu jako trener: może minąć wiele lat, ale te same zasady wciąż obowiązują. Jeśli jako zespół chcecie osiągnąć coś ważnego, wszyscy muszą rozumieć ten sam cel. Pierwsze dwa lata w Barcelonie były dla mnie szczególnie udane. Zdobyliśmy LaLiga, a następnie Ligę Mistrzów w Paryżu w sezonie 2005/06, wygrywając finał z Arsenalem. Oczywiście nie chodziło tylko o to, że mieliśmy Ronaldinho, Xaviego, Eto'o, Deco, Puyola czy którekolwiek z tych nazwisk. Za zespołem stała konkretna idea: pracujcie przez 90 minut w każdym meczu i na każdym treningu. Ta mentalność uczyniła z nas silną drużynę".
Czy Ronaldinho był na treningach równie imponujący jak podczas meczów?
"Niesamowita była łatwość, z jaką robił wszystko na boisku. Na treningach potrafił absolutnie wszystko, a potem przenosił te umiejętności na mecze i one działały. Miałem wielkie szczęście, że nie tylko z nim grałem, ale też byłem blisko niego na boisku. Pamiętam jedną konkretną sytuację. Poprosił mnie, żebym szybciej zagrywał mu piłkę, ponieważ boczny obrońca naprawdę mocno na niego naciskał. Przy innym zawodniku być może dwa razy dotknąłbym piłki przed podaniem, ale Ronaldinho trzeba było ją dostarczyć natychmiast. Może brzmieć to jak drobiazg, ale właśnie takie momenty robią różnicę. Jeśli podasz mu piłkę o sekundę wcześniej, może się obrócić, wytrącić rywala z równowagi i stworzyć coś spektakularnego".

Byłeś świadkiem pierwszych miesięcy Pepa Guardioli w roli trenera Barcelony. Co Cię w nim zaskoczyło?
"Był zawodnikiem z ogromnym doświadczeniem, choć jako trener wciąż pozostawał bardzo młody. Z Barceloną B radził sobie już bardzo dobrze. Kiedy trafił do pierwszego zespołu, najbardziej zaimponowało mi to, że miał jasny plan na każdy aspekt gry. Wygrywaliśmy niemal każdy mecz. Barcelona już wcześniej była bardzo dobrym zespołem, ale stała się jeszcze lepsza. Później Pep został jednym z najlepszych trenerów. Jest na szczycie".
Kiedy zdałeś sobie sprawę, że w Barcelonie jesteś częścią czegoś naprawdę wyjątkowego?
"Dla mnie było to na Santiago Bernabeu, kiedy Messi zaczął grać jako fałszywa dziewiątka. Pracowaliśmy nad tym na treningach dwa lub trzy dni przed meczem. Chodziło o kilka konkretnych szczegółów dotyczących dwóch lub trzech zawodników, którzy mieli tego dnia wystąpić, a nie całej kadry. Wyjechaliśmy na jeden z najtrudniejszych i najbardziej ikonicznych stadionów na świecie — i to zadziałało. Wiele zależało od człowieka, który miał wszystko pod kontrolą, od jego zdolności do przekazania pomysłu i przełożenia go na boisko. A Pep był tego absolutnie pewien. Tego dnia wszystko zagrało. To był jeden z tych meczów, w których działało absolutnie wszystko".
