Z ostatnich pięciu meczów piłkarze Atalanty wycisnęli 12 punktów i wydawało się, że przeciwko beniaminkowi z Pisy utrzymają zwycięską serię. Ba, trzy ostatnie mecze ligowe wygrali do zera, zatem Pisa miała czego się obawiać.
Sprawdź szczegóły meczu Pisa – Atalanta

Atalanta bez atutów do przerwy
Obie drużyny rozpoczęły mecz dość zachowawczo, a Nicola Zalewski mógł nawet zarobić szybką żółtą kartkę, której uniknął dzięki łaskawemu oku sędziego. Polak i jego koledzy wydawali się przynajmniej kontrolować grę, choć w ofensywie zupełnie nie mieli konkretów. Jednak po kwadransie Aebischer i Meister zaczęli wyraźnie niepokoić defensywę „Bogini”, a w 22. minucie ten drugi uderzał z bliska na bramkę – wprost w Marco Carnesecchiego!
Dopiero po półgodzinie Atalanta zdołała wprowadzić piłkę pod bramkę gospodarzy po wrzutce Zalewskiego, lecz nawet strzału nie było. Zawodnicy trenera Palladino mieli ciężkie nogi i wyglądali jak za najgorszych czasów poprzedniego szkoleniowca – do przerwy nie pokazali nic, a miejscowi zaczęli wierzyć.
Carnesecchi ratował gości, ale musiał skapitulować
Po powrocie Carnesecchi świetnie bronił po rzucie rożnym i dopiero w okolicach godziny gry Atalanta zdołała na chwilę zadomowić się w tercji rywali. W 57. minucie De Ketelaere świetnie znalazł Scalviniego przed bramką, ten jednak dał się zatrzymać Scuffetowi. Kolejny cios chciał zadać Nicola Zalewski, który z dystansu po ziemi posłał piłkę tuż przy słupku.
Dobre w grze „Bogini” były najwyżej momenty, za to Pisa długimi fragmentami budowała swoją przewagę. Na 20 minut przed końcem Carnesecchi znów ratował Atalantę. Pięć minut później Mehdi Leris słał 10. strzał Pisy, ale nic nie wpadało. Jakby na potwierdzenie: sekundy później Carnesecchi sparował nad poprzeczkę uderzenie Piccininiego.
Z ogromnym trudem, ale Atalanta przetrwała najgorsze, by w 83. minucie – tuż po zejściu Zalewskiego – zadać cios na podcięcie skrzydeł: Nikola Krstović w chaosie pod bramką z metra dobił piłkę pod samą poprzeczkę.
Jednak zawodnicy beniaminka nie zwiesili głów. Leris przejął piłkę na połowie gości i szybko wrzucił ją na głowę Rafiu Durosinmiego. A ten – po ręce bramkarza i od słupka – zmieścił ją w siatce. Dopiero drugi raz w tym sezonie kibice oglądali gola swojej drużyny w Pizie, więc feta była ogromna. Do końca doliczonego czasu gry gospodarze napierali, by wydrzeć wygraną z rąk faworytów. Końcowy gwizdek oznaczał poważne rozczarowanie, jednak Pisa nie ma się czego wstydzić - to był w pełni zasłużony punkt po bardzo solidnym meczu.

