Hala Legionów po raz kolejny stała się twierdzą nie do zdobycia dla europejskich potęg. Środowe starcie ze Sportingiem było dla kieleckiej ekipy nie tylko szansą na przedłużenie zwycięskiej passy, ale przede wszystkim okazją do rewanżu za porażkę w Portugalii. Plan został wykonany z nawiązką – Industria wygrała różnicą sześciu trafień, a w pierwszej rundzie przegrała na wyjeździe czterema bramkami(37:41).
Aleks Vlah, rozgrywający Industrii, nie krył dumy z postawy drużyny, która jego zdaniem "kontrolowała przebieg spotkania od pierwszej do ostatniej minuty”.
"Szacunek dla naszego zespołu, zagraliśmy fantastyczny mecz. Mieliśmy co prawda kilka przestojów, ale nasze zwycięstwo nawet przez moment nie było zagrożone" – ocenił Słoweniec.
28-letni zawodnik zwrócił uwagę na niesamowite tempo meczu, które zaowocowało rzuceniem przez jego zespół aż 39 bramek, co w starciach o takim ciężarze gatunkowym nie zdarza się często.
"To był bardzo szybki mecz. Ale zawsze tak jest, kiedy grasz przeciwko zespołowi, który niemal w każdym spotkaniu zdobywa po 38-40 bramek" – dodał.
Kluczem do sukcesu okazało się zatrzymanie liderów gości, tj. braci Costa - Martima i Francisco. Mimo ich ogromnego potencjału ofensywnego (w całym meczu mieli łącznie 15 trafień), kielecka defensywa stanęła na wysokości zadania.
"To są niesamowici zawodnicy, ale nasza obrona była bardzo, bardzo dobra i dzięki temu mieliśmy kontrolę nad meczem" – zauważył słoweński rozgrywający.
Dużą rolę odegrał również kielecki "ósmy zawodnik”, czyli kibice, których Vlah określił mianem "najlepszych na świecie”.
Zwycięstwo cieszy tym bardziej, że Industria musiała radzić sobie z problemami kadrowymi. Kilku zawodników miało ostatnio problemy zdrowotne, a brak kapitana Alexa Dujshebaeva wymusił na trenerze nietypowe roszady.
"Graliśmy bez Alexa, przez długi czas z Arkiem Morytą, nominalnym prawoskrzydłowym, na rozegraniu. Dlatego chłopakom należy się naprawdę pochwała" – podsumował trener Dujszebajew, nazywając postawę swoich podopiecznych "niesamowitą”.
Jak przyznał, choć celem był rewanż za Lizbonę, priorytetem pozostawały dwa punkty. Chwalił swój zespół zarówno za skuteczność w ataku, jak i za solidną postawę w obronie, która mimo straty 33 bramek, zrealizowała przedmeczowe założenia.
"Mówiłem chłopakom, że jeśli stracimy mniej niż 35 bramek, to wszystko będzie ok" – zdradził szkoleniowiec i przypomniał, że Sporting w poprzednich meczach regularnie przekraczał tę barierę.
Radość zmąciła jedynie kolejna kontuzja, tym razem młodszego syna szkoleniowca - Daniela. Jak poważny jest to uraz, wykażą czwartkowe badania.
Trener gości Ricardo Costa przyznał, że jego zespół trafił na „wybitnie dysponowanego” rywala.
"To był bardzo trudny mecz, przeciwko jednej z najlepszych drużyn w Europie. Do tego rozgrywany w świetnej atmosferze, którą zapewnili kieleccy kibice" – powiedział szkoleniowiec gości i wskazał na liczne błędy własnej ekipy, jak straty i niewykorzystane sytuacje rzutowe.
Podobnego zdania był najskuteczniejszy (9 goli) w portugalskim zespole Martim Costa, który zauważył, że Industria "była bardziej agresywna i skuteczna, zwłaszcza w rzutach z dziewiątego metra”.
"Kielczanie byli od nas lepsi. W drugiej połowie mieliśmy kilka okazji do zdobycia bramek i gdybyśmy je wykorzystali, to być może mecz wyglądałby inaczej" – zaznaczył rozgrywający Sportingu.
Po tym zwycięstwie Industria, do czasu zakończenia czwartkowego spotkania HBC Nantes z One Veszprem, awansowała na trzecie miejsce w tabeli grupy A. Teraz wzrok wszystkich skierowany jest na Kolstad.
"Chcemy tam zagrać kolejny dobry mecz i zrobić ostatni krok. Cały czas musimy jednak twardo stąpać po ziemi" – studził nastroje trener zespołu z Kielc.
Spotkanie ostatniej kolejki fazy zasadniczej rozegrane zostanie w Norwegii 12 marca.
