Biało-Czerwowe do piątkowego meczu przystąpiły bez środkowej rozgrywającej Karoliny Kochaniak, która w meczu ze Słowenią doznała urazu stawu skokowego.
Początek spotkania kompletnie nie udał się podopiecznym trenera Arne Senstada. Czeszki zaczęły od prowadzenia 3:0. W tym okresie Polki oddawały niecelne rzuty często z nieprzygotowanych pozycji. W ataku mnożyły się niecelne podania. Inna sprawa, że bramkarka Sabrina Novotna w wielu sytuacjach spisywała się bez zarzutu. Norweski szkoleniowiec Biało-Czerwonych szybko dokonał zmian. Na parkiecie pojawiły się m.in. kapitan Monika Kobylińska i debiutantka Zuzanna Zimnicka.
Czeszki mogły prowadzić jeszcze wyżej, gdyby nie dobrze dysponowana Adrianna Płaczek, która kilkukrotnie uratowała zespół przed utratą gola. W szeregach rywalek dobrze spisywała się najbardziej utytułowana zawodniczka Marketa Jerabkova. Lewa rozgrywająca ma w dorobku triumf w Lidze Mistrzyń z Vipers Kristiansand, a na parkiet wróciła po przerwie macierzyńskiej.
Na pierwszą bramkę Polki czekały aż do 11. minuty. Strzelecką niemoc przerwała Daria Michalak, która skutecznie wykończyła akcję z lewego skrzydła. Kolejne bramki przychodziły już łatwiej, choć inicjatywa wciąż należała do rywalek, które po kwadransie prowadziły 6:4. Jeszcze w pierwszej połowie swojego debiutanckiego gola zdobyła Zimnicka, która była bardzo aktywna. Ciężar gry brała na siebie Kobylińska.
Senstad nadal szukał jednak optymalnego zestawienia, dlatego konsekwentnie rotował składem. Na parkiecie pojawiły się Joanna Gadzina, Joanna Granicka i Adrianna Górna. Z czasem przynosiło to coraz lepsze efekty. W 22. minucie do remisu 8:8 z koła doprowadziła Natalia Pankowska.
W tym momencie to duet trenerów Tomas Hlavaty i Daniel Curda poprosił o czas, po którym miejscowe ponownie odskoczyły na dwie bramki (10:8). Polki odpowiedziały tylko jednym trafieniem i drużyny mogły udać się na przerwę.
Drugą połowę zespół gości rozpoczął równie nieskutecznie, co pierwszą odsłonę. Gra z czasem się wyrównała. Stroną nieznacznie przeważająca wciąż były jednak Czeszki, których przewaga w 48. minucie wzrosła do 18:14. Ambitne Biało-Czerwone próbowały odrobić straty, ale kilkukrotnie piłka odbijała się od słupka lub poprzeczki bramki przeciwniczek. Mankamentem była za to słaba współpraca ze skrzydłowymi.
Czeszki kontrolowały przebieg finałowych minut i nie pozwoliły sobie odebrać zwycięstwa. Ostatecznie wygrały 27:25. Tytuł MVP meczu w polskim zespole przypadł Kobylińskiej.
"Na pewno nie był to nasz dzień. Dużo jest rzeczy do poprawy, szczególnie nasz atak. Na koniec zagramy z Norweżkami (niedziela g. 13.00 - PAP), które są mocnym i szybkim zespołem" - podsumowała rozgrywająca Aleksandra Rosiak.
Był to 30. bezpośredni mecz z Czechami, po którym bilans dalej jest korzystny dla Polski (12-7-11).
