Polska tylko tłem, do finału brakło sporo
Po wtorkowej serii próbnej jasne było, że Polska w konkursie drużyn mieszanych może walczyć maksymalnie o awans do drugiej serii, bez szans medalowych. Potwierdził to pierwszy polski skok – Poli Bełtowskiej, której 82 metry z 20. belki było najsłabszym wynikiem wśród 12 zgłoszonych reprezentacji po pierwszej kolejce.
Jako drugi w naszej drużynie startował Paweł Wąsek i jego 102,5 metra przy dobrych notach musiało się podobać. Po dużej stracie z pierwszej kolejki udało się wyprzedzić tylko Rumunię, ale strata do trzech kolejnych drużyn wydawała się możliwa do odrobienia.
Anna Twardosz skakała w bardzo niesprzyjających warunkach, osiągając 92 metry. Przy wysokiej rekompensacie (11 pkt) pozwoliło to dodatkowo odrobić punkty do ściganych reprezentacji Finlandii i Francji, tyle że Biało-Czerwoni musieliby jeszcze wyprzedzić Włochów w ostatniej kolejce, by wystąpić w finałowej serii.
Nawet mając Kacpra Tomasiaka w optymalnej dyspozycji cel wydawał się wyjątkowo odległy. Jego 100,5 metra oznaczało solidny występ (gdyby to był konkurs indywidualny, znów atakowałby podium z piątej pozycji), ale zakończyło udział Polski.
Awans do finałowej serii nie był nawet blisko, zabrakło ponad 11 punktów, a przed Polską uplasowały się jeszcze Francja i Włochy. To bardzo bolesny wynik, ale dobrze obrazuje, jak bardzo rozwinęły się kobiece skoki narciarskie w innych krajach.

Słoweńcy bezkonkurencyjni w finale
Do finału awansowały reprezentacje Słowenii, Japonii, Norwegii, Niemiec, Austrii, USA, Chin i Finlandii. Trzy ostatnie drużyny nie miały realnych szans na miejsce medalowe. Niemniej sam awans Chin - absolutnie zasłużony - trzeba uznać za wielką niespodziankę tym bardziej, że w roli czwartego skoczka musiał występować kombinator norweski Ping Zeng.
O układzie podium w pierwszej serii decydował fantastyczny skok Rena Nikaido (103 m), odrodzenie Anze Laniska (102 m) po nieudanych zawodach indywidualnych, niezawodny Kristoffer Sundal (104 m), a także nowy kobiecy rekord skoczni Eirin Marii Kvandal (102 m), w połączeniu z rozczarowującym skokiem Julii Muehlbacher w barwach Austrii, która oddaliła drużynę z Alp od medalu.
Ostatecznie układu sił z pierwszej serii nikt nie zachwiał. Najlepsza okazała się ekipa Słowenii, w której nie było we wtorek słabego ogniwa. Niki Vodan i Prevc we wszystkich czterech próbach lądowały w okolicach setki, Anze Lanisek do 102 metrów z pierwszej serii dołożył 101 w drugiej. W tej sytuacji Domen Prevc w finale mógłby nawet zawalić, ale nic z tych rzeczy: 102 metry zapewniły mu pierwszy medal olimpijski w karierze, a Słowenii obronę złota z Pekinu.
Nie zawiedli też w komplecie skoczkowie Norwescy, na czele z Anną Odine Stroem (101 m w finale), skaczący wyjątkowo równo. Japończyków po brąz prowadził zaś niestrudzenie Ren Nikaido, który przyćmił Ryoyu Kobayashiego świetnymi skokami. Jego finałowe 101 metrów przesądziło.
Rzutem na taśmę o brąz dla Niemiec próbował zawalczyć Philipp Raimund, który po taktycznym obniżeniu belki skoczył 102,5. Tyle samo w drugiej serii poszybował wcześniej Felix Hoffmann, ale ich wysiłki nie pozwoliły dogonić Japończyków, brakło 0,8 pkt!
