"Sprawić, by Jorge był dumny": Jak Porto zamieniło tragedię w odkupienie i sięgnęło po tytuł?

Duch zespołowy był kluczowy
Duch zespołowy był kluczowyČTK / AP / Miguel Angelo Pereira

W Porto świętuje się coś więcej niż tylko krajowy tytuł; to potwierdzenie głębokiej przemiany. Po katastrofalnym roku zerowym, FC Porto prowadzone przez André Villas-Boasa i Francesco Farioliego zakończyło swoją drogę odkupienia. Od czystki w kadrze, przez tragedię Jorge Costy, po walkę bez napastników – oto szczegółowa analiza sezonu 2025/26, który przyniósł niebiesko-białym 31. tytuł mistrza kraju.

Przełom i "największe okno transferowe w historii"

Historia tego odkupienia zaczyna się po ogromnej porażce. Pierwszy rok prezydentury André Villas-Boasa (AVB) był sportowym koszmarem pod wodzą Vítora Bruno i Martína Anselmíego – zakończonym upokorzeniem po odpadnięciu w fazie grupowej Klubowych Mistrzostw Świata. Po odejściu dyrektora sportowego Andoniego Zubizarrety, AVB podjął ryzyko: całkowitą przebudowę kadry i zatrudnienie młodego, wymagającego Francesco Farioliego.

Obietnica została spełniona – w Porto odbyło się "największe okno transferowe w historii". W ramach gruntownej czystki z klubu odeszło 16 zawodników (przynosząc około 78 mln euro), a do zespołu dołączyło 11 nowych piłkarzy, co łącznie kosztowało 119 milionów euro. Wśród nich wyróżniały się definitywny wykup Samu (17 mln euro) oraz skorzystanie z opcji wykupu Nehuéna Péreza (13,3 mln euro). Cel był jasny: zamienić niestabilność na solidną i konkurencyjną strukturę.

"Sprawić, by Jorge był dumny"

Jedność drużyny została wykuta w bólu po tragicznej śmierci Jorge Costy. Zawodnicy i całe miasto zjednoczyli się wokół wspólnego celu, zamieniając żałobę w sportową motywację.

"Wygrać, by Jorge był dumny" – to niewidzialne hasło prowadziło zespół przez pierwszą połowę sezonu, w której FC Porto pozostawało samotnym liderem i niepokonanym w lidze aż do lutego.

Punkt wyjścia: mur i mistyka

Budowa nowego domu Porto zaczęła się od fundamentów. Farioli chciał solidnej bazy, ale los szybko go wystawił na próbę. Nehuén Pérez, który miał być filarem defensywy, doznał poważnej kontuzji i wypadł do końca sezonu. Ten problem przyspieszył wejście polskiego muru: Jana Bednarka i Jakuba Kiwiora.

Duet z Premier League od razu wskoczył do wyjściowego składu, a liczby mówią same za siebie: w 29 meczach FC Porto straciło tylko 13 goli, przez wiele miesięcy pozostając niepokonanym w lidze. Diogo Costa w bramce wreszcie miał ochronę, której wcześniej brakowało. Ta solidność była jednak nie tylko taktyczna, ale i emocjonalna.

Porządek Farioliego: Froholdt, Mora i pragmatyzm

W środku pola największą niespodzianką był transfer Victora Froholdta. Nieznany, uznany za drogiego (20 mln euro), 19-letni Duńczyk okazał się prawdziwym diamentem. Był maszyną do wysokiego pressingu, która nie zwalniała tempa.

Jego obecność w wyjściowym składzie wywołała pierwszą dużą sagę ery Farioliego: zarządzanie Rodrigo Morą. Klubowy talent musiał nauczyć się być rzemieślnikiem, zanim znów mógł być artystą. Intensywność Froholdta, Gabri Veigi i "szwajcarskiego scyzoryka" Pablo Rosario zabrała mu miejsce w składzie. W poprzednim sezonie był jedyną oazą na pustyni.

Pod koniec letniego okna transferowego Mora uronił łzy, pojawiły się plotki o transferze do Arabii Saudyjskiej, ale Farioli nie ugiął się pod presją mediów społecznościowych. Wymagał pracy i adaptacji. Mora został, zaakceptował rolę rezerwowego i ostatecznie stał się ważnym ogniwem, udowadniając, że struktura włoskiego trenera jest ważniejsza niż indywidualności.

Mapa kontaktów z piłką Froholdta i Rodrigo Mory
Mapa kontaktów z piłką Froholdta i Rodrigo MoryOpta

Styl gry nie był szczególnie efektowny. FC Porto grało cierpliwie, agresywnie w pojedynkach i szukało głębi przez Samu. Borja Sainz, określany jako prawdziwy "pies gończy", uosabiał ten styl: biegał więcej bez piłki niż z nią i nie był zbyt skuteczny (siedem goli w 44 meczach).

Poważna kontuzja Luuka de Jonga, doświadczonego "killera", który miał nękać zmęczone defensywy grą głową i ustawieniem, a przede wszystkim dawać odpoczynek Samu, sprawiła, że ciężar gry ofensywnej spadł na hiszpańskiego napastnika i zmusiła zespół do kolektywnego szukania bramek. Mimo to Holender miał kluczowy wkład, otwierając wynik w zwycięstwie 2:1 nad Sportingiem w czwartej kolejce.

Styczeń i luty: wzmocnienia i próba ognia

Zimowe okno transferowe przyniosło wzmocnienia na różne pozycje. Doświadczenie Thiago Silvy (41) dodało autorytetu w szatni i pewności w obronie, a siła fizyczna Seko Fofany oraz bezczelność młodego Oskara Pietuszewskiego (17) – z natychmiastowym efektem w debiucie – okazały się kluczowe w momentach ofensywnego zastoju. Z kolei Terem Moffi, również sprowadzony w styczniu, miał większe problemy z aklimatyzacją i zdobył tylko 2 gole w 15 meczach.

Luty był początkiem najtrudniejszego okresu. Seria bez porażki w krajowych rozgrywkach zakończyła się z Casa Pia (2:1, 2 lutego), a tydzień później "Smoki" doznały największego ciosu taktycznego: poważna kontuzja Samu w remisie (1:1) ze Sportingiem. Bez swojego najlepszego strzelca (19 goli), FC Porto weszło w fazę przetrwania i pokonało walczące o utrzymanie Nacional (0:1), Rio Ave (1:0) i Aroucę (3:1), zanim nadszedł gorący marzec.

Marzec oporu, kwiecień rzeczywistości

Pięć dni po porażce 0:1 ze Sportingiem w pierwszym meczu półfinału Pucharu Portugalii, "Smoki" pojechały na Estádio da Luz, gdzie mogły wykonać milowy krok: zwycięstwo oddalało "Orły" na 10 punktów, a "Lwy" na siedem. Drużyna Farioliego prowadziła do przerwy 2:0, ale w drugiej połowie zwolniła i Leandro Barreiro zdobył gola, który zatrzymał lidera tuż przed metą. Te trzy punkty okazały się kluczowe, zwłaszcza w kontekście nadchodzących spotkań: Stuttgart (wyjazd), Moreirense (dom), Stuttgart (dom), SC Braga (wyjazd), Famalicão (dom), Estoril (wyjazd).

Bardzo wymagające testy odporności zdane na piątkę: FC Porto wyeliminowało Stuttgart (4:2 w dwumeczu), a w lidze tylko w kwietniu niespodziewanie straciło punkty z Famalicão (2:2), tracąc gola w 90+9 minucie, po tym jak prowadziło od 90+2'. Poza tym – zwycięstwa z Moreirense (3:0), SC Braga (1:2) i Estoril (1:3).

Ten remis z Famalicão, 4 kwietnia, wydawał się otwierać walkę o tytuł, a kolejne starcie w Europie zachwiało wiarą nawet największych optymistów. "Smoki" podejmowały i zdominowały Nottingham Forest – w spotkaniu z niepokonanym mistrzem, trenerem Vítorem Pereirą – ale skończyło się pechowym remisem 1:1 po kuriozalnym samobóju Martima Fernandesa i świetnym występie Stefana Ortegi.

Po powrocie do ligi "niebiesko-biali" zdali egzamin w Estoril, wygrywając 1:3 i mogli spokojnie czekać na Klasyk Benfica – Sporting w następnej kolejce. Jednak wcześniej przyszedł kolejny cios: minimalna porażka w Nottingham (1:0), która wyeliminowała zespół w ćwierćfinale Ligi Europy, a mecz naznaczyła szybka czerwona kartka dla Jana Bednarka.

19 kwietnia można uznać za "dzień mistrzostwa". Kilka minut przed meczem z Tondelą, Estádio do Dragão eksplodowało radością po golu Rafy, który dał Benfice zwycięstwo w Alvalade (1:2) i mocno uderzył w marzenia Sportingu o trzecim z rzędu tytule. Porto zaczęło otwierać szampany po wygranej, która przyszła trudniej niż powinna z Tondelą (2:0).

Mimo ligowych zwycięstw kibice domagali się napastnika-goleadora: Deniz Gul nie trafił do siatki w lidze od października; Terem Moffi strzelił Stuttgartowi, ale w lidze zdobył gola tylko z Aroucą (27 lutego). Odpadnięcie z Pucharu Portugalii po bezbramkowym rewanżu ze Sportingiem (0:0) tylko wzmocniło te głosy, bo brakowało skuteczności w decydujących momentach i znów pojawiły się wątpliwości co do tytułu...

Tradycyjnie trudny wyjazd do Amadory mógł być prawdziwą przeszkodą, ale wreszcie pojawił się nieoczekiwany bohater: Deniz Gul. Trzeci napastnik, który przez miesiące był w cieniu i nie strzelał, wziął odpowiedzialność w najważniejszym momencie. Jego dublet z Estrelą przybliżył zespół do tytułu, a świetna interwencja Diogo Costy utrzymała prowadzenie (1:2). Tymczasem Sporting zaczął się sypać i zremisował z ostatnim AFS (1:1) oraz przedostatnią Tondelą (2:2) w zaległym meczu 26. kolejki.

Maj świętowania: Los zapisany dwójką

Pragmatyzm Farioliego, polski mur i konsekwencja Froholdta doprowadziły "Smoki" do tego momentu. Los chciał, by tytuł świętowano z numerem 2 w tle – wiecznym numerem Jorge Costy. W tym samym tygodniu, gdy André Villas-Boas świętuje dokładnie dwa lata prezydentury, potwierdza się jego największa inwestycja: 2 maja przestaje być zwykłą datą, a staje się dniem pełnego odkupienia.

Na boisku pragmatyzm nie zawiódł. W starciu z odważnym Alvercą, "Smoki" potrafiły cierpieć i czekać na swój moment, jak robiły to przez cały sezon. Uwolnienie przyniósł człowiek, który uosabiał bezpieczeństwo nowego FC Porto: Jan Bednarek. Po kapitalnym strzale głową polski stoper przypieczętował 31. tytuł i udowodnił, że w obliczu braku znakomitych napastników, siła tego mistrza tkwi w jego niezłomnej strukturze.

Przepowiednia AVB się spełniła; żałoba zamieniła się w chwałę. FC Porto znów jest mistrzem.

Najważniejsze postacie:

Równowaga w defensywie: Fundament całego sukcesu – duet Bednarek-Kiwior trzymał zespół w trudnych momentach, a Diogo Costa popisywał się znakomitymi interwencjami.

Victor Froholdt: Najbardziej regularny zawodnik sezonu, od sierpnia do maja utrzymywał wysoki poziom pressingu i odbiorów. Prawdziwy człowiek-orkiestra, niemal bezbłędny... mając zaledwie 19 lat.

Oskar Pietuszewski: Od debiutu w styczniu natychmiast wniósł świeżość i bezpośredniość. Szybkość, energia i kreatywność na skrzydle dały nowy impuls zmęczonej ofensywie. Został najmłodszym mistrzem w historii "niebiesko-białych".

Deniz Gul: Wierzył, pracował, świętował. Napastnik miał odejść przed sezonem, ale został, by walczyć o miejsce i "skorzystał" na problemach rywali. Mimo braku goli nie przestawał walczyć i okazał się kluczowy, asystując przy golu z Tondelą i strzelając dwa razy z Estrelą Amadora. Triumf wiary.

Kolektyw: Z sezonu na sezon zespół przestał szukać winnych, a skupił się na sobie. Zamknięci w swojej bańce, piłkarze wspierali się nawzajem, podnosili po błędach i cieszyli się z każdego gola, jakby był ostatnim krokiem długiego maratonu. To zasługa Farioliego i Villas-Boasa, którzy pozwolili trenerowi stworzyć dwie "wyjściowe jedenastki" i utrzymać niemal 30 zawodników skupionych na jednym celu.

Wil jij jouw toestemming voor het tonen van reclames voor weddenschappen intrekken?
Ja, verander instellingen