Wygrana w półfinale baraży z Albanią dała kibicom nadzieję, ale porażka ze Szwecją w ostatnich minutach po golu Viktora Gyokeresa brutalnie je przekreśliła. Polscy fani tym razem nie będą mogli podziwiać biało-czerwonych na powiększonym mundialu 2026 odbywającym się w Stanach Zjednoczonych, Meksyku i Kanadzie. Szkoda, bo przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do występów naszych piłkarzy na wielkich turniejach, choć często bez większych sukcesów. Warto jednak poznać historię uczestnictwa Polaków na mistrzostwach świata, bo w wielu edycjach byli oni budzącym respekt przeciwnikiem, a czasem nawet jednym z faworytów.
Mistrzostwa Świata 1938 we Francji
Piłkarska reprezentacja Polski w debiucie w mistrzostwach świata - w 1938 roku we Francji - rozegrała tylko jedno spotkanie, ale za to niezwykłe. W 1/8 finału - wówczas nie było fazy grupowej - przegrała z Brazylią po dogrywce 5:6, a cztery gole strzelił Ernest Wilimowski.
W niedzielę, 5 czerwca 1938 r., na Stade de la Meinau w Strasburgu, o godz. 17 rozpoczął się mecz Brazylia - Polska. To był debiut biało-czerwonych w piłkarskim mundialu.
Został on poprzedzony udanymi eliminacjami. W kwalifikacyjnym dwumeczu Polska okazała się lepsza od Jugosławii, półfinalisty mundialu z 1930 roku. 10 października 1937 r. w Warszawie zwyciężyła 4:0, a 3 kwietnia 1938 roku w Belgradzie uległa nieznacznie 0:1. Awans do MŚ nie był aż tak wielką niespodzianką, bo polski futbol miał przed wojną kilka pomyślnych sezonów. Dwa lata przed występem we Francji Polacy przegrali mecz o brązowy medal igrzysk olimpijskich z Norwegią tylko 2:3.
Na mecz w Strasburgu przyszło prawie 15 tysięcy widzów, zwabionych opinią o atrakcyjnej grze Brazylijczyków. Publiczność się nie zawiodła. Potyczka miała dramatyczny przebieg i trwała aż dwie godziny, a Polacy stawili opór rywalom i po regulaminowym czasie gry było 4:4. Sędzia zarządził dogrywkę. Od drugiej połowy spotkania padał deszcz, co sprzyjało Polakom, a nie lepszym technicznie Brazylijczykom. Ci nie mieli kołków w butach i ślizgali się niemiłosiernie. Rozsierdzony tym as zespołu Leonidas da Silva, późniejszy król strzelców turnieju, zszedł z boiska, zdjął buty, by je oczyścić z błota i wtedy narodziła się legenda, że ograł Polaków na bosaka. Regulamin jednak nie pozwalał na grę bez butów...
W butach czy bez Leonidas przesądził o wyniku tego meczu, strzelając w dogrywce dwa gole, a łącznie trzy. Na to Polacy zdołali odpowiedzieć tylko jednym. Strzelił go Wilimowski, który pod względem piłkarskich i strzeleckich umiejętności nie ustępował wirtuozom z Brazylii. W końcu przeciwnicy zmogli biało-czerwonych 6:5, ale niewiele brakowało do wyrównania, gdy Edward Nyc trafił w spojenie słupka i poprzeczki... Na rewanż za tę przegraną Polacy musieli czekać 36 lat - 1:0 w meczu o trzecie miejsce MŚ 1974 roku.
O Wilimowskim, bohaterze tego przegranego meczu, w którym - jako pierwszy w historii mistrzostw świata - uzyskał cztery gole, można było do 1990 roku przeczytać tylko w zestawieniach statystycznych. Powodem były pogmatwane losy tego gracza.
Urodzony w 1916 roku w śląskiej rodzinie w Katowicach, o boiskowym przydomku "Ezi", grał w reprezentacji jako lewy łącznik. Był niezrównanym dryblerem i strzelcem. Wychowanek klubu 1. FC Katowice już jako 17-latek został zawodnikiem Ruchu Wielkie Hajduki (dziś Ruch Chorzów), w którym występował w latach 1934-39 i zdobył z nim cztery tytuły mistrza Polski.
Nie mniej skuteczny był w reprezentacji Polski. Zadebiutował w 1934 roku, łącznie w 22 spotkaniach odnotował 21 trafień. Ostatni popis dał z Węgrami (wicemistrzami świata z 1938 r.), w meczu rozegranym tuż przed wybuchem wojny, 27 sierpnia 1939 w Warszawie. Polska wygrała 4:2, a Wilimowski zdobył trzy bramki.
Wcześniej, 21 maja 1939 r., w meczu ligowym Ruchu z zespołem Union-Touring Łódź strzelił 10 bramek (12:1).
Po wybuchu wojny przyjął niemieckie obywatelstwo i grał w barwach 1. FC Kattowitz i w innych klubach niemieckich, w tym w TSV 1860 Monachium. Włączono go nawet do reprezentacji Niemiec, w której rozegrał osiem spotkań (13 goli).
Na mundialu we Francji Polacy zyskali uznanie fachowców za udany debiut, a Wilimowski został "rezerwowym" w najlepszej jedenastce mistrzostw. Jednak po meczu musieli wracać do domu, bowiem turniej był rozgrywany systemem pucharowym. Ich rywale, Brazylijczycy, zakończyli zmagania na trzecim miejscu, wygrywając mecz o tę lokatę ze Szwedami 4:2.
Mistrzostwa Świata 1974 w RFN
Kiedy przed mistrzostwami świata w 1974 roku reprezentacja Polski przegrała sparing z VfB Stuttgart 1:4, krajowe media mocno skrytykowały piłkarzy Kazimierza Górskiego. Trener odpowiedział, że dopiero mundial pokaże prawdziwe oblicze drużyny. Nie mylił się. Jego zespół wkrótce zadziwił świat.
"Orły Górskiego" pokazały pazury już w eliminacjach mistrzostw świata, kiedy dzięki zwycięskiemu remisowi na Wembley (1:1) zablokowały drogę do turnieju finałowego Anglikom, którzy siedem lat wcześniej zostali najlepszą jedenastką globu.
W meczach towarzyskich poprzedzających MŚ reprezentacja Polski prezentowała się jednak poniżej oczekiwań kibiców. Dlatego wylosowanie w grupie Argentyny i Włoch wielu potraktowało jako zapowiedź niepowodzenia już na początku turnieju w RFN. Polska i Haiti to mieli być "chłopcy do bicia" dla piłkarskich potęg.
Już inauguracyjny mecz z Argentyńczykami pokazał jednak, jak Górski świetnie przygotował zawodników do mistrzostw. Polska wygrała 3:2, a później rozgromiła Haiti 7:0 i pokonała Włochy 2:1. Wtedy biało-czerwoni byli na ustach wszystkich. W kolejnej fazie skromnym 1:0 odprawili do domu Szwedów, a później pokonali Jugosławię 2:1.
Finał był w zasięgu ręki, ale by do niego dotrzeć, trzeba było pokonać gospodarzy. Niemcom do awansu wystarczył remis. W słynnym "meczu na wodzie" we Frankfurcie Polacy grali bardzo dobrze i mieli więcej sytuacji strzeleckich. Jednak po błędzie obrońców Gerd Mueller zdobył gola dającego gospodarzom finał (0:1).
W późniejszych wypowiedziach Górski nigdy nie krytykował decyzji sędziów, którzy zezwolili na rozegranie meczu w ekstremalnych warunkach.
"Przegraliśmy po równorzędnej walce z finalistą mistrzostw świata, którego ja typuję na zwycięzcę. Wpajam piłkarzom, że trzeba umieć przegrywać" – powiedział na konferencji prasowej.
Trener się nie pomylił. Niemcy zdobyli tytuł. W swoim ostatnim występie w mistrzostwach Polacy ponownie pokazali klasę - pokonali w meczu o trzecie miejsce broniących tytułu Brazylijczyków 1:0. Bramkę po rajdzie przez pół boiska zdobył Grzegorz Lato, który z siedmioma trafieniami został królem strzelców turnieju. Warto dodać, że drugi był w tym zestawieniu Andrzej Szarmach, który ze względu na kontuzję stawu skokowego nie zagrał z Niemcami.
"Często myślę o tym fatalnym meczu z RFN. Sami piłkarze niemieccy mówili później, że o ich zwycięstwie zdecydował przypadek. Ale przede wszystkim to spotkanie nie powinno się odbyć. W dzisiejszej piłce coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Nawet wtedy przy takich warunkach odwoływano mecze. Na zalanym boisku zupełnie nie dało się przyspieszyć gry. Technika nie miała znaczenia. Piłka uciekała jak na filmach rysunkowych. Niemcom remis wystarczał do finału. My musieliśmy wygrać, mieliśmy więc inne założenia, graliśmy inaczej" - wspominał po latach w rozmowie z PAP Lato.

"Mieliśmy okazje, żeby strzelić gola, ale ratował ich bramkarz. Ja w pierwszej połowie miałem sytuację sam na sam, piłka odbiła mi się od kolana, bramkarz wybił, Gadocha dobijał, ale ktoś go zablokował. Maier obronił też świetne uderzenia Deyny i Kmiecika. Bramkę straciliśmy przypadkowo. Szymanowski nieszczęśliwie odbił, piłka trafiła do Muellera i ten jakoś wbił ją do bramki" – relacjonował.
Jak jednak zaznaczył, polski zespół i tak zaszedł dalej niż się wszyscy spodziewali.
"Tylko trener Górski w nas wierzył do końca. W kraju - i nie tylko - mówili, że nie wyjdziemy z grupy. Miała liczyć się Argentyna i Włochy, a Polska i Haiti miały stanowić tło. Tego sukcesu już nikt nam nie zabierze. Zawsze w statystykach będzie, że Polska miała trzecie miejsce, a Lato był królem strzelców. A jak ktoś będzie chciał sięgnąć głębiej, to dowie się, jak efektowną, nowoczesną piłkę wówczas graliśmy" - nadmienił.
Jednym z odkryć turnieju był zaledwie 20-letni wówczas obrońca Władysław Żmuda.
"Nie było łatwo, bo przed mistrzostwami zagrałem tylko trzy oficjalne mecze w kadrze. Starsi mieli większe doświadczenie, grali w eliminacjach. Ale takim żółtodziobem to znowu nie byłem. Grałem regularnie w reprezentacji do lat 23, w juniorach i to o dwa lata z wyprzedzeniem. Czułem się pewnie, wierzyłem w siebie. Uważałem, że nie trzeba się bać, bo w sporcie nie ma na to miejsca" – przyznał po latach Żmuda.
"Przed mistrzostwami nie liczyłem, że znajdę się w szerokiej kadrze. A tu takie zaskoczenie. Widziałem, że w meczu z Argentyną ciąży na mnie duża odpowiedzialność. Gdybym zawalił, to cała kariera inaczej by się potoczyła. Bramka z Niemcami to moment nieuwagi, Mueller huknął i po sprawie. To był nasz jedyny duży błąd w tym meczu" – wspominał piłkarz, który w sumie w mundialach rozegrał 21 spotkań, najwięcej z Polaków w historii.
Mistrzostwa Świata 1978 w Argentynie
Polscy piłkarze na mundialu w Argentynie w 1978 roku dysponowali składem, o którym mówi się, że był najsilniejszy w historii biało-czerwonych. Nie zdołali jednak wywalczyć miejsca w pierwszej czwórce, co wówczas przyjęto z rozczarowaniem.
W meczach grupowych zespół prowadzony wówczas przez Jacka Gmocha zremisowała z broniącym tytułu zespołem RFN 0:0 na otwarcie turnieju, pokonała Tunezję 1:0 oraz Meksyk 3:1.
Drużyny, które wywalczyły awans, grały wtedy w drugiej fazie grupowej. Polacy trafili wyłącznie na rywali z Ameryki Południowej - z gospodarzami przegrali 0:2, pokonali Peru 1:0 i ulegli Brazylii 1:3.
Gmoch miał wówczas do dyspozycji piłkarzy, którzy cztery lata wcześniej zajęli trzecie miejsce w MŚ, ale także wracającego po ciężkiej kontuzji, nieobecnego na mundialu 1974 Włodzimierza Lubańskiego oraz nowe gwiazdy polskiego futbolu, na czele ze Zbigniewem Bońkiem.
W inauguracyjnym meczu z RFN Boniek wszedł na boisko w 79. minucie właśnie za Lubańskiego. Z dobrej strony pokazał się szczególnie w meczu z Meksykiem, gdy strzelił dwa gole.
"Moje pierwsze skojarzenie to optymizm i siła naszej drużyny, choć mówię o nastrojach jeszcze przed mundialem. A już na mistrzostwach, pamiętam, że najpierw przyjechaliśmy wieczorem do hotelu w Rosario, a następnego dnia do takiego centrum, gdzie był golf klub, boiska, spotykaliśmy się z dziennikarzami. Spędzaliśmy tam całe dni. Piłkarsko też dobrze pamiętam ten mundial. Kiedy jechałem na mistrzostwa, byłem wybrany 'piłkarzem wiosny' w Polsce, najlepszym zawodnikiem naszej ligi. Ale nie miałem pewnego miejsca w kadrze. Tam się to wszystko szatkowało" - wspominał Boniek w rozmowie z PAP.
Na mundialu w Argentynie okazało, że tak silny "na papierze" skład wcale nie musi oznaczać świetnych wyników.
"To był chyba nasz największy problem, że za dużo było ludzi do grania, a selekcjoner każdemu chciał dać szansę. A tak to nie funkcjonuje. Jednego dnia ławka rezerwowych, a następnego pierwszy skład. Raz ten, raz tamten. A to Boniek, a to Iwan, a to Szarmach, itd. To tej drużynie nie pomogło. Byliśmy szalenie silni, jednak z perspektywy czasu myślę, że 5-8. miejsce to wszystko na co było nas stać. Wiadomo, jaka była presja, żeby triumfowała Argentyna..." - dodał późniejszy prezes PZPN.

Inny z uczestników tamtejszego mundialu Wojciech Rudy z sympatią wspominał imprezę, kibiców i kraj goszczący wtedy najlepszych piłkarzy świata.
"Pamiętam wielką spontaniczność i sympatię, z jaką odnosili się do nas mieszkańcy Argentyny. Tak, jak to widać było w telewizji, na stadionach podczas meczów gospodarzy było prawdziwe piekło. Murawa zasłana była konfetti, serpentynami i do tego niesamowity doping, śpiewy. Piosenka 'Vamos, vamos Argentina' tak mi wpadła w ucho, że do dziś ją sobie czasem nucę. Z pewnością południowy temperament potęgował ten nieustający, żywiołowy doping" - wspominał w rozmowie z PAP Rudy, który większość kariery spędził w Zagłębiu Sosnowiec.
"Nie było wtedy takich środków bezpieczeństwa, jakie dziś towarzyszą imprezom tej rangi, co mistrzostwa świata. Normalnie poruszaliśmy się po ulicach, spotykając się z ciepłym przyjęciem gospodarzy. Byliśmy w różnych miastach i wszędzie było podobnie. Oni po prostu lubili Polaków. I to zresztą nie tylko podczas mundialu. Byliśmy w tym kraju przed oraz po mistrzostwach i za każdym razem było tak samo. Trzeba też dodać, że dużym wsparciem była dla nas, piłkarzy, argentyńska Polonia" - podkreślił.
Rudy odniósł się także do meczu z Argentyną i niewykorzystanego rzutu karnego przez Kazimierza Deynę.
"Być może argentyńscy piłkarze grali pod presją kibiców, myślących o mistrzostwie. Jednak my tego nie odczuliśmy. Przecież z gospodarzami, późniejszymi triumfatorami, rozegraliśmy bardzo dobry mecz. Gdyby padł dla nas gol z rzutu karnego, losy spotkania mogły się różnie potoczyć. O tym karnym wiele się mówiło. Z przymrużeniem oka należy potraktować doniesienia o jakichś niesnaskach, bójce wśród piłkarzy. To bajki. Niewykorzystanie karnego zdarza się najlepszym, a przecież Deyna był jednym z najlepszych. Pretensji nie było. Równie dobrze można było je mieć o dwa gole strzelone nam przez Mario Kempesa. Na pewno pozostała złość, ale jedynie sportowa, bo przegraliśmy ważny mecz" - podsumował Rudy, później sędzia międzynarodowy.
Mistrzostwa Świata 1982 w Hiszpanii
Przed mistrzostwami świata w 1982 roku polscy piłkarze przez wiele miesięcy nie rozgrywali towarzyskich meczów. W kraju był wówczas stan wojenny, ale mimo trudności drużyna Antoniego Piechniczka osiągnęła sukces, zajmując w Hiszpanii trzecie miejsce.
O mundialu w Hiszpanii można napisać, że dobry wynik rodził się w bólach. Ostatni mecz towarzyski przed turniejem biało-czerwoni rozegrali ponad pół roku wcześniej - w listopadzie 1981 roku w Łodzi przegrali z Hiszpanią 2:3. Brak wartościowych sprawdzianów rekompensowano sobie długimi zgrupowaniami oraz sparingami z drużynami ligowymi.
Początek turnieju zdawał się potwierdzać obawy kibiców. Dwa pierwsze spotkania Polska zremisowała, nie strzelając gola - 0:0 z Włochami i niespodziewanie 0:0 z Kamerunem.
"Mistrzostwom 1982 roku towarzyszyły obawy, bo jechaliśmy w nieznane, długo nie graliśmy meczów towarzyskich. Ale jak zaczynaliśmy turniej, byliśmy przekonani, że jesteśmy mocni. I po dwóch pierwszych meczach zaczęły się cztery dni niepewności. Pojawiło się ryzyko wczesnego odpadnięcia" - wspominał w rozmowie z PAP Zbigniew Boniek.
Remis z Włochami nie był złym wynikiem, ale identyczny rezultat z Kamerunem przyjęto z rozczarowaniem. Dopiero zwycięstwo nad Peru 5:1 rozwiało wątpliwości. A drużyna z Ameryki Południowej uchodziła za groźną.
"Oczywiście, gdyż Peru wówczas to m.in. Cubillas, Uribe, Velasguez, bramkarz Quiroga. Po pierwszej połowie było 0:0, ale później nasza niepewność przeszła w euforię. Zwycięstwa dają takie uczucie. Nastąpiła eksplozja przekonania, że jesteśmy silni i stać nas na dużo" - przyznał późniejszy prezes PZPN.
W 1982 roku po raz ostatni rozgrywano drugą fazę grupową. W niej Polacy pokonali Belgię 3:0 i zremisowali z Związkiem Radzieckim 0:0. Pierwszy mecz był popisem Bońka, strzelca wszystkich trzech goli. Czy to był najlepszy mecz w jego karierze?
"To chyba trochę przejaskrawienie. W dorosłej karierze byłem wysuniętym pomocnikiem, mogłem występować jako napastnik, defensywny pomocnik, a nawet środkowy obrońca. Mogłem być ustawiany naprawdę wszędzie, na prawej stronie, na lewej. W związku z tym rzadko strzelałem trzy gole. Nie byłem typowym napastnikiem, klasyczną 'dziewiątką'. Dlatego mecz z Belgią to taki mój bilet wizytowy, ale uważam, że było dużo spotkań, w których grałem podobnie" - tłumaczył Boniek.
Janusz Kupcewicz, zmarły w 2022 roku inny z piłkarzy tamtej reprezentacji, wspominając kilka lat temu w rozmowie z PAP kulisy mundialu w Hiszpanii i przygotowań do niego, zwrócił uwagę na fakt braku klasowych sparingpartnerów.
"Pod tym względem na pewno mieliśmy problemy. Mało która reprezentacja chciała przyjechać do nas w stanie wojennym. Ewentualnie mogliśmy wyjechać grać na jej terenie albo na terenie neutralnym, ale to wiązało się z kosztami. Przygotowania przebiegały w ciężkich warunkach, jednak na pewno nie mogliśmy narzekać na warunki, jakie - jak na tamte czasy - zostały nam stworzone przez PZPN" - przyznał Kupcewicz.

Zastrzegł jednocześnie, że warunki, w jakich przebywali polscy piłkarze już na mundialu, były bardzo ciężkie.
"Przede wszystkim chodzi o nasz pobyt trzytygodniowy, już po wyjściu z grupy, w Barcelonie, gdzie hotel był bez klimatyzacji, a temperatury sięgały nawet 40 stopni. Większość z nas kładła się spać o godzinie 3, 4 czy 5 rano, przykrywaliśmy się mokrymi prześcieradłami, które momentalnie schły" - wspominał.
Duże emocje pozasportowe wzbudzał podczas hiszpańskiego turnieju zremisowany bezbramkowo mecz Polaków z ZSRR, a taki wynik oznaczał awans biało-czerwonych do półfinału.
"Żaden z nas w politykę się nie bawił, dla nas najważniejsze było odniesienie sukcesu w mistrzostwach świata. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że mecz z ZSRR w tamtym okresie nie mobilizował nas bardziej niż przeciw innym zespołom, bo wiadomo, jaka była sytuacja. Nam bardzo zależało, żeby wyjść i wyprzedzić Związek Radziecki w grupie. I to nam się udało" - zauważył.
W półfinale biało-czerwoni przegrali z Włochami 0:2, a w meczu o trzecie miejsce pokonali grającą bez wielu czołowych piłkarzy Francję 3:2. Jedną z bramek zdobył właśnie Kupcewicz.
"Wiedzieliśmy, że możemy powtórzyć sukces z 1974 roku, ale był to mecz 'na dużym wysiłku', wyczerpaniu fizycznym każdego z nas" - nadmienił i dodał, że dały się we znaki trudy turnieju i wysokie temperatury panujące w Hiszpanii.
Mistrzostwa Świata 1986 w Meksyku
Mistrzostwa świata w Meksyku w 1986 roku były kolorowe, emocjonujące i toczone w ogromnym upale. Przekonali się o tym polscy piłkarze, którzy mecze grupowe rozgrywali w gorącym Monterrey. Zmęczeni odpadli w 1/8 finału, po porażce w Guadalajarze z Brazylią 0:4.
Przed mundialem w Meksyku zmieniono regulamin. Po wyjściu z grupy, czyli od 1/8 finału, obowiązywał już system pucharowy.
Biało-czerwonym, prowadzonym na drugim z rzędu mundialu przez trenera Antoniego Piechniczka, udało się awansować do tej fazy, choć dopiero z trzeciego miejsca, co wówczas było możliwe. W grupie zremisowali z Marokiem 0:0, pokonali Portugalię 1:0 po trafieniu Włodzimierza Smolarka i ulegli Anglii 0:3, gdy trzy gole strzelił Gary Lineker, czym na stałe wpisał się do historii polskiego futbolu.
W 1/8 finału czekała Brazylia, która nie dała szans Polakom, choć wynik 4:0 nie odzwierciedlał przebiegu spotkania. Biało-czerwoni pokazali wówczas sporo ciekawych akcji, do dziś wspomina się m.in. strzał przewrotką Zbigniewa Bońka czy potężne uderzenie w poprzeczkę Jana Karasia.
"Piekło Monterrey", wszechobecna policja i brazylijska samba - takie obrazki z mistrzostw w Meksyku zapamiętał Krzysztof Pawlak, wówczas obrońca reprezentacji Polski.
"Mistrzostwa świata to impreza najwyższej jakości i rangi, a możliwość uczestniczenia w niej była dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Jednak w Monterrey nie było czuć atmosfery mistrzostw. Stadiony, na których graliśmy, pozostawiały wiele do życzenia. Przez cały czas byliśmy praktycznie zamknięci w ośrodku. Do tego na każdym kroku towarzyszyli nam policjanci. Czy jechaliśmy na trening, czy szliśmy na basen, a nawet do toalety - wszędzie byli z nami" - wspominał w rozmowie z PAP Pawlak.
Jego zdaniem najgorsze były jednak upały, jakie panowały wówczas w Meksyku, gdzie w tym roku mundialu wróci po 40 latach.
"Określenie 'piekło Monterrey' wcale nie jest przesadzone. Między godzinami 12 i 14 mieliśmy zakaz wychodzenia na zewnątrz. Mecze rozgrywaliśmy o 16 czasu lokalnego. Przy tak ogromnym upale i wysokiej wilgotności powietrza, w pojedynku z Portugalią straciłem pięć kilogramów, a z Anglią schudłem pół kilo mniej. Największe kłopoty mieli ci piłkarze, którzy zostali wyznaczeni do kontroli antydopingowej. Nie byli w stanie oddać kilku kropelek moczu, nawet po wypiciu kilku piw" - przyznał.

Mecz z Brazylią, na którym Polacy zakończyli udział w MŚ, oglądał z ławki. Ale sama otoczka spotkania przywraca mu miłe wspomnienia.
"Dopiero w Guadalajarze można było poczuć, że jesteśmy na mundialu. Głównie za sprawą niesamowitych kibiców z Brazylii i ich ukochanej samby" - dodał.
O trudnych warunkach w Meksyku opowiadał PAP również lider tamtej reprezentacji Zbigniew Boniek.
"Było ciężko. W Meksyku od początku, gdy przylecieliśmy, nie myśleliśmy, żeby coś wygrać, tylko żeby się nie skompromitować i jak najpóźniej odpaść. To szalona różnica. Co innego jechać na turniej i myśleć, żeby zwyciężyć, a czym innym jest cel - nie przegrać. Męczyliśmy się strasznie od pierwszego do ostatniego meczu. Ale oprócz tego graliśmy całkiem dobrze. Nawet w przegranym 0:4 meczu z Brazylią przez 30 minut prezentowaliśmy się świetnie. Jedną z bramek rywale zdobyli z rzutu karnego, którego nie powinno być, bo faul miał miejsce przed polem karnym" - przyznał późniejszy prezes PZPN.
Jak dodał, również jemu temperatura dała się mocno we znaki.
"Okropność. Byliśmy zakwaterowani w Monterrey w jakiejś bursie, czymś w rodzaju akademika. Mieliśmy na każdy posiłek 350 metrów i 104 schody do pokonania. Za każdym razem…" - podkreślił.
Nie tylko jednak z powodu niekorzystnych warunków atmosferycznych nie udało się osiągnąć kadrze sukcesu.
"Nie byliśmy przygotowani logistycznie, ale chyba również mentalnie. Do futbolu zaczynała wchodzić nowa generacja piłkarzy, która 'atakowała', ale jeszcze nie grała. To nowe pokolenie - zdolne, dobre – było już, według mnie, symbolem innej Polski. Wkraczał kapitalizm, zaczynały się postawy nieco roszczeniowe. Dużo oczekiwań, a mniej dawania od siebie. Ci piłkarze mogli mieć roszczenia, bo byli znakomici, ale w sumie jeszcze nic nie zdobyli. I chyba niewielu z nich osiągnęło to, do czego byli predysponowani" - podsumował Boniek.
Na kolejny występ Polaków w mistrzostwach świata kibice musieli poczekać aż 16 lat.
Mistrzostwa Świata 2002 w Korei Południowej i Japonii
Prowadzeni przez Jerzego Engela polscy piłkarze wyruszali na mundial 2002 w Korei Południowej i Japonii z wielkimi nadziejami. Mieli stworzone świetne warunki, ale nie sprostali zadaniu. Odpadli już po dwóch pierwszych meczach - z Koreańczykami i Portugalczykami.
Po bardzo udanych eliminacjach apetyty kibiców były ogromne, a ambitnych planów nie ukrywał sztab szkoleniowy. Na dodatek los wydawał się dość łaskawy - Polacy trafi do grupy z Koreą Południową, Portugalią i USA.
Jak po latach wspominał ówczesny szef zabezpieczenia logistycznego reprezentacji Władysław Puchalski, polskim piłkarzom na mundialu w Azji niczego nie brakowało. Jego zdaniem biało-czerwoni w Tedzonie, gdzie mieszkali, mieli stworzoną "namiastkę Polski".
Puchalski przygotowania do mundialu rozpoczął w październiku 2001 roku. Wtedy - jak powiedział PAP - wyjechał do Japonii, by szukać bazy treningowej i noclegowej dla kadry Jerzego Engela.
"Odwiedziłem blisko 40 ośrodków. Wybrałem trzy miejsca, ale jak się później okazało, nie mogliśmy skorzystać z żadnego z nich, bowiem trafiliśmy do grupy z Koreą Południową i w tym kraju mieliśmy rozgrywać mecze. Tuż po losowaniu trener Engel wrócił do Polski, a ja musiałem szukać dla nas miejsca, gdzie w ciszy i spokoju mieliśmy przygotowywać się do meczów" – powiedział PAP Puchalski.

Ostatecznie wybór padł na miasto Tedzon, a właściwie jego przedmieścia.
"W marcu wszystkie szczegóły były już dopięte na ostatni guzik. Wiedzieliśmy dokładnie, ile np. będzie nas kosztowało pranie. Pamiętam, że była to kwota około trzech tysięcy dolarów. Do dyspozycji nasza kadra miała m.in. hotel, cztery boiska do treningu, salę gimnastyczną, siłownię, saunę, salę konferencyjną, stoły bilardowe, salę informatyczną z 20 komputerami, kanał telewizyjny, gdzie emitowane były polskie filmy, salę bankietową i kuchnię, którą zarządzał Robert Sowa. Tak naprawdę niczego nie brakowało" - zaznaczył Puchalski.
Ponadto polska ekipa - jak dodał - miała przydzielonych dwóch pracowników agencji ochrony. Mogła korzystać z dwóch limuzyn, busów i dwóch autokarów.
Puchalski odpowiedzialny był także za transport polskiej ekipy do Korei. Biało-czerwoni udali się do Azji rządowym samolotem. Na prośbę selekcjonera zamiast dwóch międzylądowań na uzupełnienie paliwa, było tylko jedno - w Nowosybirsku.
Logistycznie podołano zadaniu, natomiast inaczej było pod względem sportowym.
Już pierwsze spotkanie, ze współgospodarzami turnieju, pokazało, że polski zespół jest daleki od formy z jesieni 2000 czy wiosny i lata 2001 roku. Porażka 0:2 z dynamicznymi Koreańczykami skomplikowała sytuację w grupie D, a kolejna - 0:4 z Portugalią - wyeliminowała biało-czerwonych z dalszej rywalizacji. "Katem" kadry Engela okazał się Pedro Pauleta, strzelec trzech goli.
Na osłodę pozostał dobry występ w meczu "o honor" i w nieco przemeblowanym składzie ze Stanami Zjednoczonymi. "Rezerwejros", jak określił ich w piosence Maciej Maleńczuk, już po pięciu minutach prowadzili 2:0, a ostatecznie zwyciężyli 3:1. Trafienia zaliczyli Emmanuel Olisadebe, Paweł Kryszałowicz i w drugiej połowie Marcin Żewłakow.
Mimo porażki Amerykanie grali dalej, a biało-czerwoni wrócili do kraju, gdzie wkrótce doszło do zmiany selekcjonera. Jerzego Engela zastąpił Zbigniew Boniek, którego z kolei następcą niespełna pół roku później został Paweł Janas.
Mistrzostwa Świata 2006 w Niemczech
Porażki w dwóch pierwszych meczach, szybkie pożegnanie z turniejem, napięcia między selekcjonerem i dziennikarzami - mistrzostwa świata 2006 w Niemczech były nieudane dla polskiego futbolu. Z tarczą do kraju wracał jedynie Bartosz Bosacki, strzelec obu goli.
Po mistrzostwach świata 2002 w Korei Południowej i Japonii kolejny mundial - znów z udziałem biało-czerwonych - zapowiadał się dla kibiców przyjemnie. Nie dość, że mieli niedaleko na mecze, to na dodatek mogli liczyć na sportowy sukces.
Optymizm wzmogły udane eliminacje (aż osiem zwycięstw w 10 meczach, drugie miejsce w grupie za Anglią) oraz losowanie grup turnieju finałowego. Kadra Pawła Janasa trafiła na Niemcy, Ekwador i Kostarykę.
Zespół gospodarzy to silny rywal, ale Ekwador i Kostaryka wydawały się w zasięgu możliwości polskich piłkarzy. Na dodatek kilka miesięcy wcześniej - w listopadzie 2015 - podopieczni Janasa wygrali w świetnym stylu z przeciwnikiem z Ameryki Południowej 3:0 w towarzyskim spotkaniu w Barcelonie.
Wszystko zaczęło się jednak psuć kilka tygodni przed mistrzostwami. Mnóstwo kontrowersji wzbudził 23-osobowa kadra na turniej, ogłoszona przez selekcjonera w jednej z restauracji w centrum Warszawy. Ku ogromnemu zdziwieniu kibiców, mediów i... samych zainteresowanych w gronie powołanych zabrakło m.in. Jerzego Dudka, Tomasza Kłosa i Tomasza Frankowskiego. Gole tego ostatniego w dużej mierze przyczyniły się do awansu Polaków na mundial.
Niedługo później reprezentacja zagrała w Chorzowie towarzyski mecz z Kolumbią (1:2) i wielu kibiców na trybunach, delikatnie mówiąc, nie było zadowolonych z pominięcia w kadrze pochodzącego ze Śląska Dudka, czemu dali wyraz swoim dopingiem podczas spotkania.
Na domiar złego, stojący w drugiej połowie w bramce Tomasz Kuszczak puścił gola po wykopie piłki przez... bramkarza rywali Luisa Martineza z jego pola karnego. Gwizdy w Chorzowie stały się jeszcze głośniejsze...
Kadra Janasa wyjeżdżała do Niemiec w niezbyt dobrej atmosferze, która pogorszyła się jeszcze bardziej po pierwszym występie.
Biało-czerwoni zamieszkali niedaleko Hanoweru, w miasteczku Barsinghausen. Inauguracyjne spotkanie rozegrali 9 czerwca w Gelsenkirchen, z dobrze już znanym Ekwadorem. Ku zaskoczeniu kibiców przegrali 0:2 po golach Carlosa Tenorio i Agustina Delgado, co mocno skomplikowało ich sytuację w grupie.
Nastroje były fatalne, a oliwy do ognia dolała sytuacja, jaka miała miejsce dwa dni później. Dziennikarze oczekiwali przyjścia na konferencję prasową selekcjonera, aby zadać pytania o porażkę, tymczasem na spotkanie został delegowany... kucharz reprezentacji. W budowaniu atmosfery nie pomagało również coraz większe odseparowanie kadry od mediów, czego przykładem były zamykane treningi. Narzekali nie tylko dziennikarze, ale również licznie przyjeżdżający do Barsinghausen kibice.
Następnym rywalem byli 14 czerwca faworyzowani Niemcy (0:1). Na stadionie w Dortmundzie Artur Boruc dokonywał cudów w bramce, ale skapitulował w doliczonym czasie gry, gdy w jednej z ostatnich akcji gola wślizgiem strzelił Oliver Neuville.
Przed ostatnim meczem w grupie, z Kostaryką w Hanowerze (miasto niedaleko Barsinghausen) biało-czerwoni nie mieli już szans na awans. Powtórzyła się zatem sytuacja z mundialu w Korei Południowej.

W meczu "o honor" podopieczni Janasa zwyciężyli 2:1, a bohaterem okazał się powołany niemal w ostatniej chwili - w miejsce mającego problemy zdrowotne Damiana Gorawskiego - Bartosz Bosacki.
"Gdy nie otrzymałem powołania, czułem rozczarowanie, choć z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że nie jestem podstawowym zawodnikiem tej kadry i coś takiego może się zdarzyć. Był taki mecz kontrolny z Wyspami Owczymi i po nim selekcjoner powiedział mi, że 'widzimy się na zgrupowaniu'. Ale być może taki sygnał otrzymali wszyscy inni piłkarze" – wspominał w rozmowie z PAP Bosacki.
Sezon się skończył, a on zamiast odpoczywać dalej trenował indywidualnie.
"Kilka dni później, dzień przed zaplanowanym wyjazdem na wakacje, zadzwonił do mnie ówczesny asystent Janasa Maciej Skorża i spytał, czy jestem gotów przyjechać na zgrupowanie. Jedyną rzeczą, nad którą się wówczas zastanawiałem, było jak szybko jestem w stanie dostać się do Warszawy, by zdążyć na samolot, którym następnego dnia reprezentacja wylatywała na obóz. Ucieszyłem się, choć przez moment zastanawiałem się, czy koledzy mi jakiegoś żartu nie robią. Ale to nie był żart" – powiedział.
Obrońca, występujący wówczas w Lechu Poznań, odpłacił się dwoma golami. Jedynymi, jakie Polska uzyskała na mundialu w Niemczech i jednocześnie jedynymi, jakie Bosacki strzelił w drużynie narodowej.
"Od samego początku mówiłem, że te dwie bramki to taka łyżeczka cukru na dzbanek gorzkiej herbaty. Oczekiwania kibiców były większe, jeśli chodzi o zespół, i jeden zawodnik nie może być czy czuć się wygranym. Dzisiaj, z perspektywy lat, uważam, że sukcesem było już samo zakwalifikowanie się do mundialu. My nie byliśmy tak wysoko notowani, nie byliśmy żadnym faworytem. Dlatego braku awansu z grupy nie można traktować w kategoriach katastrofy. Nie takie drużyny odpadały po fazie grupowej..." - przyznał bohater meczu z Kostaryką.
Polska jako pierwsza drużyna odpadła z fazy grupowej MŚ. Już 21 czerwca, gdy wiele drużyn szykowało się do kolejnych meczów, biało-czerwoni - w ciszy, praktycznie anonimowo - wylatywali z lotniska w Hanowerze.
Powody do satysfakcji mógł mieć jedynie Bosacki. Przeszedł do historii jako jedyny piłkarz na tym mundialu, który - oddając więcej niż jeden strzał - za każdym razem trafił do siatki (dwie próby, dwa gole).
"Na pewno tych dwóch goli, które udało mi się strzelić, nikt mi nie zabierze i one będą sobie cały krążyć w różnych kronikach. Doskonale je pamiętam, jednego strzeliłem głową, drugiego nogą, oba padły po rzutach rożnych. Te bramki widziałem jeszcze wiele razy, ale muszę szczerze przyznać, że nigdy mi się nie udało obejrzeć tego meczu od początku do końca" - zauważył.
Po raz pierwszy od 1982 roku w półfinałach MŚ znalazły się wyłącznie kraje europejskie: Włochy, Francja, Niemcy i Portugalia.
Mistrzami świata zostali Włosi, którzy po dramatycznym meczu pokonali w finale w rzutach karnych Francuzów (po 90 minutach i dogrywce było 1:1).
Spotkanie przeszło do historii m.in. z racji wydarzeń w dogrywce. Sprowokowany przez Marco Materazziego słynny Zinedine Zidane (wybrany najlepszym piłkarzem turnieju) uderzył swojego rywala głową w klatkę piersiową i został ukarany czerwoną kartką. Wcześniej obaj piłkarze zdobyli w finale bramki.
Mistrzostwa Świata 2018 w Rosji
Występ polskich piłkarzy w mistrzostwach świata 2018 w Rosji nie różnił się od mundiali 2002 i 2006. Znów porażki w dwóch pierwszych meczach i szybki koniec złudzeń. Tym razem jednak zawód był większy - przecież w 2016 roku drużyna Adama Nawałki dotarła do ćwierćfinału Euro.
Historyczne zwycięstwo nad Niemcami 2:0 w Warszawie w październiku 2014 roku w eliminacjach mistrzostw Europy i udany występ w turnieju we Francji dwa lata później - biało-czerwoni odpadli w ćwierćfinale po rzutach karnych z późniejszym triumfatorem Portugalią - pozwalały coraz mocniej wierzyć w podopiecznych Nawałki.
Atutem tamtej reprezentacji były powtarzalność, wypracowane schematy i niemal żelazny skład. Wiadomo było, że Polska gra w ustawieniu 4-4-2, a podstawową jedenastkę można było wytypować bez kłopotu przed każdym meczem. Jeżeli później kontuzję leczył Arkadiusz Milik, stosowano z reguły wariant 4-2-3-1.
Ćwierćfinał Euro 2016, który miał być początkiem tłustych lat reprezentacji Polski, okazał się jej zmierzchem, przynajmniej w takim składzie osobowym. Przewidywalność kadry Nawałki zamieniła się na mundialu w Rosji w chaos.
Bardzo ważna, co pokazały kolejne miesiące, była porażka we wrześniu 2017 roku w eliminacjach MŚ z Danią w Kopenhadze aż 0:4. Z pozoru niezbyt istotna (Polska wciąż prowadziła w grupie), ale ówczesny trener Duńczyków Age Hareide przyznał wtedy, że wiedział, jak rozpracować polski zespół.
Wkrótce potem Nawałka, aby nie być łatwym do rozszyfrowania, zaczął próbować nowe ustawienie – z trójką środkowych obrońców. Eksperymentował już w listopadowych meczach towarzyskich z Urugwajem i Meksykiem, kontynuował poligon doświadczalny przed mundialem, ale – jak pokazały spotkania MŚ – nie zdążył. Na dodatek nie pomagały mu kontuzje, zwłaszcza Kamila Glika, który nie zagrał w pierwszym meczu mundialu, a w drugim wszedł w końcówce.
W Rosji we wszystkich spotkaniach Polski w grupie H – przegranych 1:2 z Senegalem i 0:3 z Kolumbią oraz wygranym na koniec na pocieszenie 1:0 z Japonią - rotacji było wiele, zmieniano również ustawienie w trakcie gry (z Senegalem). Selekcjoner próbował reagować po pierwszej porażce, dokonał czterech zmian personalnych przed starciem z Kolumbią, ale zespół nie funkcjonował prawidłowo, a rywale z rozpracowaniem biało-czerwonych nie mieli problemu.
Inna sprawa, że z Senegalem działy się rzeczy kuriozalne. Pierwsza bramka na stadionie Spartaka Moskwa padła po tym, jak piłka po strzale Idrissy Gueye odbiła się od Thiago Cionka i wpadła do siatki obok zdezorientowanego Wojciecha Szczęsnego.
"Stało się najgorsze, co może się stać na mistrzostwach świata – czyli kontuzja albo samobój. Niestety, przytrafiło mi się to drugie. Starałem się asekurować Wojtka. Rywal nie uderzył dokładnie, nie zdążyłem położyć nogi idealnie i… stało się" - przyznał po meczu załamany Cionek.

W 60. minucie Polacy popełnili bardzo kosztowny błąd. W stronę własnej bramki piłkę wycofał Grzegorz Krychowiak, ale nie zauważył wbiegającego na murawę, a opatrywanego wcześniej Mbaye Nianga. Nie widział go również, przynajmniej początkowo, Jan Bednarek. Napastnik rywali przejął piłkę, wyprzedził Bednarka, minął wybiegającego poza pole karne Szczęsnego i bez trudu trafił do pustej bramki.
Drużynę Nawałki stać było jedynie na honorowe trafienie Krychowiaka w końcówce meczu.
Kolejne spotkanie, z Kolumbią w Kazaniu, było więc dla biało-czerwonych meczem "o wszystko". Na boisku niepodzielnie rządzili jednak piłkarze z Ameryki Południowej. Zwyciężyli 3:0, a gole strzelili kolejno Yerri Mina, Radamel Falcao i Juan Cuadrado.
Sprawdził się zatem doskonale znany w XXI wieku schemat mundialowy - mecz o punkty, mecz o wszystko i mecz o honor.
Ten ostatni biało-czerwoni wygrali w Wołgogradzie z Japonią 1:0 dzięki bramce Bednarka, ale spotkanie zakończyło się dużym niesmakiem.
Japończycy – choć przegrywali 0:1 – około 10 minut przed końcem przestali atakować, a wkrótce, wygwizdywani coraz głośniej przez kibiców, zaczęli tylko podawać sobie piłkę na własnej połowie. Wynik rozgrywanego w tym samym czasie meczu Senegalu z Kolumbią (0:1) dawał im awans z drugiego miejsca do 1/8 finału i nie chcieli ryzykować, również z uwagi na żółte kartki. Tylko dzięki klasyfikacji zwanej... fair play okazali się bowiem lepsi od zespołu z Afryki.
Z kolei podopieczni Nawałki - zadowoleni ze skromnego prowadzenia - w ogóle nie atakowali Japończyków, stali na swojej połowie.
Zagraniczni dziennikarze i eksperci skrytykowali wówczas pasywną postawę obu drużyn. Końcówkę meczu nazwano "farsą".
"Co za ironia - Japonia jest wyżej w tabeli dzięki regule fair play, mimo że rozegrała najmniej sportowe 10 minut na tym mundialu. Gratulacje, FIFA, gratulacje" - napisał relacjonujący ten mecz jeden z brytyjskich dziennikarzy.
Najbardziej szkoda było mającego wówczas 100 występów w kadrze Jakuba Błaszczykowskiego, który przez kilka minut czekał w strefie zmian na wejście na boisko, lecz nie było żadnej przerwy w grze...
Biało-czerwoni z dorobkiem trzech punktów zajęli ostatnie miejsce w grupie H.
Mundial w Rosji sprawił, że bardzo szanowany przez media i kibiców Nawałka nagle stał się człowiekiem niechcianym w polskim futbolu. Zaczęto pisać o tym, że pogubił się w kadrowych wyborach, obrał złą taktyką, a piłkarze nie rozumieli jego poleceń.
Przed turniejem w Rosji obawiano się, że w lipcu ktoś z możnych futbolu "podkupi" polskiego selekcjonera. Po odpadnięciu Polaków wystarczyło jednak poczytać fora internetowe, żeby przekonać się, jak wiele zmieniło się w ciągu trzech tygodni...
Już po spotkaniu z Kolumbią Nawałka, którego kontrakt był ważny do końca MŚ, poinformował, że oddaje się do dyspozycji zarządu PZPN. Później spotkał się z ówczesnym prezesem Zbigniewem Bońkiem i ostatecznie poinformowano, że dojdzie do zmiany selekcjonera. Nowym został Jerzy Brzęczek.
Mistrzostwa Świata 2022 w Katarze
Polscy piłkarze na mundialu w 2022 roku po raz pierwszy od 36 lat wyszli z grupy, ale to nie uchroniło ich przed krytyką kibiców i mediów, a trenera Czesława Michniewicza - przed odejściem z kadry. Więcej niż o wynikach w Katarze mówiono o defensywnym stylu gry i zamieszaniu wokół reprezentacji.
Michniewicz objął funkcję selekcjonera pod koniec stycznia 2022, zastępując Portugalczyka Paulo Sousę, który miesiąc wcześniej poprosił o rozwiązanie kontraktu, by przenieść się do Flamengo Rio de Janeiro.
Nowy trener kadry miał trudne zadanie - już w marcu walczył w barażach o awans na mundial, ale sobie poradził, również za sprawą wydarzeń pozasportowych. Półfinał biało-czerwoni przeszli bez konieczności gry, ponieważ reprezentacja Rosji, z którą mieli zmierzyć się w Moskwie, została wykluczona za agresję tego kraju na Ukrainę, a w finale pokonali w Chorzowie Szwedów 2:0.
Następnie Michniewicz utrzymał drużynę w najwyższej dywizji Ligi Narodów i w dobrych nastrojach, przynajmniej tak się wydawało, przystępował do rozgrywanego późną jesienią mundialu w Katarze.
Nietypowy termin najważniejszej piłkarskiej imprezy na świecie - wynikający głównie z chęci uniknięcia wysokich temperatur w Katarze - sprawił, że piłkarze jechali na turniej praktycznie z marszu, kilka dni po meczach w swoich ligach.
W pierwszym spotkaniu w fazie grupowej biało-czerwoni 22 listopada zremisowali z Meksykiem 0:0, choć mieli dużą szansę zwycięstwa. W 58. minucie Robert Lewandowski nie wykorzystał rzutu karnego, jego strzał obronił Guillermo Ochoa.
Kapitan reprezentacji zrehabilitował się cztery dni później. W rywalizacji z Arabią Saudyjską ustalił w 82. minucie wynik na 2:0; do przerwy drużyna Michniewicza prowadziła po golu Piotra Zielińskiego. Tym razem to rywale nie wykorzystali "jedenastki", skuteczną interwencją popisał się Wojciech Szczęsny.
30 listopada doświadczony golkiper znów obronił rzut karny. I to wykonywany przez słynnego Lionela Messiego. Druga skuteczna interwencja Szczęsnego przy "jedenastce" na jednym mundialu oznaczała wyrównanie osiągnięcia Jana Tomaszewskiego z MŚ 1974.
Wprawdzie Polacy przegrali z późniejszymi mistrzami świata 0:2, po golach w drugiej połowie Alexisa Mac Allistera i Juliana Alvareza, ale po raz pierwszy od 1986 roku awansowali do 1/8 finału mistrzostw świata. Zajęli drugie miejsce w grupie C (4 pkt) i wyprzedzili lepszą różnicą bramek trzeci w tabeli Meksyk, który w ostatniej kolejce pokonał Arabię Saudyjską tylko 2:1.
Podopieczni Michniewicza przełamali więc wszystkie schematy polskich mundiali w XXI wieku.
Po raz pierwszy w tym stuleciu nie przegrali swojego meczu otwarcia, następnie wygrali pierwsze spotkanie MŚ, które nie było jedynie o honor, a na koniec - również wbrew tradycji - przegrali ostatni mecz w grupie. Wygrane na "otarcie łez" w 2002 roku z USA, w 2006 z Kostaryką i w 2018 z Japonią nic jednak nie dawały, a tutaj porażka oznaczała... awans.
W 1/8 finału Polska zmierzyła się z broniącą tytułu Francją i przegrała 1:3. Tuż przed przerwą gola dla "Trójkolorowych" strzelił Olivier Giroud, a w końcówce mocnymi uderzeniami popisał się niesamowity Kylian Mbappe. Honorowe trafienie, swoje drugim w tym mundialu, zaliczył w ostatnich sekundach z rzutu karnego Lewandowski. Jego pierwszy strzał obronił Hugo Lloris, ale francuski golkiper zbyt wcześnie wyszedł przed linię, więc sędzia zarządził powtórkę. Tym razem Lewandowski się nie pomylił.

Po meczu Michniewicz rozpamiętywał szczególnie sytuację z 38. minuty, gdy Lloris popisał się świetną interwencją i zatrzymał strzał Zielińskiego w środek bramki.
"Bardzo żałuję. Pomimo tego, że Francja miała przewagę i swoje sytuacje, to ten mecz mógł się potoczyć różnie, gdybyśmy pierwsi zdobyli bramkę" - dodał.
"Trójkolorowi" dotarli do finału, ale w nim - mimo aż trzech goli Mbappe - przegrali w rzutach karnych z Argentyną. Po 90 minutach było 2:2, a po dogrywce 3:3.
Trzecie miejsce zajęła Chorwacja, która pokonała 2:1 Maroko. Piłkarzom z Afryki na pocieszenie pozostał fakt, że jako pierwsi w historii z tego kontynentu dotarli do czołowej czwórki mundialu.
Reprezentacja Polski osiągnęła w MŚ najlepszy wynik od 1986 roku, lecz selekcjoner zebrał sporo krytyki za defensywną, zachowawczą grę w dwóch meczach fazy grupowej (z Meksykiem i Argentyną).
Na niekorzyść Michniewicza działała też tzw. afera premiowa i - jak szeroko informowały media - nieporozumienia w drużynie przy podziale ewentualnej nagrody za awans z grupy, którą miał obiecać piłkarzom ówczesny premier Mateusz Morawiecki. Selekcjoner zaprzeczał informacjom dziennikarzy, ale doniesienia o kiepskiej atmosferze w kadrze i wokół niej mocno popsuły wizerunek reprezentacji, który i tak nie był najlepszy w poprzednich latach.
"Przepraszam kibiców za tzw. aferę premiową, za to, że jako kapitan w odpowiednim momencie tego nie powstrzymałem" - przyznał trzy miesiące później Lewandowski, na konferencji przed meczem z Czechami w Pradze w eliminacjach mistrzostw Europy.
Kolejną sporną kwestią w grudniu 2022 roku stały się nieporozumienia na linii Michniewicz - Jakub Kwiatkowski, który pełnił wtedy funkcję rzecznika PZPN i team menedżera reprezentacji. Nieoficjalnie wiadomo, że ówczesny trener kadry miał zastrzeżenia do Kwiatkowskiego, chodziło mu m.in. o brak odpowiedniej komunikacji. Po stronie team menedżera miała opowiedzieć się część piłkarzy.
Atmosfera wokół kadry gęstniała. Krótko przed Wigilią PZPN poinformował, że z dniem 31 grudnia 2022 Michniewcz przestanie pełnić funkcję selekcjonera. Wcześniej federacja nie skorzystała z klauzuli umożliwiającej jednostronne przedłużenie kontraktu.
W styczniu 2023 prezes PZPN Cezary Kulesza, aby uciszyć wzburzoną opinię publiczną, postanowił wybrać zagranicznego trenera z dużymi sukcesami. Postawił na Fernando Santosa, który z reprezentacją Portugalii wygrał mistrzostwa Europy (2016) i Ligę Narodów (2019), a wcześniej prowadził Greków.
Szybko okazało się jednak, że to nie był trafny wybór i już we wrześniu 2023 roku PZPN rozstał się z doświadczonym Portugalczykiem.
