Lądowanie w USA okazało się znacznie twardsze niż sądzono dla Roberta Lewandowskiego. Choć reprezentant Polski z marszu wszedł do pierwszego składu, to w dwóch lipcowych meczach nie zdobył żadnego gola. Co gorsza, Chicago Fire przegrało oba, tracąc aż sześć bramek.
To były jednak mecze wyjazdowe, a nocą z 1 na 2 sierpnia polskiego czasu Fire pojawiło się w końcu na Soldier Field, by zagrać z Charlotte. Przy licznej obecności polskich kibiców napastnik wreszcie otworzył swoje konto w barwach Fire.
Jego pierwszy gol padł w 20. minucie, gdy ustawiony tyłem do bramki Philip Zinckernagel zgrał piłkę głową po wrzutce Jonathana Bamby. Lewandowski przyjął tuż przed polem karnym, poprawił pozycję i technicznym uderzeniem po ziemi zmieścił piłkę tuż przy słupku. To była doskonała odpowiedź na trafienie Pepa Biela z Charlotte dwie minuty wcześniej.
Choć do końca pierwszej połowy nie miał już żadnej kolejnej okazji, a kontakty z piłką zbierał z dużym mozołem, Lewandowski okazał się niezwykle przydatny dla drużyny i został po przerwie. Seryjnie wygrywał pojedynki o piłkę, zaliczył też jedno kluczowe podanie, zanim uaktywnił się pod bramką gości po upływie godziny. Najpierw Polak uderzał niecelnie głową w 66. minucie, by dwie minuty później podwoić swój dorobek.
Piłkę w tercję rywali wprowadził lewą stroną Andrew Gutman, który dośrodkował, a Robin Lod krótko dograł do Lewandowskiego wchodzącego w pole karne. Doszedł do linii pola bramkowego i wpakował piłkę pod słupek mimo obecności Morrisona Agyemanga, który już drugi raz nie uratował golkipera gości przed strzałem 37-latka.
Weteran nie miał jeszcze dość i w 72. minucie uderzał po raz czwarty w meczu, tym razem piłka została zablokowana. I choć został na placu gry do końca spotkania, to skończyło się na dwóch trafieniach. Zapewniły bardzo cenną wygraną nad bezpośrednim rywalem w tabeli wschodniej konferencji MLS, który w przypadku wygranej wyprzedziłby Chicago.

