Warszawianie nie wygrali 11. kolejnego ligowego spotkania, jednak z podziału punktów w Trójmieście powinni być zadowoleni. W 90. minucie przegrywali bowiem jeszcze 0:2, a remis uratował im Antonio Colak, który zameldował się na boisku dopiero w 74. minucie.
"Kilka słów to za mało, aby opisać ten szalony mecz. Mieliśmy spotkanie pod kontrolą, graliśmy nieźle i stwarzaliśmy sytuacje, a po pierwszym stałym fragmencie rywali tracimy gola. Kolejne dwie sytuacje, w tym tę z drugą bramkę, to Arka stworzyła sobie po naszych stałych fragmentach. Kiedy przegrywaliśmy 0:2, wydawało się, że jest po nas i koniec" – stwierdził Papszun.
Zauważył, że jego zespół walczył do końca i w trudnym momencie pokazał duży charakter.
"Zarzucano drużynie, że brakuje jej charakteru i traci bramki w końcówkach, a teraz było odwrotnie. Uratowaliśmy remis, bardzo cenny, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. Gdybyśmy przegrali ten mecz, byłoby u nas duże rozczarowanie. W naszej sytuacji ten punkt musimy przyjąć. Oczywiście nie jesteśmy zadowoleni z remisu, ale uwzględniając przebieg spotkania, optymistycznie trzeba podejść do tematu" – dodał.
Colak zdobył bramki w 90. oraz w czwartej minucie doliczonego czasu w bliźniaczy sposób – strzałami głową po centrach z prawej strony z rzutów rożnych Ermala Krasniqiego.
"Skuteczna okazała się gra na dwóch napastników i postawa Colaka. Powiedziałem w szatni chłopakom, że życie oddało jego codzienną pracę i dobre nastawienie. To zawodnicy z ławki nas uratowali. Był to dobry mecz w naszym wykonaniu. Biorąc też pod uwagę stan boiska i przeciwnika, który jest bardzo dobrze zorganizowany. Arka to jedność i jest bardzo dobrze nastawiona. Gdynia to mega trudny teren" – ocenił.
51-letni szkoleniowiec dostrzegł w tym spotkaniu wiele pozytywów w postawie swojego zespołu, głównie w postaci odwrócenia losów meczu oraz determinację.

"Dużo dała nam również młodzież, bo wprowadziłem debiutanta Kovacika, do tego Żewłakowa i Urbańskiego, czyli wychowanków Legii, którzy to dźwignęli i w trudnym momencie pomogli zespołowi, a mamy problemy zdrowotne. Nasza sytuacja nadal nie jest jednak za ciekawa" – podkreślił trener legionistów.
Z kolei szkoleniowiec Arki Dawid Szwarga uznał, że w końcówce żółto-niebiescy za łatwo stracili obie bramki, które zamazały obraz ich gry, determinacji i poświęcenia dla drużyny, które były na najwyższym poziomie.
"Kończymy ten mecz niezadowoleni, jest żal i niedosyt. Od 70. minuty zabrakło nam konsekwencji, graliśmy zbyt prosto, a pod bramką przeciwnika za łatwo pozbywaliśmy się piłki, traciliśmy ją, dzięki czemu wracała pod nasze pole karne. Legia jest nisko w tabeli, ale ma swoją jakość i potrafi zdominować rywala. Duże słowa uznania dla zawodników za to jak pracowali i realizowali zadania oraz dla kibiców, którzy dali nam mnóstwo energii" – przyznał.
35-letni trener jest zdania, że jego drużyna nie powinna dopuścić do dwóch ostatnich rzutów rożnych, po których Legia zdobyła bramki.
"Końcówka meczu ma to do siebie, że wszyscy wchodzą w pole karne, nawet Kacper Tobiasz zawędrował pod naszą bramkę. Dochodzi do chaosu, w którym trzeba się odnaleźć. Zabrakło też dobrego ataku na piłkę. Jako zespół musimy lepiej zarządzać końcówką spotkania i być konsekwentnym niezależnie od tego czy prowadzimy 2:0, czy przegrywamy 0:2" – podsumował.
Po ostatnim gwizdku obaj szkoleniowcy, którzy współpracowali w Rakowie Częstochowa, serdecznie się wyściskali.
