Wisła Kraków - Śląsk Wrocław (2:1)
Spotkanie rozpoczęło się od celnego strzału głową w wykonaniu Ieltsina Camoesa, które było jednak zbyt słabe, by mogło sprawić problemy Marcelowi Łubikowi. Po chwili po drugiej stronie boiska odpowiedział Elie Youan, choć Karol Niemczycki również nie musiał się zbytnio wysilać, by zatrzymać jego strzał.
Obrońcy Śląska nie wyciągnęli jednak wniosków z tego ostrzeżenia, gdyż tuż po upływie pierwszego kwadransa gospodarze objęli prowadzenie. Kacper Duda w efektowny sposób minął obrońcę na prawym skrzydle i posłał płaskie podanie w pole karne, gdzie czekał już Angel Rodado, wbijając piłkę do siatki. Hiszpan tym samym po raz trzeci w tym sezonie otworzył wynik meczu.
Wydawało się, że goście natychmiast ruszą do odrabiania strat, ale mieli spore problemy z wykreowaniem dogodnych okazji. Wystarczy wspomnieć, że pierwszą połowę zakończyli z zaledwie dwoma strzałami, w tym jednym celnym Camoesa. Wisła prób miała aż 13, choć tylko trzy w światło bramki.
Na początku drugiej odsłony wciąż przewagę miała "Biała Gwiazda". Świetną okazję na podwyższenie prowadzenia zyskał Duda, ale futbolówka po jego strzale sprzed szesnastki przeleciała tuż obok słupka. Wkrótce potężne uderzenie oddał Marko Bozić, jednak Niemczycki po raz kolejny wykazał się refleksem.
Trener Ante Simundza postanowił zareagować i dokonał kilku zmian. Szybko okazało się, że były to trafne wybory, bo w 76. minucie Śląsk wyrównał właśnie po akcji rezerwowych - Eniss Shabani w efektowny sposób urwał się spod opieki defensorów, a jego podanie na środek pola karnego sprytnym strzałem wykończył Adam Ciucka.
W końcówce gra straciła na płynności, za to sędzia musiał pokazać kilka żółtych kartek, w tym jedną trenerowi Mariuszowi Jopowi. Jego zawodnicy nie zamierzali jednak odpuszczać i w 92. minucie dali kibicom powód do wielkiej radości, kiedy po rzucie wolnym uderzeniem głową bramkarza zaskoczył Alan Uryga. Śląsk nie miał nawet okazji odpowiedzieć, arbiter wysłuchał tylko potwierdzenia od VAR o braku spalonego i zakończył rywalizację. Bramka obrońcy zapewniła więc drużynie piąte zwycięstwo w sezonie.

Widzew Łódź - Wieczysta Kraków (2:2)
Widzew Łódź, choć dwukrotnie prowadził z Wieczystą Kraków, nie zdołał odnieść pierwszego zwycięstwa na własnym stadionie w tym sezonie piłkarskiej ekstraklasy. Inauguracyjne spotkanie 9. kolejki zakończyło się remisem 2:2. Drużyna gości pozostaje bez ligowej wygranej pod wodzą chorwackiego szkoleniowca Żeljko Kopicia.
W piątek Łodzian po raz pierwszy przed własną publicznością poprowadził Mateusz Stolarski. Nowy szkoleniowiec w konfrontacji z beniaminkiem wystawił taki sam skład, jak w debiucie z Legią Warszawa (1:1), po którym jego piłkarze zebrali sporo pochwał. Spotkanie z przedostatnim zespołem w tabeli również rozpoczęli bardzo dobrze i szybko mogli otworzyć wynik. W 2. minucie w dobrej sytuacji po zagraniu Mariusza Fornalczyka znalazł się Giannis Papanikolaou, lecz strzał Greka był zbyt lekki, by zaskoczyć powołanego do reprezentacji Polski Mateusza Kochalskiego.
Później gospodarze zdominowali Krakowian, którzy w tym meczu zmienili taktykę, oddając rywalom inicjatywę. Piłkarze trenera Stolarskiego stwarzali kolejne okazje i objęli prowadzenie w 19. minucie. Do własnej bramki piłkę skierował chorwacki obrońca Wieczystej Antonio Milić, który niefortunnie przeciął mocne dogranie w pole karne swojego rodaka z Widzewa Stipe Biuka.
Goście mieli bardzo duże problemy ze skonstruowaniem ataku i w kolejnych minutach w zasadzie ograniczali się do obrony. Beniaminka przed stratą kolejnych bramek ratował Kochalski. 26-letni bramkarz dwukrotnie skutecznie interweniował, m.in. w 34. minucie w dużym zamieszaniu pod własną bramką, a kilka minut później miał duży udział przy wyrównującym golu. Golkiper wykopnął piłkę za połowę boiska, gdzie po błędzie Marcela Krajewskiego przejął ją Lucas Piazon. Brazylijczyk w sytuacji sam na sam z Bartłomiejem Drągowskim – dość niespodziewanie, biorąc pod uwagę przebieg spotkania – doprowadził do remisu.
Niewiele też brakowało, aby Krakowianie schodzili na przerwę prowadząc, ale w 43. minucie będącego w dobrej sytuacji Hiszpana Jose Antonio de la Rosę zatrzymał Drągowski.
Druga połowa zaczęła się od ataków Widzewa, jednak w bramce gości nadal dobrze spisywał się Kochalski. Piłkarze Wieczystej nie ograniczali się już jednak tylko do defensywy, przez co mecz zrobił się bardziej wyrównany i otwarty. W akcjach Łodzian brakowało finalizacji, za to po jednym z szybkich kontrataków przyjezdnych w bardzo dobrej sytuacji znalazł się Norweg Tobias Christensen, ale nie trafił w bramkę. Z kolei w 61. min przy strzale Matusa Vojtko świetnie interweniował Drągowski.
Bardziej skuteczny okazał się obrońca Widzewa Mario Garcia. W 65. min po zbyt krótkim wybiciu przez jednego z obrońców Wieczystej piłka trafiła do Hiszpana, który popisał się precyzyjnym trafieniem. Widzew znów był bliżej pierwszej wygranej w Łodzi, jednak Wieczysta odpowiedziała w 80. min, wykorzystując rzut wolny. Po dośrodkowaniu Szwajcara Petara Pusica do wyrównania strzałem głową doprowadził Milić.
W końcówce to goście wykazywali większą ochotę do zdobycia gola, ale mecz zakończył się podziałem punktów. To był już szósty remis Łodzian w tym sezonie.

