W poniedziałkowy wieczór spotkali się dwaj regionalni rywale, którym towarzyszył jeden cel: uciec od strefy spadkowej. W lepszej sytuacji byli faworyzowani gospodarze, Radomiak po zmianie trenera pozostaje niewiadomą.
Sprawdź szczegóły meczu Wisła Płock - Radomiak Radom
Żwawy początek obfitował w zmiany kierunku gry, za to bez finalizacji. Wisła nie cofała się do niskiej obrony, chcąc szybko zatrzymywać przyjezdnych z południa. Problemem była jednak ofensywa Nafciarzy, która początkowo nie miała wkładu w mecz. Dopiero w 10. minucie Zan Rogelj oddał pierwszy strzał, kierując piłkę w trybuny.
To okazało się sygnałem ostrzegawczym dla gości, ponieważ Wisła zaczęła szukać kolejnych okazji do ataku. W 14. minucie spotkania Afonso Silva poprowadził szybką akcję, której finalizację ułatwiły pechowe błędy rywali. To zawodnicy Radomiaka niechcący oddali piłkę Juricy Prsirowi przed odsłoniętą bramką, a ten się nie pomylił i pod koniec kwadransa otworzył wynik.
Radomianie szukali szybkiej odpowiedzi, lecz strzał Guilherme Luiza z 20. minuty został zablokowany. Choć nie była to wielka okazja, to o kolejnej Zieloni mogli tylko pomarzyć. Grająca kompaktowo obrona Wisły udaremniała kolejne próby z łatwością i pod koniec pierwszych 45 minut nawet kilka podań na połowie rywali było dla Radomiaka wyczynem.
Za to pod bramką Radomiaka działo się sporo. W 40. minucie Kun po dograniu Sekulskiego trafił do siatki, ale sędzia Daniel Stefański gola nie uznał, bo Sekulski pchnął Zie Ouattarę przed dograniem. Kun zupełnie przypadkiem zaliczył jeszcze uderzenie z główki w poprzeczkę doliczonym czasie, ale i tak był spalony.
Nie tylko wynik, przede wszystkim gra Radomiaka wymagała poprawy po przerwie. Tyle że nawet największe nazwiska w kadrze gości zawodziły i John Carver sięgnął po trzy zmiany. Mimo to dopiero w 78. minucie goście zdołali wypracować celny strzał. Po sprytnym dograniu Rafał Wolski huknął z bliska, zablokowany przez wychodzącego imiennika Leszczyńskiego.
Na tym etapie Radomiak wyglądał coraz pewniej na połowie rywali, długo utrzymując się w ofensywie. Gospodarze – zwłaszcza po bolesnej kontuzji Olafa Kobackiego (wszedł w 70. minucie, zszedł w 83.) – starali się głównie dotrwać bez straty gola, co okazało się balansowaniem na krawędzi.
W 89. minucie Grzesik urwał się lewą stroną i obrońcy byli o włos od samobója, a siedem doliczonych minut brzmiało jak wyrok dla Wisły. Romario Baro widział piłkę w bramce, jednak nogami zatrzymał ją Leszczyński. Nawet wprowadzenie Filipa Majchrowicza w pole karne nie uratowało jednak gości – przegrali i zostają w strefie spadkowej.

