Na imponującym stadionie Soldier Field, który zespół Fire dzieli z lokalną drużyną futbolową Chicago Bears, zasiadł niemal komplet 63 094 widzów, bijąc klubowy rekord frekwencji. W dużej mierze stało się to dzięki Messiemu. Choć wśród kibiców w czerwonych koszulkach "Strażaków” wiele było dziewiątek z nazwiskiem Lewandowskiego, to jeszcze godziny przed meczem na ulicach Chicago dominowały biało-niebieskie trykoty Argentyny i jaskraworóżowe Interu z nazwiskiem Messiego.
"W jakimkolwiek mieście Messi się nie pojawi, to wyprzedaje wszystkie bilety. Lewandowski ma podobny efekt w niektórych miejscach, zwłaszcza tych z dużą Polonią, ale jednak pod względem rozpoznawalności nie jest to ten sam poziom" - powiedział PAP Alex Calabrese, dziennikarz oficjalnego portalu MLS.
Polonia i Polacy na Soldier Field również stawili się tłumnie. I to nie tylko z Chicago. Aż z Detroit przyjechali Franciszek i jego synowie Jakub i Maks.
"Nic takiego, to tylko pięć godzin jazdy" - machnął ręką Maks. Jak dodał, pokonali taki kawał drogi, by zobaczyć w akcji polską gwiazdę.
"No na pewno więcej kibiców przyjeżdża teraz na mecze w Chicago. Właściwie Polaków najwięcej. To była dobra decyzja, że Lewandowski tu przyszedł" - skomentował Franciszek.
O ile synowie przyjechali w koszulkach biało-czerwonych, to tata - jak tysiące innych kibiców - miał na sobie trykot Interu z nazwiskiem Argentyńczyka. "Byłem na meczu w Miami i kupiłem" - tłumaczył i dodał jednak, że nie ma wyraźnych sympatii klubowych, a przyjechał zobaczyć po prostu dobry mecz.
Jeszcze większy dystans pokonali Dorota i Marek, którzy przyjechali z... Torunia.
"Marek ma urodziny i syn zafundował bilety na mecz" - wyjaśniła Dorota. Jak przyznała, od przyjścia Lewandowskiego do Fire, mimo różnicy czasu śledzi, poczynania polskiego gwiazdora.
"Na początku mu nie szło, ale teraz się rozkręca. Myślę, że będzie jeszcze lepiej" - dodał Marek.
Mimo licznej reprezentacji kibiców Messiego, pojedynek Fire z Interem nie miał atmosfery meczu wyjazdowego. Przez cały mecz o głośny doping dbali ultrasi "Strażaków”, wśród których wyróżniali się ci z polskimi flagami. Na każde zagranie Lewandowskiego podnosiła się wrzawa, zaś kiedy Polak czubkiem buta skierował piłkę do bramki Interu, stadion wybuchł i to niemal dosłownie, bo za bramkami wystrzeliły wielkie kolumny ognia. Być może jeszcze głośniej zrobiło się, gdy Polak niemal pobił się z jednym z obrońców Miami. "Le-wan-do-wski!” - krzyczeli kibice.
"Wiadomo, że zagłuszymy tych "plastików” od Messiego" - skomentował Mariusz w czerwono-białej koszulce z dziewiątką. "A "Lewy” pokazał, że też wcale mu nie ustępuje" - dodał.
Frank Klopas - legenda Fire, były gracz i szkoleniowiec - liczy na to, że Lewandowski na nowo zmobilizuje chicagowską Polonię.
"Kiedy graliśmy tu z "Kosą” (Romanem Koseckim), Jerzym (Podbrożnym) i Piotrem (Nowakiem), regularnie przychodziło po 50 tys. ludzi, w większości Polaków. Musimy do tego wrócić" - zaznaczył.
Podobną nadzieję wyraził obecny trener ekipy Chicago Gregg Berhalter.
"Widzieliśmy, że przeżyli świetne doświadczenie, więc mam nadzieję, że wielu z tych polskich fanów przyjdzie z powrotem w niedzielę. To będzie wieczór pierogów za darmo!" - zażartował. "Wystarczy pokazać polski paszport, to jedyny warunek" - dodał.
