Polscy kibice w Planicy pojawili się tłumnie już w piątek, w sobotni wieczór karnie stawili się na pożegnanie z wielkim mistrzem, a sam Kamil Stoch w niedzielny poranek otrzymał szansę na ostatnie skoki w karierze.
Dał mu ją niejako Kacper Tomasiak, nie pojawiając się na liście startowej w słoweńskim ośrodku. Dziś bowiem tylko 31 skoczków przystąpiło do ostatnich zawodów sezonu 2025/26, a to oznaczało, że tylko jeden miał nie skakać w serii finałowej.
Pożegnanie Stocha skromne, a poruszające
Długo wydawało się, że będzie to właśnie Stoch, który jako pierwszy nie doskoczył do punktu konstrukcyjnego. Jego próba na 193 metry oznaczała 111,6 pkt. Dopiero jeszcze większe problemy Felixa Hoffmanna „zwolniły” Polaka z ostatniego miejsca i zapewniły udział w finale z 30. miejsca. Czy tak powinien żegnać się wielki mistrz? Ponad 30 tysięcy widzów na Letalnicy wiwatowało na wieść, że jednak wystąpi w finale i byli gotowi powitać go jako pierwszego w drugiej serii.
Po dwóch Pucharach Świata, trzech Turniejach Czterech Skoczni i czterech medalach olimpijskich zasłużył na tę wrzawę nawet po ostatnim skoku na 190 metrów z belki specjalnie zmienionej na 14. Sygnał do startu dała mu żona Ewa, po lądowaniu uśmiechnął się do publiczności, a dzieci z jego szkółki Eve-nement Zakopane utworzyły pożegnalny szpaler. W takiej atmosferze można kończyć nawet na 30. miejscu! Po 22 latach dwóch miesiącach i 12 dniach zakończyła się kariera, która milionom Polaków dostarczyła nieskończonych wzruszeń.
Wiatr dał radość, a pod koniec pierwszej serii zepsuł zawody
Rozpoczęty z 10. belki niedzielny konkurs bardzo szybko nabrał rumieńców do tego stopnia, że konieczna była interwencja w długość rozbiegu… a nawet dwie. Za półmetkiem stawki rozbieg skrócono do 8. stopnia, co wymusił wiatr wiejący mocno pod narty, który zapewnił należyty rozmach kolejnym próbom.
Pierwszym wielkim punktem niedzieli był lot Andreasa Wellingera, który otrzymał komplet perfekcyjnych not od sędziów za osiągnięcie 238,5 metra. Ostatecznie nie wystarczyło to na czołówkę przed finałem, bowiem tyle samo poszybował Mariusz Lindvik po skracaniu rozbiegu i on także od każdego jurora dostał po 20 punktów.
To właśnie Norweg trzymał się na czele, gdy zmiana warunków przed najlepszymi skoczkami skłoniła organizatorów do powrotu na 10. stopień rozbiegu. Ofiarą ciszy na rozbiegu padł Stephan Embacher (202,5 m), a jego skok oznaczał czwartą zmianę długości rozbiegu, która nie uratowała Laniska, Nikaido, Tschofeniga i Ryoyu Kobayashiego. Dopiero ostatni Domen Prevc przeskoczył skocznię, choć 240,5 metra dało tylko trzecie miejsce, za Lindvikiem i Forfangiem.
Prevc bez rekordu, Lindvik
W serii finałowej organizatorzy mogli nabawić się wrzodów od walki z wiatrem, próbując puszczać kolejnych zawodników w możliwie zbliżonych warunkach. Szybko wybił się „poszkodowany warunkami” w pierwszej próbie Ren Nikaido, który lotem na 227 metrów odrobił kilka lokat.
Z szampańskich nastrojów publika przeszła do okrzyku niedowierzania, gdy Daniel Tschofenig huknął 238 metrów i jako trzeci w niedzielę otrzymał komplet dwudziestek. Austriacką radość podtrzymała pożegnalna próba 40-letniego Manuela Fettnera na 230 metrów i to dwaj Alpejczycy trzymali się na czele przed najlepszą dziesiątką. Rozdzielił ich następnie Karl Geiger (227 m), ale Tschofenig zanotował – nomen omen – skok aż o 10 lokat!
Dopiero Domen Prevc strącił go z pierwszego miejsca, lecąc 229,5 metra i zapewniając sobie podium. Zwiększył presję na Forfangu, który po lądowaniu 10 metrów bliżej musiał się pogodzić z wyższością Słoweńca. Tłum zareagował euforią i miejscowi liczyli, że wyprzedzi także Mariusa Lindvika.
Tymczasem Norweg pofrunął 231 metrów i nie pozwolił Prevcowi wyrównać rekordu liczby zwycięstw (15) w jednym sezonie! Zupełnie nieoczekiwanie pokonał faworyta publiczności i po raz dziewiąty w karierze wygrał konkurs Pucharu Świata. To jednocześnie pierwszy konkurs wygrany przez któregokolwiek z Norwegów w tym sezonie. Oczywiście ostatecznie Słowenia i tak ma co fetować, dominacja Prevca w klasyfikacji generalnej jest niepodważalna.
