Zespół z Torunia przyjechał na rewanż finału play-off z 20 punktami zaliczki i był o krok od obrony mistrzostwa. Trener Sparty Piotr Protasiewicz zapowiadał co prawda walkę o złoto, ale wszyscy we Wrocławiu byli świadomi, że szanse na odrobienie strat są niewielkie. Sytuacje komplikowała jeszcze mocniej absencja Bartosza Kowalskiego, za którego w składzie znalazł się Nikodem Mikołajczyk.
Już w pierwszym wyścigu Protasiewicz musiał zastosować zmianę i za Mikołajczyka posłał innego juniora Marcel Kowolik na tor, ale ten przyjechał ostatni. Chwilę później w biegu młodzieżowców Kowolik ponownie przywiózł "zero" i po minięciu mety wściekle uderzał w kierownicę, bo nawet nie nawiązał walki.
Torunianie od początku byli świetnie spasowani do toru i szybcy na dystansie. I tyczyło to także juniorów. Na zakończenie pierwszej serii oczy były zwrócone na Macieja Janowskiego i Mikkela Michelsena, a świetnie spod taśmy wyszedł młody Antoni Kawczyński i pewnie zwyciężył. To była trzecia z rzędu wygrana 4:2 gości i w dwumeczu mieli już 26 punktów przewagi.
Pierwsze drużynowe zwycięstwo gospodarze odnieśli w biegu szóstym i to od razu podwójnie, ale za chwile Robert Lambert i Patryk Dudek przywieźli cztery punkty. W sumie drugą serię udało się Spartanom wygrać, ale nadal przegrywali (20:22), a do końca meczu pozostawało tylko osiem biegów.
Poza Artiomem Łagutą żaden z gospodarzy nie miał w tym momencie "trójki" na koncie. Można było odnieść wrażenie, że gospodarzom zupełnie nie pasuje tor. Wrocławski owal do tej pory słynął z tego, że jest wiele ścieżek do wyprzedzania, ale w niedzielę tego brakowało. Żużlowcy po starcie ustawiali się przy krawężniku i jak była jakaś mijanka, to dlatego, że ktoś popełnił błąd i odszedł za bardzo na zewnętrzną.
Stadion Olimpijski, który cały czas wierzył, zupełnie zamarł po biegu ósmym. Australijczyk Brady Kurtz na ostatnim łuku się zachwiał, stracił prędkość i pierwszy na linię mety wpadł Michelsen.
Sparta miała jeszcze szanse na odrobienie strat, ale tylko iluzoryczne, a dwa wyścigi później sprawa złota została już rozstrzygnięta definitywnie.
Gospodarze musieli wygrać bieg 5:1, ale udało się tylko zremisować i w całym meczu było 32:28 dla Torunian. Nawet gdyby Sparta pozostałe biegi zwyciężyła podwójnie, nie miała szans na odrobienie strat.
Żadna z drużyn nie zamierzała odpuszczać i walka o zwycięstwo w meczu trwała do ostatniego biegu. W nim nowy indywidualny mistrz świata Lambert stoczył świetną walkę z Kurtzem. Australijczyk atakował, ale Brytyjczyk się skutecznie bronił, dowiózł trzy punkty i zapewnił swojej drużynie minimalną wygraną 46:44.
