Po raz jedenasty Hiszpan zagrał w finale szczecińskiego challengera. Dwukrotnie szans na zwycięstwo szukali Alberto Martin i David Sanchez. W 2018 roku sztuka nie udała się Alejandro Davidovichowi-Fokinie, który właśnie startował do światowej kariery.
Nie udało się to wielkim gwiazdom światowego tenisa: Janowi Carlosowi Ferrero, Davidowi Ferrerowi, Felixowi Mantilli, Alexowi Coretji i wielu innym hiszpańskim mistrzom. Sztuki tej dokonał ten, na którego niezbyt liczono. Przyjechał do Szczecina jako 233. zawodnik singlowego rankingu ATP. Nigdy wcześniej nie był notowany w drugiej setce. W poniedziałek awansuje w okolice 150. miejsca.
"Jestem szczęśliwy i dumny z tego, że to właśnie ja wygrałem tutaj turniej, tym bardziej wiedząc, jacy Hiszpanie grali tutaj przede mną i im się ta sztuka nie udała" – mówił po przełamaniu "hiszpańskiej klątwy" Sanchez Izquierdo.
Obaj tegoroczni finaliści po raz czwarty grali w Szczecinie. Doświadczenie przemawiało za Monteiro. Brazylijczyk w poprzednich edycjach zawsze grywał w Szczecinie jako rozstawiony. Jednak nigdy nie zdołał przebrnąć drugiej rundy. Z kolei Sanchez Izquierdo nigdy wcześniej nie wygrał na kortach przy al. Wojska Polskiego ani jednego meczu. Tym razem, aż do finału nie oddał ani seta.
To Monteiro miał trudniejszą drogę do finału, grając dwie trzysetówki. Zwłaszcza pojedynek ćwierćfinałowy z Diego Dedurą, który rozstrzygnął się tie-breakiem po 3 godzinach i 10 minutach kosztował zawodnika z Ameryki Południowej ogromnie dużo energii.
Wszystkie sety w meczu finałowym miały podobny przebieg. W pierwszej fazie jeden z graczy zdobywał punkt z przełamania i ten jeden breakpoint wystarczył, by rozstrzygnąć partię.
Pierwszy tej sztuki dokonał Brazylijczyk, który w trzecim gemie premierowej partii wygrał gema przy serwisie rywala, oddając mu tylko jedną piłkę. Potem to właśnie leworęczny Monteiro kreował grę. Zmieniał tempo, dużo grał rywalowi na bekhend, spychając go do głębokiej defensywy.

W drugiej partii Hiszpan zdołał wygrać gema przy podaniu Brazylijczyka. Wprawdzie trochę pomógł mu pech rywala (pęknięty naciąg przy ważnej piłce). Znowu jednak okazało się to wystarczające przełamanie, by doprowadzić do seta trzeciego. Jednak tym razem Brazylijczyk popełniał sporo niewymuszonych błędów.
Decydująca partia ponownie rozpoczęła się od przełamanego serwisu Brazylijczyka już w trzecim gemie. I gdy wydawało się, że dobrze znany scenariusz się powtórzy, w 10. gemie Brazylijczyk obronił dwie piłki meczowe, i sam przy trzecim breakpoincie wyrównał rywalizację na 5:5.
O wszystkim decydował tie-break, który miał niesamowity przebieg. Na początku serwis kompletnie opuścił Brazylijczyka. Sanchez Izquierdo objął prowadzenie 6:1, by przegrać pięć kolejnych piłek mistrzowskich. Publiczność skandowała pomiędzy każdą akcją imiona obu graczy.
W końcu przy ósmym w tym spotkaniu meczbolu mieszkający w Barcelonie Bask mógł uklęknąć z rękami uniesionymi w górę.
"Pełne trybuny, niesamowita atmosfera. Wspaniale się dzisiaj grało. Nawet gdy w tie-breaku traciłem przewagę, to ani przez moment nie straciłem wiary, że w końcu wygram piłkę meczową" – podsumował hiszpański mistrz.
Wynik finału:
Nikolas Sanchez Izquierdo (Hiszpania) – Thiago Monteiro (Brazylia) 4:6, 6:3, 7:6 (8-6)
