Mistrz US Open z 2016 roku, obecnie zajmujący 127. miejsce w rankingu, początkowo nie otrzymał dzikiej karty do turnieju singlowego mężczyzn. Jednak po kilku dniach protestów ze strony kibiców jego nieobecność została naprawiona i ostatecznie przyznano mu miejsce w drabince.
Kiedy Amerykanin z dziką kartą Patrick Kypson wycofał się z powodu kontuzji, Wawrinka otrzymał telefon w środę późnym wieczorem z potwierdzeniem, że znalazł się w turniejowej drabince.
"To mój ostatni Wielki Szlem w karierze, więc oczywiście będzie to wyjątkowe, gdy wyjdę na kort. To pewne" – powiedział 41-letni Szwajcar dziennikarzom w Flushing Meadows w sobotę.
"Na pewno to poczuję. To oczywiste. Ale jestem bardzo podekscytowany. Jestem szczęśliwy. Cieszę się, że mam tę szansę, by być tutaj po raz ostatni".
Były numer trzy światowego rankingu w tym roku wystąpił w Australian Open, Roland-Garros i Wimbledonie dzięki dzikim kartom. Choć nie prezentuje już najwyższej dyspozycji, to rozegrał w sezonie niejeden intensywny pojedynek, z jakich jest znany.
Wawrinka przyznał, że gdy marzył o byciu czołowym tenisistą, postanowił, że o ewentualnych żalach pomyśli dopiero po zakończeniu kariery.
"Myślę, że zrobiłem wszystko, by być najlepszą wersją tenisisty, jaką mogłem. Przez te wszystkie lata zawsze dawałem z siebie wszystko na korcie i poza nim. Dzięki temu jestem w zgodzie ze sobą" - powiedział.
"Wiem, że nie mogłem zrobić więcej. Wiem, że wykorzystałem każdą szansę, jaką miałem. Oczywiście mam drobne żale. Oczywiście jest wiele meczów, w których chciałbym zmienić wynik, ale ostatecznie, jak już mówiłem, myślę, że jestem w zgodzie ze sobą".
