37-letni rozgrywający z Warszawy rozegrał swój najlepszy mecz w drużynie narodowej. Do poniedziałku rozegrał w niej 60 spotkań i zdobył 154 punkty. W Tauron Arenie Kraków był najlepszym strzelcem zespołu, w 22 minuty zdobył 18 punktów, trafiając sześć z siedmiu rzutów z dystansu, do tego dodał zbiórkę, pięć asyst, cztery przechwyty, przy dwóch stratach.
"Cieszę się bardzo z występu całej drużyny. To był trudny mecz. Na pewno w pierwszej połowie niewiele nam wychodziło, nie oszukujmy się" – skomentował.
W sytuacji, gdy w pierwszej połowie Mateusz Ponitka grał tylko niespełna sześć minut, to rozgrywający AMW Arki Gdynia wcielił się w rolę lidera i kapitana drużyny. Wyprowadził ją na prowadzenie 46:44 czwartym z rzędu celnym rzutem za trzy tuż przed przerwą, a po zmianie boisk trafił dwie ważne "trójki", które dały pewność zespołowi.
"Cieszę się. Nie zrobiłem nic, czego nie robiłem przez całą swoją karierę. Nie zawsze jest tak, że Mateusz Ponitka, Michał Sokołowski, Jordan Loyd czy Jerrick Harding ciągną drużynę. Inni też muszą się podłączyć. Dziś mieliśmy zróżnicowany atak, bo oprócz mnie punkty dorzucał chociażby Dominik Olejniczak" – zauważył.
W czwartej kwarcie przy próbie złapania rywala na faul ofensywny Łączyński musiał zejść z boiska, ale jeszcze wrócił do gry w końcówce.
"Pachwina boli, ale taki jest sport zawodowy, że po meczu, w którym daje się 110 procent na pewno jeszcze długo wszystko będzie bolało" – przyznał uszczęśliwiony zawodnik, który po meczu cieszył się ze zwycięstwa razem z synem.
Łączyński jest jednym z pięciu zawodników obecnej drużyny – obok Ponitki, Sokołowskiego, Olejniczaka i Aleksandra Balcerowskiego - którzy grali w 2019 roku w mistrzostwach świata w Chinach. Wszyscy mają szansę awansować na przyszłoroczny koszykarski mundial w Katarze.
"Teraz też się szykujemy, ale to jeszcze daleka droga. Na razie najważniejszy jest odpoczynek".
