Spurs odrobili stratę 14 punktów w czwartej kwarcie, notując serię 14:0, i na chwilę objęli prowadzenie jednym punktem, zanim wszystko się posypało.
Wembanyama był kluczowy w tej pogoni, ale dwa decydujące pudła – w tym niecelny rzut na zwycięstwo – oraz niezrozumiała strata po podaniu w plecy Stephona Castle’a pogrzebały nadzieje Spurs na wygraną.
„Wciąż mam mętlik w głowie” - powiedział o tych akcjach. „Właśnie w tym tkwi cały problem. Muszę zachować więcej zimnej krwi, mieć większą kontrolę nad grą”.
Na 9,5 sekundy przed końcem, przy remisie 104:104, Wembanyama posłał podanie, którego Castle w ogóle się nie spodziewał.
„Patrzyłem na niego, gdy tylko zebrał piłkę z tablicy” - powiedział. „Zacząłem ruszać do przodu, żeby zrobić mu miejsce do kozłowania. Nie widziałem, że podaje do mnie”.
San Antonio miało jeszcze szansę na zwycięstwo, ale ostatni rzut Wembanyamy odbił się od obręczy.
Powiedział, że po wznowieniu gry dostał dokładnie taki rzut, na jaki liczył, ale piłka nie wpadła do kosza.
„Oczywiście, podobał mi się ten rzut” - przyznał. „W takich momentach trzeba rzucać, żeby zdobyć punkty".
Castle dodał, że nie ma innego zawodnika, którego Spurs woleliby widzieć w tej sytuacji niż Wemby.
„Oddawał ten rzut już tysiąc razy" - stwierdził Castle. „W tym sezonie już raz wygrał mecz takim rzutem".
Spurs potrzebują teraz bezprecedensowego powrotu, bo seria przenosi się do Nowego Jorku na mecze trzy i cztery. Żadna drużyna NBA nie przegrała dwóch pierwszych meczów finałów u siebie i nie sięgnęła potem po trofeum.
„Musieliśmy wygrać ten mecz” - powiedział Wembanyama. „To był nasz mecz. Ale teraz już po wszystkim. Czy będę tego żałował? Tak, oczywiście. Czy wykorzystam to jako motywację dla siebie i dla nas w kolejnym meczu? Zdecydowanie”.
