EKSKLUZYWNY WYWIAD: Marcos Senna typuje Hiszpanię w gronie faworytów mistrzostw świata

Marcos Senna (po prawej) z reprezentacją Hiszpanii
Marcos Senna (po prawej) z reprezentacją HiszpaniiJOE KLAMAR / AFP

Marcos Senna w rozmowie wyłącznie dla Flashscore wspomina sukcesy odniesione z Hiszpanią na EURO 2008 oraz dzieli się oczekiwaniami wobec drużyny narodowej prowadzonej przez Luisa de la Fuente przed mundialem 2026.

Urodzony w Brazylii piłkarz w swobodnej rozmowie szczegółowo wraca do swojej imponującej kariery – od początków na najwyższym poziomie, przez grę w La Liga w barwach Villarreal, które przeszło do historii, po wskazanie głównych rywali mistrzów Europy przed mundialem i wiele innych wątków.

Marcos, zacznijmy od Corinthians. Jak ważny był to okres dla Ciebie jako młodego piłkarza? Byłeś częścią klubu, który zdobył mistrzostwo Brazylii w 1999 roku i Klubowe Mistrzostwo Świata w 2000. Jak bardzo to środowisko ukształtowało Twoją mentalność na resztę kariery?

Zapomniałeś jeszcze o wygraniu Paulista. Corinthians był dla mnie bardzo ważny. Myślę, że to było spełnienie marzeń w moim życiu.

Oczywiście, gdy piłkarz zaczyna karierę zawodową, marzy o grze w wielkim klubie. Corinthians był pierwszym dużym klubem, w którym grałem. Dla mnie to było spełnienie marzeń, wszystko potoczyło się tak, jak sobie wyobrażałem jako dziecko.

Wygrałem mistrzostwo Brazylii zaraz po przyjściu, Klubowe Mistrzostwo Świata, zagrałem w finale Copa do Brasil, który przegraliśmy na Morumbi i to było dla nas bardzo trudne, na koniec zdobyłem też Paulista.

Nie udało mi się wygrać Copa Libertadores z Corinthians, ale czułem, że w tym okresie zrobiłem bardzo ważny krok w karierze i byłem bardzo szczęśliwy. Corinthians na zawsze pozostanie w moim sercu.

Co najbardziej zapamiętałeś z atmosfery szatni Corinthians w tamtym czasie? To było miejsce, gdzie trzeba było szybko dojrzeć, by przetrwać i zdobyć szacunek.

To była szatnia pełna liderów, ludzi z ogromnym doświadczeniem, wielu lat w piłce, z kapitanami jak Freddy Rincon.

Byli tam Vampeta, Marcelinho, Dida, Luisao, Edilson... a ja, jako młody nowicjusz, chciałem się od nich uczyć. I rzeczywiście, nauczyłem się bardzo dużo od tej drużyny i w tamtym okresie. Było tam wiele silnych osobowości.

Oczywiście, ma to swoje minusy, gdy się przegrywa, ale na szczęście trafiłem do szatni, w której wygrywaliśmy, a wielkie nazwiska uczyły nas, młodszych. To były naprawdę dwa bardzo dobre i piękne lata, które zawsze będę cenił.

Droga do legendy Villarrealu

Kiedy opuszczałeś Brazylię, by dołączyć do Villarreal w 2002 roku, traktowałeś to jako ryzykowny ruch czy już wtedy czułeś, że to może być krok, który odmieni Twoje życie?

Marzyłem o wyjeździe do Europy. Oczywiście, zanim osiągnąłem poziom profesjonalny, grając w młodzieżowych drużynach w Brazylii, moim marzeniem było zostać zawodowcem. Myślę, że dziś dzieci marzą o tym, by zostać piłkarzami i od razu wyjechać do Europy.

Chciałem tam dotrzeć i zostać. Potem przyszedł czas, gdy zobaczyłem, że coraz więcej zawodników wyjeżdża do Europy. To było naturalne – sportowo, zawodowo i finansowo. Chcieliśmy dobrze grać w klubie i wyjechać do Europy. U mnie nie było inaczej.

Transfer do Villarrealu nie był wtedy moim marzeniem, bo Villarreal nie był wielkim klubem, ale chciałem tu przyjechać. Szczególnie do Hiszpanii. Z Corinthians pojechałem do Coruny na letni turniej Teresa Herrera. Była tam też Boca, Superdepor i Celta.

Było lato, plaża. Bardzo mi się spodobało, bo już wtedy śledziłem La Liga. Pomyślałem: „Wow! Jeśli już chciałem tu przyjechać, to teraz jeszcze bardziej”. Jako dziecko śledziłem głównie ligę włoską, ale hiszpańska zaczęła rosnąć i przegoniła włoską. Moim marzeniem było tu trafić i się spełniło.

Zostałeś w Villarrealu przez 11 sezonów i do dziś jesteś jednym z symboli klubu. Co sprawiło, że ta więź była tak silna?

Tego też się nie spodziewałem, bo jak mówiłem, Villarreal nie był znanym klubem i dopiero się rozwijał. I tu mogę powiedzieć, że miałem szczęście, bo byłem częścią tego rozwoju.

Początkowo planowałem zostać w Villarrealu na jeden, dwa dobre sezony, a potem zrobić kolejny krok do innego europejskiego klubu. Ale stało się inaczej. Villarreal cały czas się rozwijał. Coraz bardziej utożsamiałem się z klubem i miastem, przyzwyczaiłem się do jedzenia i klimatu.

Było bardzo podobnie do mojego rodzinnego kraju. Czułem się ważny w klubie, a klub sprawiał, że czułem się doceniany. Zawsze bardzo mnie szanowali pod każdym względem. A gdy czujesz się komfortowo... łatwo robić to, co umiesz najlepiej, grać dobrze, mając szczęśliwą rodzinę.

Wszystko się złożyło i zostałem w Villarreal przez 11 lat. Teraz, jako dyrektor ds. relacji instytucjonalnych, jestem tu już 10 lat.

Kiedy poczułeś, że tworzysz coś wyjątkowego?

Od 2004 roku, bo wtedy przyszedł trener Manuel Pellegrini, Chilijczyk, który wprowadził inną metodologię. Dał nam dużo pewności siebie, bo przez dwa, trzy lata mieliśmy mentalność przetrwania, myśląc tylko: „zdobądźmy tyle punktów, by się utrzymać, a potem myślimy o kolejnym sezonie".

Ale gdy przyszedł Pellegrini, oczywiście skład został wzmocniony, ale już w pierwszym roku awansowaliśmy do Ligi Mistrzów. To był fantastyczny sezon. Jego motto brzmiało: „Gramy i rywalizujemy, ale bawmy się przy tym".

Wszyscy myśleli, że Villarreal nawet się nie zakwalifikuje. Zajęliśmy pierwsze miejsce w grupie, gdzie był Manchester United i dotarliśmy do półfinału. Od tego momentu zmieniła się mentalność, wtedy pomyśleliśmy, że trzeba mierzyć wyżej. Villarreal zaczął być rozpoznawalny na świecie, przestał być obietnicą, stał się rzeczywistością.

Dziś nadal twardo stąpamy po ziemi, bo wiemy, że jesteśmy miastem 50 tysięcy mieszkańców, ale mamy jasne cele, szanując historię innych. Nasza filozofia jest taka: najpierw zdobyć punkty potrzebne do utrzymania w najwyższej lidze.

W klubie mamy nawet toast, gdy zapewnimy sobie utrzymanie, a potem walczymy o europejskie puchary. Robimy tak od wielu lat i myślę, że to klub z bardzo jasną wizją, co mi się podoba. Czujemy się tu dobrze, to rodzina.

Z tamtego sezonu, gdy dotarliście do półfinału Ligi Mistrzów, co najbardziej utkwiło Ci w pamięci?

Nie potrafię wskazać jednej rzeczy, bo każdy mecz zostawił ślad. To uczucie zimna, a jednocześnie ekscytacji, że możesz wyjść na boisko i pokazać ludziom, że choć jesteśmy nieznani i mali, to jednak jesteśmy dobrą drużyną.

Wygrywaliśmy mecze, remisowaliśmy, a jeśli przegrywaliśmy, to 0:1 i po walce. Nie pamiętam wyników z tamtego okresu, ale pamiętam, że zajęliśmy pierwsze miejsce w grupie.

Najmilej wspominam pierwsze zwycięstwo z Benfiką po moim golu, pierwszym w Lidze Mistrzów i to od razu wygrana. W debiutanckim sezonie w Lidze Mistrzów strzelić ważnego gola i wygrać 1:0 w Lizbonie – to zapisuje się w historii.

Marcos, z czasem zostałeś kapitanem Villarrealu. Co znaczyło dla Ciebie noszenie opaski jako zawodnik z Brazylii, który stał się legendą klubu?

To bardzo ciekawe, bo zawsze uważałem się za lidera na boisku, ale nie takiego, który dużo mówi. W Hiszpanii kapitanem zostaje ten, kto najdłużej gra w klubie. Pamiętam, że w 2006 roku byłem już najdłużej grającym zawodnikiem.

Czułem się trochę dziwnie z opaską, ale jednocześnie byłem szczęśliwy, bo byłem kapitanem. Nie wiedziałem, jak się z tym obchodzić. Ale nie było o czym mówić.

Oczywiście, jak mówiłem, starałem się przewodzić na boisku, grając dobrze i dając przykład poza nim. Tak stopniowo się do tego przyzwyczaiłem, a zanim się obejrzałem, zacząłem trochę mówić, motywować kolegów, komunikować się... Myślę, że tej strony przywództwa nauczyłem się będąc kapitanem Villarreal. Byłem kapitanem przez sześć lat.

Z La Liga do MLS

Po tak długim i pięknym okresie w Hiszpanii zakończyłeś karierę w Stanach Zjednoczonych. Czy to było dla Ciebie wyjątkowe?

Miałem też inny cel – zdobyć doświadczenie poza Villarrealem, by zakończyć karierę w wyjątkowy sposób. Padło na Stany Zjednoczone, bo ich nie znałem. Chciałem przeżyć coś nowego, a do tego w Nowym Jorku.

Spędziłem tam dwa lata, to było niesamowite doświadczenie dla moich dzieci i żony. Myślę, że w piłce nie mogłem dostać więcej niż to, co otrzymałem. Oczywiście, gdy pracujesz i siejesz, w końcu zbierasz plony.

Taka była moja kariera i czuję się więcej niż uprzywilejowany. Jeśli zapytasz mnie: „Czego zabrakło w Twojej karierze?” Może wtedy, coś zdradzę, gry dla Milanu. Dlaczego? Bo to był klub na topie i tyle.

Poza tym wszystko, o czym marzyłem jako dziecko, się spełniło. Grałem w Copa Libertadores, w finale tych rozgrywek, w półfinale Ligi Mistrzów, na mundialu, na Euro... Czego mógłbym chcieć więcej? Niczego.

Przechodząc do teraźniejszości – jak oceniasz mieszany sezon Villarrealu, który nie wyszedł w Lidze Mistrzów, za to w La Liga był udany? Czy uważasz, że drużyna jest blisko, by na stałe zadomowić się w Lidze Mistrzów?

Wszyscy kibice Villarrealu mają mieszane uczucia, bo mamy bardzo dobrą kadrę, by dobrze wypaść we wszystkich rozgrywkach. Czy wygramy, czy osiągniemy cel, to już inna sprawa.

Z jednej strony pozostał niedosyt po Pucharze Króla, a zwłaszcza po Lidze Mistrzów, bo to była najgorsza kampania Villarrealu w historii tych rozgrywek.

Ale w La Liga jesteśmy bardzo zadowoleni, bo drużyna skończyła przed Atletico Madryt, które ma znacznie większe możliwości i budżet. Oczywiście Atletico grało w finale Pucharu i zaszło daleko w Lidze Mistrzów. To duże osiągnięcie jako zespół.

Dla nas to samo, bo w La Liga wiemy, jak trudno rywalizować z Atletico, Betisem, Realem Sociedad, Athletic... Te drużyny to dziś nasi ligowi rywale. Możemy być dumni, że w przyszłym roku zagramy w Lidze Mistrzów.

Który z obecnych zawodników najbardziej Cię ekscytuje?

Powiedzmy, że nie ma jednej wyróżniającej się postaci, to kolektyw. Zwykle jest ktoś, kto wybija się ponad resztę, ale nie w tym roku. I to mi się podoba. Mógłbym wymienić czterech, pięciu zawodników. Lubię na przykład Argentyńczyka, który jest kontuzjowany, Juana Foytha, który daje nam bardzo dużo, gdy jest w pełni sił.

Nasz weteran, Gerard Moreno, zawsze wnosi coś innego: ostatnie podanie, przyjęcie piłki w trudnych sytuacjach, decydujące gole w ciężkich momentach... Mógłbym wymienić skrzydłowych, którzy dają nam wiele, czy pomocników. Krótko mówiąc, to kolektyw.

Villarreal zakończył ostatni sezon LaLiga na trzecim miejscu
Villarreal zakończył ostatni sezon LaLiga na trzecim miejscuFlashscore

Marcos, napisałeś piękną historię z Hiszpanią, ale urodziłeś się w Brazylii. Jak bardzo ta droga wpłynęła na Ciebie osobiście – od outsidera do kluczowej postaci w historii reprezentacji Hiszpanii?

Mówiąc egoistycznie, czuję ogromną dumę z trudnych chwil, które przeszedłem w życiu, bo nigdy się nie poddałem, mimo że bywało bardzo ciężko. Mógłbym napisać książkę, zresztą właśnie kończę jedną, opowiem Ci o niej (śmiech).

Wyszedłem z faweli w Brazylii i skończyłem jako mistrz Europy z krajem, który nie był moją ojczyzną. Gdy to się stało, w głowie przewinął mi się film. I głos w głowie powiedział: „Marcos, to wszystko jest efektem Twojej ciężkiej pracy. Więc ciesz się tą chwilą. Dotarłeś na szczyt i zasłużyłeś na to. Ale oczywiście, trzeba iść dalej jak zawsze, nawet teraz, twardo stąpać po ziemi, zawsze szanować rywala i innych".

Mistrz Europy z La Roja

Byłeś w kadrze w 2006 roku, gdy grałeś na mundialu, a dwa lata później zdobyłeś mistrzostwo Europy. Drużyna wydawała się zupełnie inna. Co się najbardziej zmieniło między 2006 a 2008 rokiem? Pewność siebie, dojrzałość czy mentalność z Aragonesem?

Myślę, że nie chodziło o pewność siebie, raczej o system, bo w 2006 roku pamiętam drużynę z bardzo dobrymi zawodnikami i dużą osobowością. Graliśmy mecze, zwłaszcza w fazie grupowej, gdzie wydawało się, że zajdziemy daleko, a jednak odpadliśmy, jak z Francją w 2006.

Potem, w 2007 roku, przeszliśmy bardzo trudny etap: eliminacje, gdzie awansowaliśmy w 90. minucie. Ale zmiana systemu w 2008 roku zadziałała.

Piłka nożna, jak zawsze powtarzam, to kwestia dynamiki. Jeśli masz dobrą generację świetnych piłkarzy i dobrą dynamikę, trudno nie wygrać. I tak było w 2008 roku. Trafiliśmy na bardzo dobrą dynamikę, z bardzo dobrymi zawodnikami i udało się wygrać Euro.

Później zostałeś wybrany do grona najlepszych zawodników EURO 2008. Patrząc z perspektywy czasu, czy ten turniej był szczytem Twojej kariery? Nie tylko dlatego, że Hiszpania wygrała, ale też przez Twoją rolę w równoważeniu środka pola.

Myślę, że tak, jeśli chodzi o rozgłos medialny, ale też przez poziom trudności i grę przeciwko najlepszym. Poziom trudności był znacznie wyższy. A jeśli pomyśleć o tym, jak Hiszpania wtedy grała... Potem nazwano to „tiki-taka”, co było przyjemnością do oglądania.

Gdziekolwiek jestem w Hiszpanii, ludzie mnie rozpoznają. Wielu mówi, że byłem najlepszym zawodnikiem Euro i czuję za to wdzięczność. Dlatego uważam to za najważniejszy tytuł w mojej karierze.

Jakie podobieństwa i różnice widzisz między obecną reprezentacją a tą, która wygrała w 2008 roku?

Myślę, że są bardzo podobne. Jedyna różnica to rok 2026, ale mamy bardzo dobrą generację piłkarzy. W tym roku Hiszpania jest w gronie faworytów. Oczywiście, mundial to wielka sprawa, ale to nieuniknione, prawda? Jest 28 meczów bez porażki, ale teraz przychodzi moment prawdy.

Aby wygrać taki turniej jak mistrzostwa świata, których niestety nie wygrałem, choć byłem blisko, albo Euro, które wygraliśmy, trzeba być na miejscu i mieć dużo szczęścia, by kluczowi zawodnicy nie doznali kontuzji i byli w formie.

Trzeba skupić się na detalach, by wygrać, bo są tam najlepsi i przygotowują się na najwyższym poziomie, a Hiszpania ma odpowiednią generację. Myślę, że mogą zajść bardzo daleko, a nawet wygrać.

Czy uważasz, że nadszedł czas, by Hiszpania zagrała dobry mundial po trzech edycjach, w których nie poszło tak dobrze? Zwłaszcza po zdobyciu mistrzostwa Europy.

Tak, bo Hiszpania zawiesiła poprzeczkę bardzo wysoko. 2008, 2010, 2012... to była drużyna tamtych czasów. To wyznacza epokę. W takich rozgrywkach jak Euro czy mundial wszyscy patrzą na zwycięzców, a Hiszpania jest w tym gronie.

Ludzie liczą, że w tym roku może być kolejny mundial, bo mamy bardzo dobrą drużynę. Oby Hiszpania osiągnęła poziom, na który liczą wszyscy kibice.

Kogo uważasz za głównych rywali Hiszpanii w walce o tytuł?

Zwykle wymieniam tych tradycyjnych. Oni zawsze będą w grze. Czasem pojawia się niespodzianka, co też się zdarza. W tym roku mundial jest z większą liczbą drużyn. Ale myślę, że Francja przyjeżdża bardzo mocna, naprawdę.

Potem Brazylia i Argentyna – one zawsze są groźne, mają świetnych piłkarzy. Argentyna przyjeżdża jako obrońca tytułu. Nadal mają Messiego.

Widzę też Anglię, która w ostatnich latach, zarówno na Euro, jak i mundialu, mocno naciska. A potem, jak mówiłem, może być niespodzianka, może znów Chorwacja, Belgia, Holandia... i nie wspomniałem jeszcze o Niemcach.

W turnieju nie ma Włoch, ale i tak myślę, że to będą emocjonujące mistrzostwa świata, jakich oczekujemy, i oby wygrała Hiszpania albo Brazylia.

Za Twoich czasów środek pola był pełen talentu. Xavi, Iniesta, Fabregas, Busquets, Javi Martinez... Teraz Hiszpania ma Rodriego, Zubimendiego, Merino, Pedriego, Fabiana... Która drużyna jest lepsza?

Wow, trudno powiedzieć. Myślę, że poziom tamtej drużyny i obecnej jest bardzo wysoki i bardzo wyrównany, ale trzeba wygrywać. Możesz być świetnym piłkarzem, ale jeśli nie jesteś zwycięzcą, to nie siadasz przy stole z innymi.

Tak to widzę. Myślę, że ta drużyna ma tyle samo talentu, co poprzednie, ale żeby usiąść przy naszym stole, muszą wygrać.

Z którym z obecnych reprezentantów Hiszpanii najbardziej się utożsamiasz?

Mam przyjaciela, który jest agentem Pedriego i Ferrana, i gdy tylko idę na mecz, zwykle widzę ich obu i rozmawiam z nimi. To z nimi najbardziej się utożsamiam, zwłaszcza z Ferranem, który jest moim sąsiadem.

W kadrze Luisa de la Fuente są zawodnicy, którzy przeszli przez Villarreal, jak Rodri, Baena czy Yeremy. Co to dla Ciebie znaczy?

Dla mnie i wszystkich kibiców Villarreal to powód do dumy, bo rywalizacja z wielkimi klubami jest dla nas trudna, a widok, że kilku zawodników jest kluczowymi postaciami reprezentacji Hiszpanii, to coś, z czego możemy być dumni.

Wil jij jouw toestemming voor het tonen van reclames voor weddenschappen intrekken?
Ja, verander instellingen