Czy obecna drużyna Kanady może okazać się największym zaskoczeniem Mistrzostw Świata FIFA 2026? Czy też oczekiwania stają się zbyt wygórowane?
To w zasadzie zabawne, ponieważ przed tym turniejem Kanada nigdy nie zdobyła bramki na mistrzostwach świata. To trzecia próba. Gra u siebie to wielki atut, pierwszy mecz był w Toronto, a potem dwa w Vancouver. Uważam, że nawet na poprzednich mistrzostwach zasłużyli na więcej niż otrzymali.
Mieli dobrą drużynę. Zabrakło im szczęścia w starciu z Belgią, być może również z Chorwacją. Byli nieco naiwni, ale to kwestia doświadczenia. Kiedy masz młody zespół, on może rosnąć, co pokazali przeciwko Bośni. To ekipa, która dojrzała. Wiedzą, jak znaleźć drogę do bramki i potrafią się bronić. W meczu z Katarem, zwłaszcza przez pierwsze pół godziny, byli w moich oczach wybitni. Prowadzili 2:0 jeszcze przed czerwoną kartką, która później zabiła widowisko.
Obserwowanie, jak strzelają tak wiele bramek, to czysta przyjemność, ponieważ w ofensywie jesteśmy na równi z najlepszymi zespołami tego turnieju. Spójrzcie na Cyle'a Larina, Johnatana Davida, a nawet Promise'a Davida, który w Belgii niemal dwa razy z rzędu był najlepszym strzelcem. To zawodnicy o ogromnej jakości. Tajon Buchanan to kolejny z nich. Dla mnie ich obecna gra nie jest więc zaskoczeniem. Przewidywałem, że wyjdą z grupy, co byłoby ogromnym osiągnięciem. Ale widząc jedność w tym zespole, wierzę, że przy odrobinie szczęścia mogą zajść bardzo daleko. Niektóre wielkie drużyny nie będą szczęśliwe, trafiając na Kanadę w ćwierćfinale lub w jakiejkolwiek rundzie po fazie grupowej.

Co najbardziej zaimponowało ci w drużynie Jessego Marscha i co on zmienił?
Pierwszy mecz wciąż był nieco szukaniem optymalnej jedenastki. Brakowało im jednego z najlepszych lewych obrońców na świecie, Alphonso Daviesa. Jeśli wkrótce pojawi się na boisku i wzmocni lewą stronę, da to Marschowi znacznie więcej opcji, zarówno w defensywie, jak i w ofensywie.
Uwielbiam jednak to, że Marsch odważa się grać dwoma napastnikami. Jako były napastnik, gdy trener ustawia dwóch graczy z przodu, myślę sobie, że przyszedł wygrać mecz, a nie zremisować. Dwaj napastnicy zawsze absorbują obu środkowych obrońców, przez co jeden z bocznych defensorów musi podejść z pomocą, aby nie zostali jeden na jednego. To stwarza szanse i przynosi bramki. Jeśli oglądam jakikolwiek mecz Premier League, w którym drużyny grają dwoma napastnikami, nie zmieniam kanału.
Na początku byłem bardzo sceptyczny wobec przyjścia Marscha do Kanady. Zastanawiałem się, jak poradzi sobie z zespołem. Ale w pierwszych dwóch meczach pokazał, że zna zawodników i że ich siłą jest ustawienie ofensywne. Porównuję to nieco do Bayernu Monachium. Wychodzą na boisko z założeniem: jeśli strzelimy więcej niż rywal, wygramy. Kocham to podejście i myślę, że to ekscytujący czas dla wszystkich, którzy wspierają Kanadę.
Kiedy patrzysz na tę drużynę, czy przychodzi ci do głowy myśl: "Chciałbym mieć takie pokolenie 20 lat temu"?
Każdy zawodnik, któremu nie udało się zagrać na mistrzostwach świata, myśli o przeszłości. Był rok, w którym byliśmy bardzo blisko, wszystko sprowadzało się do jednego zwycięstwa, a my zremisowaliśmy. Ale pokolenia się zmieniają i bardzo się cieszę, że pokolenie po nas, miejmy nadzieję, skorzystało z tego, co wypracowaliśmy na papierze i na boisku. 20 lat temu nie mieliśmy najbardziej utalentowanych drużyn. Większość naszych graczy grała w klubach drugiej lub trzeciej ligi w Europie, a niektórzy wciąż w Kanadzie, co po prostu nie wystarczało, by rywalizować na poziomie.
Teraz, kiedy patrzę na cały skład, oni grają w najlepszych ligach świata. Cyle Larin zmierza do Premier League, jako jeden z nielicznych Kanadyjczyków, którzy zdecydowali się na taki ruch. Reszta jest w Juventusie, Villarrealu, gdziekolwiek by nie spojrzeć. To ekscytujący czas dla kanadyjskiego kibica, a jako byłego zawodnika cieszy mnie to tym bardziej, że mam wielu Kanadyjczyków grających również w Belgii. Promise David, Nathan Saliba w Anderlechcie, noszący ten sam numer 13, który ja nosiłem, oraz Luc de Fougerolles, chłopak z Fulham, który w tym sezonie również grał w Belgii. Wspaniale jest widzieć, jak rywalizują w lidze belgijskiej, a teraz tak dobrze radzą sobie na mistrzostwach świata.
Johnatan David stał się jednym z najskuteczniejszych snajperów, jakich wypuściła w świat Kanada. Co najbardziej imponuje ci w jego rozwoju?
Kiedy rozpoczynał karierę w Gandawie w wieku 18 lat, potrzebował 6-8 miesięcy, by przystosować się do belgijskiego futbolu. To trudna, defensywna i bardzo taktyczna liga, trochę jak we Włoszech. Napastnicy nie dostają tam wiele miejsca, trzeba je sobie wywalczyć. Wykonał jednak kawał świetnej roboty.
Potrzebował 2,5 roku, by zostać tutaj najlepszym strzelcem. Potem przeniósł się do Francji, kolejnej bardzo wymagającej ligi, gdzie ponownie pokazał, że nie trzeba mieć 1,90 m wzrostu, by być prawdziwym numerem dziewięć. Dzięki swojej posturze, umiejętnościom technicznym i nosowi do goli potrafi zmienić pół szansy w stuprocentową. Strzela w każdych rozgrywkach.
Najlepsze zespoły świata, które grają z jednym środkowym napastnikiem, przyglądają się takiemu profilowi gracza. Kilka lat temu, kiedy Arsenal szukał napastnika pasującego do ich stylu, miałem nadzieję, że tam trafi, ponieważ pomogłoby mu to walczyć o tytuł już wtedy. Wielu klasycznych napastników zakończy karierę po tych mistrzostwach i myślę, że on może być bezpośrednim następcą kogoś takiego jak Lewandowski.

Czy mógłby zrobić dla Kanady to, co Lewandowski zrobił dla Polski? Stać się zawodnikiem, który na stałe zmienia postrzeganie drużyny narodowej na świecie?
Alphonso Davies jest w Bayernie od 17. roku życia i w pewnym momencie jego wartość rynkowa jako lewego obrońcy wynosiła ponad 120 milionów euro. Ale David zdecydowanie ma to w sobie. Mój ostatni mecz dla Kanady jako kapitana rozegrałem właśnie w Polsce, było to w okolicach pierwszego lub drugiego występu Lewandowskiego w kadrze, w Bydgoszczy. W wieku 18 lat nigdy nie wiesz, jak potoczy się czyjaś kariera, ale wiedząc, co David już osiągnął, wierzę, że może stać się "Lewandowskim", jednym z najlepszych numerów dziewięć na świecie.
Potrafi strzelać głową, nawet jeśli brakuje mu kilku centymetrów, by być głównym adresatem dośrodkowań. Jego wyczucie czasu i wykończenie są na najwyższym poziomie. Spójrzcie na jego pierwszą bramkę przeciwko Katarowi. Po prostu trzeba chcieć bardziej niż obrońca, a on jest wśród najlepszych pod tym względem.
Ma 26 lat, jest jeszcze młody. Gdzie widzisz go w przyszłości? Wspomniałeś o Arsenalu. Czy Hiszpania lub Premier League byłaby właściwym krokiem?
Liga hiszpańska byłaby dla niego idealna - jest bardzo techniczna, piłka byłaby mu serwowana w topowym zespole. Widzę go jednak również w Premier League, ponieważ tam jest więcej miejsca. Środkowi obrońcy są wysocy i potężni, ale bywają problemy ze zwrotnością i zrobieniem tego pół kroku, co we współczesnym futbolu robi wielką różnicę. Jest wystarczająco szybki w swoich reakcjach, by bardzo uprzykrzyć życie każdemu obrońcy w Premier League.
Nie sądzę, by liga włoska była dla niego najlepszym wyborem, mimo że Juventus to jeden z największych klubów na świecie. Belgijscy zawodnicy mówią mi, że jest tam bardzo defensywnie i taktycznie, myślą bardziej o tym, żeby nie stracić bramki, niż o strzelaniu. W klubie tej wielkości, jeśli nie zaznaczysz swojej obecności w pierwszych kilku meczach, możesz nie dostać kolejnej szansy, bo o twoje miejsce rywalizuje pięciu kolejnych graczy. W tym roku miał po prostu trochę pecha. Mam nadzieję, że te mistrzostwa dodadzą mu skrzydeł, a on trafi do ligi, z której będzie czerpał radość i która będzie czerpała radość z jego gry.
Czy Alphonso Davies jest już najlepszym kanadyjskim piłkarzem w historii, czy to za wcześnie? A może masz innego kandydata?
Gdybyś zapytał mnie przed mistrzostwami świata, powiedziałbym: tak, ze względu na to, co osiągnął i jak gra. Kilka lat w Bayernie Monachium, niemal zawsze pierwszy wybór, chyba że jest kontuzjowany. Mam tylko nadzieję, że nie jest podatny na kontuzje, bo w klubie takim jak Bayern, jeśli zbyt często wypadasz z gry, poszukają zastępstwa. Walczą na wszystkich frontach. Ale odkąd skończył 16 czy 17 lat, kiedy pojechałem na obóz treningowy Kanady w Nottawasaga, godzinę na północ od Toronto, i oglądałem go w sparingach, pomyślałem: gdzie wyście znaleźli tego gościa? Niedługo potem przeniósł się do Vancouver, a potem do Bayernu.
Dwa tygodnie temu powiedziałbym, że jest bezdyskusyjnie najlepszym Kanadyjczykiem, jaki kiedykolwiek biegał po boisku. Ale po tym mundialu możemy mieć nowych bohaterów. Johnatan był przez chwilę współliderem klasyfikacji strzelców z trzema golami. Wyobraźcie sobie, że strzeli jeszcze kilka. Czasami pięć czy sześć goli daje Złotego Buta. Teraz pewnie nie, ale jeśli tego dokona, to dla mnie, jako napastnika, zostanie najlepszym Kanadyjczykiem w historii.

Kto jest najbardziej niedocenianym zawodnikiem w kanadyjskiej kadrze?
Do wczoraj był to dla mnie Promise David. Długo był kontuzjowany, ale to napastnik, który pojawił się znikąd. Chyba grał w drugiej lidze w Estonii, kiedy Union Saint-Gilloise, zeszłoroczny mistrz Belgii, ogłosił podpisanie kontraktu z tym Kanadyjczykiem. Pomyślałem, że to ciekawy wybór. Znowu zajęło mu około pół roku, by zrozumieć tutejszy futbol, a potem strzelił 19 goli w poprzednim sezonie. Do stycznia tego roku, przed kontuzją, miał już 9-10 bramek, więc z pewnością dobiłby do 20. Jeśli strzelasz 20 goli w Belgii, to znaczy, że jesteś w formie.
Zawsze skłaniam się ku napastnikom, ale Alistair Johnston również wszedł na wyższy poziom. Gra w Szkocji i był wybitny dla Kanady. Nigdy nie jest łatwo być prawym obrońcą i wnieść wiele do zespołu, ale sposób, w jaki się zaangażował, asysta przy pierwszym golu, to, co robił w defensywie i w ofensywie – pomyślałem: "gra muzyka na prawej stronie". Trochę brakuje nam tego z lewej strony, ale w tej drużynie gra muzyka. Nie spałem całą noc, żeby ich obejrzeć, biorąc pod uwagę dziewięciogodzinną różnicę czasu, i cieszyłem się każdą minutą.
Kiedy dołączyłeś do drużyny narodowej w latach 90., czy czułeś, że kanadyjscy piłkarze muszą być dwa razy lepsi, aby zostać zauważonymi w Europie?
Dwa razy to było za mało. Musiało być cztery razy trudniej. W latach 90. Kanada nie miała nawet porządnej ligi, czasami było sześć drużyn, czasami osiem. Moim szczęściem był turniej z drużyną olimpijską, Jeux de la Francophonie w Paryżu. Mój tata skontaktował się z agentem, światowej klasy polskim piłkarzem Włodzimierzem Lubańskim, który mieszkał w Belgii. Przyjechał obejrzeć mnie w Paryżu, to tylko 2,5 godziny jazdy samochodem, i powiedział, że mam potencjał. Zabrał mnie do Belgii na trzy tygodnie testów w dwóch klubach i po tym dostałem mój pierwszy roczny kontrakt.
Reszta jest historią. Nie było łatwo, bo wszyscy myślą, że Kanada to hokej na lodzie, może trochę koszykówki i baseballu. Toronto Blue Jays wygrali World Series dwa razy z rzędu, więc baseball był popularny. Ale piłka nożna? Absolutnie nie. Cieszę się więc, że dziś około 85% zawodników decyduje się na wyjazd do Europy, do rozgrywek, które wielu uznałoby za lepsze niż MLS. Cieszę się, że znaleźli drogę za ocean.
Urodziłeś się w Polsce. Czy kiedykolwiek otrzymałeś ofertę gry dla reprezentacji Polski?
Kiedy jesteś w Kanadzie i nikt nie wie, że jesteś Polakiem, i nie grałeś na poziomie międzynarodowym, szanse były zerowe. Zanim ludzie dowiedzieli się, że jestem Kanadyjczykiem urodzonym w Polsce, było już za późno. Wtedy jedna minuta w drużynie narodowej wystarczała, by być uznanym za Kanadyjczyka, a nie Polaka. Więc nikt nigdy nie zadał mi tego pytania.
W Anderlechcie strzeliłeś ponad 20 goli i zostałeś królem strzelców. Czy to był sezon, w którym osiągnąłeś szczyt formy, czy miałeś lepszy?
To był sezon, który pozwolił mi przenieść się do Premier League. Mieliśmy fantastyczną kampanię w Lidze Mistrzów, wygraliśmy grupę, w której byli Manchester United, PSV Eindhoven i Dynamo Kijów, a potem awansowaliśmy do drugiej fazy grupowej. Nikt się tego po nas nie spodziewał. Strzeliłem pięć bramek w Lidze Mistrzów i w tym samym roku zdobyłem tytuł króla strzelców ligi belgijskiej, co zaprowadziło mnie do ligi, o której zawsze marzyłem.
Mały, szybki napastnik między dużymi, wysokimi i stosunkowo wolnymi obrońcami – to było jak spełnienie marzeń. Szczyt formy osiągnąłem ponownie rok lub dwa lata później w Evertonie pod wodzą Davida Moyesa, chociaż nigdy nie dotarliśmy do europejskich pucharów, ani z Evertonem, ani z Fulham. Więc pod względem potencjału, może to Anderlecht był szczytem. Ale kochałem futbol w Premier League: pełne stadiony co weekend, fantastyczna atmosfera, miałeś wrażenie, jakbyś grał w europejskich pucharach tydzień w tydzień.

Jak dobry był Jan Koller, zanim reszta Europy go odkryła?
Na początku to było surrealistyczne, widzieć kogoś takiego wzrostu na boisku piłkarskim. Dwa metry i trzy centymetry. Kiedy ustawiałem się obok niego w butach, wciąż miałem miejsce, żeby oddychać. Na początku zastanawiasz się, co zrobić z gościem, który ma takie warunki. Czy nasz futbol stanie się "kopnij i biegnij", czy będziemy tylko dośrodkowywać?
Ale Jan oferował znacznie więcej. Jego technika użytkowa na początku nie była najlepsza, ale to zmieniło się bardzo szybko, bo w Anderlechcie musisz się dostosować. Był bardzo silny, fantastycznie grał głową, a jeśli piłka trafiła do jego nóg, musiałeś biegać wokół niego, zanim w ogóle do niej dotarłeś. Bardzo dobrze się uzupełnialiśmy, i to nie tylko na boisku. Chodziliśmy razem na koncerty, do baru, na kolacje. Dobra więź poza boiskiem pomaga ci na nim. Nawet teraz, kiedy ludzie rozpoznają mnie w Belgii, pytają: "Gdzie jest Jan?". Nie ma mnie bez Jana i zazwyczaj nie ma Jana bez mnie. To duet, który wszyscy w Belgii pamiętają.
Przeniosłeś się do Evertonu. Jak David Moyes zmienił klub, kiedy przybył?
Za kadencji Waltera Smitha było to trochę bardziej oldschoolowe podejście. Miał plan na mecz i go wdrażaliśmy, ale nie pracowaliśmy szczegółowo nad określonymi aspektami gry. Kiedy przyszedł Moyes, pamiętam, że byłem dość znudzony na treningach, bo tak dużo czasu poświęcaliśmy na stałe fragmenty gry. Rzuty wolne, rożne, bronienie i atakowanie ich. Będąc raczej niskim zawodnikiem, nie musiałem robić ani jednego, ani drugiego, więc w chłodne, deszczowe dni w Liverpoolu spędzałem pół godziny po prostu żonglując piłką. Ale to robiło różnicę.
Spójrzcie na Arsenal wygrywający ligę w tym roku dzięki stałym fragmentom gry – można doliczyć się pięciu, sześciu, siedmiu meczów, które wygrali w ten sposób. Moyes widział to bardzo wcześnie, na początku lat 2000., i dlatego stał się jednym z najdłużej pracujących trenerów w historii Premier League. Wrócił teraz do Evertonu, co mówi samo za siebie, że wykonał kawał świetnej roboty. Jest kimś, kogo szanuję, pomijając te pół godziny raz czy dwa w tygodniu, kiedy się nudziłem.
Jakie było twoje pierwsze wrażenie o Wayne'ie Rooneyu, kiedy trafił do pierwszej drużyny?
Słyszeliśmy o nim, zanim przyszedł, bo kilku chłopaków chodziło oglądać drużyny młodzieżowe. Pewnego wieczoru powiedzieli mi: "jest taki chłopak, ma 15 czy 16 lat, powinieneś pójść go obejrzeć, niedługo do nas dołączy". Niedługo potem trenował z pierwszą drużyną i od razu było widać, że jest gotowy.
Różnicą był tylko stres związany z grą przed 30 tysiącami kibiców na stadionie, co zajęło mu trochę więcej czasu, ale kiedy już wszedł do gry, to wszedł na dobre. Fenomenalny talent, co za prawa noga. W okresie przygotowawczym robiliśmy sprinty na 50 czy 100 jardów i był prawie tak szybki jak ja, czego nigdy byś nie zgadł, bo na początku wyglądał nieco masywnie. Później nabrał mięśni, ale był zwodniczo szybki i silny, potrafił utrzymać sprint. Zawsze próbował mnie dogonić na treningach i mam nadzieję, że to również pomogło mu stać się szybszym zawodnikiem.
Nazwałbyś go najlepszym angielskim piłkarzem w historii?
Wierzę, że tak. To dziwna rzecz do oceny. Jeśli chodzi o strzelanie goli, masz teraz Harry'ego Kane'a, najlepszego zawodnika Anglii od wielu lat, po Alanie Shearerze. Anglia ma wielu świetnych zawodników i wybranie jednego jest trudne, ale Rooney zdecydowanie jest w czołówce. W pewnym momencie kariera się kończy. Nie grał do 41. roku życia jak Ronaldo czy 39. jak Messi, inaczej może byłby i na tym mundialu. Niesamowity talent. Miałem przywilej z nim grać, ale nie nauczył się ode mnie niczego poza szybkością.

Powiedz mi o swoim koledze z Evertonu, Thomasie Gravesenie. Słynął z szalonego temperamentu. Czy kiedykolwiek wyobrażałeś sobie, że skończy w Realu Madryt?
Futbol to bardzo dziwny świat. Był moim przyjacielem. Obaj byliśmy singlami w Liverpoolu, więc spędzaliśmy mnóstwo czasu razem po treningach, chodząc na jedzenie, na imprezy, czasem do kasyna. Był trochę "loco", jak powiedzieliby Hiszpanie, ale to już sprawa prywatna. Wciąż go uwielbiam, mimo że od 10 lat nie mam z Tommym kontaktu. Dla wielu facetów zniknął z powierzchni ziemi. Kiedy przeszedł do Realu Madryt, pojechaliśmy go odwiedzić.
Może nie było to idealne dopasowanie, ale nie sądzę też, żeby było najgorsze, ponieważ każdy wielki zespół potrzebuje kogoś, kto zrobi wszystko, kto pobiega za trzech i sfauluje każdego, kogoś, kogo boi się przeciwnik. Carles Puyol był trochę taki dla Barcelony. Potrzebujesz takich zawodników. Nie musisz być technicznie doskonały, po prostu wkładasz tyle wysiłku, by zespół mógł na tym skorzystać. Czy byłem zaskoczony? Absolutnie. Zły wybór? Nie sądzę. Gdyby tak było, trenerzy nie wybieraliby go do gry w tylu meczach. Brawo dla niego, kolejny przyjaciel, który dotarł na szczyt światowego futbolu.
Kto był najtrudniejszym obrońcą, z jakim zmierzyłeś się w Premier League? W twojej erze grali Rio Ferdinand, John Terry, Jaap Stam, Sol Campbell.
Trudno wymienić jednego zawodnika, ponieważ obrona to dwóch, trzech, czterech defensorów, a prawdziwa trudność polega na graniu przeciwko dobrze ustawionej linii, gdzie ktoś zawsze asekuruje partnera. Nigdy nie lubiłem grać przeciwko Manchesterowi United. Rio Ferdinand i Mikaël Silvestre razem byli bardzo trudną przeszkodą. Silvestre nie był największy, ale bardzo silny i bardzo szybki, więc nawet jeśli miałem nad nim pół metra przewagi, był w stanie mnie dogonić. Rio czytał grę tak dobrze! Przeciwko takiemu duetowi z trudem stworzyłbym sobie choć jedną szansę.
W Fulham grałeś z Edwinem van der Sarem. Czy już wtedy na treningach widziałeś przyszłego bramkarza Manchesteru United?
Przyszedł do Fulham z Juventusu. Powiem wam, jak widziałem go na treningach. Kiedy kończyliśmy sesję strzałami na bramkę, a on stał w bramce, szczerze pytałem samego siebie, czy jest jakikolwiek sposób, by umieścić tam piłkę. Jest duży, ale co ważniejsze, jego ustawienie było tak dobre, że w zależności od tego, gdzie stałem i jak układałem ciało, on już mniej więcej wiedział, co zamierzam zrobić. Myślałem: jeśli strzelę mu raz na 10 prób, to idzie mi dobrze.
Moim największym zaskoczeniem było, kiedy na trzy czy cztery tygodnie posadzili go na ławce w Fulham, bo traciliśmy bramki, jakby to była jego wina. Nie była. Jego przejście do United nie było żadnym zaskoczeniem – był na tyle dobry i udowodnił to. Rok później grałem przeciwko niemu, miałem "czystą" głowę z dwóch metrów i obiłem poprzeczkę. To byłaby moja jedyna szansa na gola przeciwko Edwinowi i zmarnowałem ją. Na szczęście utrzymaliśmy kontakt, zaprzyjaźniliśmy się, a dwa tygodnie temu był tutaj w Belgii i wyszliśmy na kolację z naszymi żonami. Bardzo miłe spotkanie.
Czy możemy sprawiedliwie porównać Premier League z początku lat 2000. z dzisiejszą?
Wszystko ewoluuje, ale Premier League pozostaje Premier League – wciąż najlepszą ligą świata, jeśli weźmie się pod uwagę każdy zespół w niej grający, i stała się tylko lepsza. Największą zmianą jest szybkość. Między 2001 a 2008 rokiem zauważyłem już, że duzi, wysocy środkowi obrońcy, którzy kiedyś mieli problemy ze zwrotem i sprintem, ogromnie się poprawili.
Spójrzcie teraz na kogoś takiego jak Micky van de Ven w Tottenhamie, prawdopodobnie najszybszy wysoki obrońca, jakiego widziałem. Nie ma problemu z piłkarzami typu Doku czy Saka, potrafi się odwrócić i biec z nimi. Trening i odżywianie zmieniły wszystko, bo jeśli się nie dostosujesz, nie przetrwasz. Vincent Kompany był już fantastyczny 6-7 lat temu w City, duży, ciężki chłopak, po którym nikt nie spodziewał się, że potrafi się odwrócić i dotrzymać kroku najszybszym graczom.
Szybkość egzekucji wystrzeliła w kosmos. Widać to po Aston Villi, Crystal Palace i Arsenalu – wszyscy dotarli do europejskich finałów. Nie uznałbyś Crystal Palace za wielki klub, z całym szacunkiem dla ich kibiców, ale nie ma znaczenia, w którym zakątku Premier League jesteś. Wśród 15 najlepszych zespołów różnice są minimalne. Wszystko sprowadza się do stałych fragmentów gry, małych poprawek taktycznych i indywidualnego geniuszu. Kocham Premier League, kocham ją oglądać i komentuję ją w belgijskiej telewizji. Kocham też hiszpański futbol, stronę techniczną, ale jeśli nie jest to "Clásico", wybieram Premier League.
Ostatnie pytanie. Który klub bardziej czułeś jak dom: Everton czy Fulham?
Everton bardziej odbierałem jak dom, głównie dlatego, że tam grałem na swojej nominalnej pozycji – jako napastnik. W Fulham, chociaż uwielbiałem trenera Chrisa Colemana, który był jednym z nas, tylko dwa czy trzy lata starszym i sprawiającym, że każdy czuł się mile widziany, grałem szeroko na skrzydle i musiałem bronić więcej niż atakować, czego nie lubiłem. Kiedy strzelasz regularnie gole, czujesz się bardziej jak w domu, bo to mój styl gry. Więc gdybym musiał wybierać, Everton był moim domem.
