Bruk-Bet Termalica – Legia Warszawa (0:1)
W 32. kolejce PKO BP Ekstraklasy wciąż walcząca o utrzymanie Legia Warszawa przyjechała na bardzo niewygodny teren do Niecieczy, gdzie nigdy wcześniej nie wygrała. Tym razem w teorii jej zadanie było łatwiejsze niż podczas wcześniejszych wizyt, bo Bruk-Bet w poprzedniej serii gier definitywnie stracił szansę na utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Na początku meczu świetną okazję mieli gospodarze, błąd popełniła defensywa Legii, ale Kamil Zapolnik uderzył prosto w Otto Hindricha. Następnie lepszy okres mieli goście i dopięli swego w 19. minucie, kiedy z boku w pole karne dośrodkował Kamil Piątkowski, a głową piłkę do bramki skierował Rafał Adamski.
Po okresie gry cios za cios bardzo blisko wyrównującego gola w 32. minucie był Bruk-Bet. Po rzucie rożnym i zamieszaniu w polu karnym, piłka spadła na głowę Sergio Guerrero, a ten strzałem z dalszej odległości uderzył w słupek. Chwilę później również głową uderzał Zapolnik, ale jego uderzenie poleciało nad bramką. Do przerwy Legia prowadziła 1:0.
Druga połowa rozpoczęła się od mocnego akcentu ze strony gospodarzy. Najpierw swoją szansę miał Maciej Abrosiewicz, ale jego uderzeniu odbił Hindrich, a następnie gracze Bruk-Betu domagali się rzutu karnego za zagranie ręką, jednak Karol Arys uznał, i słusznie, że jedenastka się nie należała.
Gospodarze się nie zatrzymywali, ciągle atakowali i mieli kolejną znakomitą okazję w 65. minucie. Po składnej akcji w znakomitej sytuacji znalazł się Radu Boboc, ale z kilku metrów nie pokonał znakomicie dysponowanego dziś bramkarza Legii Warszawa.
Legia wciąż prowadziła mimo naporu gospodarzy, ale być może straciła coś cenniejszego, bo w 71. minucie z powodu kontuzji plac gry opuścił Rafał Adamski, a chwilę później urazu doznał także Mileta Rajović i również zszedł z murawy, są to dwaj podstawowi napastnicy "Wojskowych". Karol Arys doliczył do regulaminowego czasu 7 minut.
Podopieczni Marka Papszuna zagrali bardzo słabą drugą połowę, ale zdobyli trzy punkty i po raz pierwszy w historii wygrali w Niecieczy. Taki wynik daje przyjezdnym już praktycznie pewne utrzymanie.
Wisła Płock – Motor Lublin (0:4)
W Płocku oglądaliśmy bardzo dynamiczne otwarcie meczu w wykonaniu obu zespołów. Wisła powinna była otworzyć wynik już po pięciu minutach, gdy Łukasz Sekulski nabiegł na wyłożoną po lewej piłkę, lecz uderzył zbyt lekko. Tratnik miał kłopoty, ale wyłapał piłkę.
Tej sytuacji musiał szczególnie żałować minutę później – po wrzucie z autu Motor objął prowadzenie, gdy Bartosz Wolski przymierzył po fartownym otrzymaniu piłki i wkręcił piłkę pod słupek. Mało tego, po upływie ośmiu minut Mbaye Jacques Ndiaye ruszył sam na sam i Jakub Burek ratował Wisłę.
Przed upływem kwadransa Dani Pacheco został zablokowany, a w 17. minucie kontrę Motoru wieńczył Van Hoeven zatrzymany przez Burka. Następnie Luberecki uderzał mocno obok słupka. Z drugiej strony płockiej bramki obramowanie minęła naprawdę dobra główka Karola Czubaka. To Motor wyraźnie zdominował drugi kwadrans spotkania – naznaczony kontuzją Pacheco – i otrzymał za to nagrodę, gdy Wolski wstrzelił piłkę w pole karne z wolnego w środkowej strefie boiska. Czubak dopadł do główki i tym razem zmieścił piłkę pod słupkiem.
Płocczanie próbowali wrócić do gry jeszcze przed przerwą, ale najbliżej byli w 36. minucie, gdy strzał Sekulskiego skończył się weryfikacją VAR pod kątem ręki Sampera. Karnego nie było, a dobitka Tavaresa w tej sytuacji poszła na dach stadionu.
Po przerwie gra długo nie mogła złapać odpowiedniego rytmu z powodu fauli. Dopiero w 63. minucie doczekaliśmy się główki Sekulskiego, z którą Tratnik łatwo sobie poradził. Zamiast bronić wyniku, to Motor był znacznie bliżej kolejnego trafienia. Na kwadrans przed końcem Czubak świetnie złożył się do woleja, posłał jednak piłkę obok słupka. Nic to, chwilę później Wolski ponownie wrzucił piłkę z wolnego w pole karne, a tam Marek Bartos dołożył trzecie trafienie z główki, nie dając szans Burkowi.
I nie było to ostatnie słowo gości, którzy dobili Wisłę za sprawą Fabio Ronaldo. Nazwisko zobowiązuje: sam wszedł w pole karne, minął dwóch obrońców i przymierzył nisko pod dalszy słupek. Z taką grą Motor nie ma prawa spaść i osiągnął już niemal 100% pewności utrzymania.
Piast Gliwice – GKS Katowice (0:0)
GKS Katowice stanął przed ogromną szansą, bo po rozbiciu tydzień temu Bruk-Betu 5:1, chciał pójść za ciosem z Piastem, a zwycięstwo nad gospodarzami, dałoby im awans na drugie miejsce w tabeli. "Piastunki" w przypadku wygranej mogłyby już być praktycznie pewne utrzymania w lidze.
Zaskakująco lepiej w mecz weszli podopieczni Daniela Myśliwca, tworzyli sobie okazje, ale nieskuteczny w polu karnym gości był Patryk Dziczek. GKS nie potrafił złapać rytmu i był tłamszony przez gospodarzy. Do momentu przerwania spotkania z powodu zadymienia (38. minuta).
Katowiczanie nie oddali do tego momentu żadnego strzału, Piast miał ich 9, ale tylko 2 były celne i to w jeden akcji, kiedy najpierw próbował Jason Lokilo, a następnie nieskutecznie dobijał Quentin Boisgard. Arbiter Damian Sylwestrzak doliczył do pierwszej części 4 minuty i w niej dalej dominował Piast, a blisko gola Grzegorz Tomasiewicz, ale jego uderzenie poszybowała nad poprzeczką.
Gospodarze w 51. minucie znaleźli drogę do siatki, a do niej piłkę skierował Boisgard, tylko że we wcześniejszym momencie akcji był spalony, więc trafienie nie mogło zostać uznane. 10 minut później to goście w końcu zatrudnili bramkarza do wysiłku. Eman Markovic oddał strzał sprzed pola karnego, a interweniować musiał Dominik Holec.
Katowiczanie powinni objąć prowadzenie w 73. minucie. Bartosz Nowak dośrodkował z rzutu rożnego, głową uderzał Jędrych, a następnie Shkurin z bliska nie zdołał dobić piłki do bramki. Chwilę później trafiła ona do siatki, bo po błędzie bramkarza Piasta, piłka spadła pod nogę Nowak, który uderzył w poprzeczkę, a futbolówka odbiła się od pleców Filipa Borkowskiego i wpadła za linię. Trafienie nie zostało jednak uznane, bo wcześniej ręką zagrał Shkurin. Całą akcję na kamerach oglądał sędzia Sylwestrzak.
W drugiej części gry inicjatywa była po stronie gości, którzy deliktanie mówiąc, nie zagrali dobrej pierwszej połowy. Jednak brakowało im skuteczności, żeby wyjść na prowadzenie. Do regulaminowego czasu doliczono 6 minut, ale wynik nie uległ zmianie i w derbach Górnego Śląska (uznanych) goli nie oglądaliśmy.
